• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

  Znam strasznie wielu ludzi, którzy uwielbiają nosić kajdany, kłaniać się grzecznie przed katem i bać się. Ten dziwny strach ich motywuje do pracy, bez niego nie czują potrzeby zrobienia czegoś. Kat może przybierać różne formy – może być to wielkie słowo na „M” (nie, nie miłość…), nauczyciel, zobowiązania, robienie wszystkiego „na wczoraj”… Ja działam na zupełnie przeciwnej zasadzie. Robię coś, bo wiem, że zostanę doceniona, nie dlatego, że boję się skarcenia. Lubię robić wszystko przed czasem, planować, porządkować i trzymać rękę na pulsie. Wycofuję się, gdy ktoś mi coś każe, wywiera presję, strofuje. Tylko ja mogę trzymać siebie pod presją, wytykać sobie błędy i być z siebie niezadowolona. Bliscy oraz nauczyciele mają doceniać.
  No i zostałam doceniona. W zeszłym tygodniu bezkarnie byłam nieobecna na niemalże wszystkich lekcjach angielskiego, w tym tygodniu omijają mnie podstawy filozofii, ponieważ od kilku dni toczy się debata, od uczestnictwa w której „poloniści” zostali zwolnieni. Przyszły tydzień spędzę w domu z racji urlopu olimpijskiego, a w mój zeszyt wetknięta jest karteczka od prowadzącej mnie nauczycielki, która zapewnia mi pewną nietykalność do czasu olimpiady. Wydawać by się mogło, że fakt, iż mogę sobie odpuścić odbije się na moich ocenach, że przez moją „olimpijskość” przestanę bawić się w zadanka z grawitacji i liczenie długości cięciwy okręgu. Naprawdę, trochę się bałam, że trudno będzie mi to wszystko nadrobić…
  Okazuje się jednak, że bycie gatunkiem ucznia otoczonym ścisłą ochroną wpływa na mnie naprawdę dobrze. Nagle wyszło na jaw, że mogę dostać 5/5 z odpowiedzi z matematyki, podciągnąć swoje oceny z fizyki, spokojnie ogarnąć biologię i bez żadnego stresu nadrobić wszystko, co było dla mnie wielką niewiadomą. To, że zupełnie nie muszę, sprawia, że naprawdę chcę!
  Paradoksik? Półtora tygodnia przed najtrudniejszym, ustnym etapem olijp-u, nagle znajduję czas na to, by odrabiać lekcję, chodzić na jogę, ćwiczyć w domu, malować paznokcie, podcinać włosy, myśleć nad tym, w co się ubieram i co najważniejsze – rzetelnie przygotowywać się na obronę mojej pracy.
  Cóż mogę powiedzieć. Może czasem warto znaleźć jedyne źródło "presji" w sobie, oddalić od siebie tych, którzy chcą kwestionować naszą wartość i znaleźć ludzi, którzy widzą nasze dobre strony. Wydaje mi się, że nie można daleko zajechać robiąc coś ze strachu przed konsekwencjami, oceną osób trzecich, ośmieszeniem czy przyszłością. To znaczy zajechać daleko można, oczywiście, ale jakim kosztem. Kosztem swojego spokoju, szacunku do siebie, swojego zdrowia?

Szczere Kocisko
  Internet to wyjątkowe miejsce. Siedlisko hejtów, kotów, inspiracji i pożeraczy czasu, toteż nie mogło złożyć się lepiej. Zmęczone bezwartościowym pożeraniem czasu Kocisko postanowiło się wypowiedzieć na temat hejtów i zainspirować może kogoś, kogokolwiek w gruncie rzeczy, do zmiany perspektywy.
  Często mam wrażenie, że powinnam mieć monopol na złośliwość. W końcu umiejętność skierowania wobec niczego niespodziewającej się osoby drobnej uszczypliwości w taki sposób, aby „ofiara” uśmiechnęła się i podziękowała za komplement, nie bierze się znikąd. Do tego potrzeba łyżki szczerego uśmiechu, szczypty nieśmiałości, odrobiny inteligencji i trochę dobrych intencji – wiecie, tak do smaku. Ci, co już w pewnym stopniu poznali tajemnicę kociej niechęci do ludzi, puszkowo-okruszkowego sceptycyzmu i uroku godnego Kici Rożek z filmu o kultowych klockach Lego (Kto nie widział, niech leci do kina. Naprawdę, to jest ten przypadek, w którym warto przesiedzieć 2 godzinki, będąc otoczonym przez chmarę sześciolatków!), wiedzą, że każdy kot i każdy twór kotopodobny lubi od czasu do czasu rzucić hejtem. Ale na Latającego Potwora Spaghetti! Umiejętnie!
  Czuję się bardzo no-może-nie-aż-tak-bardzo zawiedziona, gdy widzę, że moi bliscy znajomi nałogowo lajkują na Facebooku stronki typu „Beka z Ask.fm”, „Beka z fanek Kwiatkowskiego”, „Beka z nastolatek”, „Beka z bogatych dzieci Instagrama”. Beka z was, ludzie. Nie dla tego, że wyrażacie swoją opinię, nie dla tego, że odważacie się czegoś nie lubić, ale dla tego, że w ten sposób torpedujecie nie cudze a swoje działania. Celowe wystawianie się informacje dotyczące osób/rzeczy/zjawisk, które was wkurzają, nie jest dobrym pomysłem na szczęśliwe życie, serio. Więc gdy widzimy, że ktoś dąży do absolutnego zaspamowania naszej tablicy na Facebooku piosenkami wykonawcy, który nas drażni, to nie wdajemy się w moralizatorskie dyskusje, mające na celu przekonanie rozmówcy, że słucha skończonego gówna, ok? Zamiast tego, można delikwenta kulturalnie usunąć ze znajomych, a przy najbliżej okazji niepostrzeżenie zepchnąć ze schodów albo chociaż sobie to ze szczegółami wyobrazić? Czy tak nie byłoby lepiej?
  Lubię nie lubić. Każdy czasem lubi nie lubić, być złośliwym, wrednym. Ale warto lubić lubić. Nieważne, przecież nie o to mi tu chodzi. Wiecie, lubię czasem ponarzekać, powiedzieć, że kogoś nie lubię, sprzeciwić się, kłócić o losy żyraf na lekcjach biologii. Ale robię tylko w sytuacji, gdy „antygen” sam pojawia się na mojej drodze. Wtedy hejt jest jedynie reakcją odpornościową, która ma zapewnić mi cudowną homeostazę. Wiem, że łatwiej jest stwierdzić, co nam nie odpowiada, niż co nam odpowiada, ale kurczę, chyba źle jest tworzyć swoją tożsamość jedynie na nacechowanych negatywnie fundamentach.
  Niepokoi mnie to, że wszyscy lgną do tych negatywnych pułapek, jakimi są fanpage’e poświęcone organizowaniu rajdów na ludzi, którzy chociaż coś robią oraz to, jak wielu ludzi utożsamia się innymi jedynie za pomocą nienawiści. Bardzo zakompleksieni jesteśmy i nawet konstruktywnie krytykować nie umiemy. Ba! Nawet ocenić siebie jako targetu. Naprawdę, to jakiś kryzys tożsamościowy kieruje te masy w te zakamarki internetów, które nie mogą liczyć na ich pochlebstwa?

Szczere Kocisko
  Mój dzisiejszy dzień upłynął w dużej mierze na zabawie, łażeniu po mieście i jedzeniu pysznych rzeczy, toteż dzisiejszy wpis nie będzie zbyt poważny. Jak się bawić – to bawić, więc zamierzam wziąć udział w blogerskiej zabawie, do której zostałam nominowana po raz kolejny.
 Chyba, że muszę wspominać o tym, czym jest Liebster?

  Jako pierwsza nominowała mnie GreyCat, a jej pytania brzmią:

1.Co w sobie lubisz najbardziej?
- A mam czegoś w sobie nie lubić? Tak, czy inaczej, chyba najbardziej lubię w sobie swoje dziecięce oblicze. Choć czasem bywa trochę zbyt dziecięce i nachalne…
2.Wolisz żyć bez muzyki czy internetu?
- Bez muzyki nie mogłabym żyć. Śnię muzyką, myślę muzyką, marzę o muzyce. Od internetu staram się ostatnio robić łagodny odwyk.  
3.Ulubiony film, książka?
- Jeśli film, to „Baczyńksi”, jeśli książka… sama nie wiem, uwielbiam wiele książek i do wielu chciałabym wrócić, ale chyba najbardziej wpłynął na mnie „Mag” Johna Fowlesa.
4.Wolisz rysować tradycyjnie, czy na komputerze?
- Na kompie! Jeszcze na początku liceum rysowałam regularnie i zabierałam tacie miejsce przy komputerze i tabsia… Moje wypociny były mizerne, ale były, oto jedna z nich:

5.Znienawidzony przedmiot szkolny?
- Teraz mam w szkole jedynie rzeczy, które lubię, ale w gimnazjum nie znosiłam niemieckiego i geografii J
6.Ulubione warzywko! :D

Szpinak?
7.Czy wierzysz w Latajacego Potwora Spaghetti albo inne paranormalne makarony?
Tak. To drzwi to mojego domu xD

8.Jak wygląda twój ulubiony kubek?
Tak.

9.Chciałbyś/chciałabyś ujeżdżać tyranozaura?
- Nie? L
10.Najbardziej dziwna piosenka, jaką znalazłaś/łeś w internecie to...



  Nie minęło wiele czasu, żeby dostać kolejne pytania, tym razem od Clove:

1.Skąd czerpiesz inspirację do pisania?
- Z tego, co mi się nie podoba w świecie. Z tego, co mnie inspiruje. Z tego, co się dzieje w moim życiu. Z tego, co widzę w szkole.
2.Jakie jest twoje najlepsze wspomnienie z dzieciństwa?
- Jako dziecko dość dużo podróżowałam, przynajmniej raz w roku „gdzieś byłam”. Nie mam najlepszego wspomnienia, ale gdy tylko próbuję sobie jakieś przypomnieć, dostaję ataku proustowskiej reminiscencji i na nowo czuję coś w rodzaju „O jejku, widzę pomnik Andersena!”, „No nie wierzę, przechadzam się po Wenecji!”, „Czy ja śnię, czy naprawdę jestem w Disneylandzie?!”, „Czy to naprawdę Van Gogh?!” J
3.Wolisz powiedzieć gorzką prawdę czy słodkie kłamstwo?
- Będę hipsterem (albo człowiekiem). Chyba słodkie kłamstwo…
4.Jaka jest najgorsza rzecz, jaką musiałaś zrobić?
- Nie mogę sobie przypomnieć, ale to chyba nie na Liebstera ;P
5.Wolisz dzień czy noc?
- Wolę poranek na naukę, popołudnie na śmiech, wieczór na palenie świeczek, noc na sen…
6.Lubisz siebie?
- Staram się, ale wiem, że ciężko mnie lubić ;D
7.Gdybyś mogła zmienić coś w sobie - co by to było?
- Pewnie zmniejszyłabym sobie neurotyczność i przydała trochę ekstrawersji, ale wtedy przestałabym być sobą, a tego nie chcę J
8.Czego najbardziej się boisz?
- Żył i igieł. A najbardziej w połączeniu…
9.Co cię najbardziej uszczęśliwia?
- Magia. Znajdowanie takich magicznych momentów, chwil, widoków…
10.Mogłabyś żyć bez muzyki?
- Nigdy!
11.Czy ktoś kiedyś porównał cię do jakiejś sławnej osoby? Jeśli tak - do jakiej?
- Tak… Niestety nie mogę sobie przypomnieć do kogo. Cieszyłabym się, gdyby ktoś mnie kiedyś porównał do Skrillexa ;P


  Moim kocim zwyczajem nie nominuję nikogo ;3
Mimo pozornego uroku, to nie jest coś,
co chciałam oglądać w ferie...
  Tak, jak od średniowiecza człowiek był regularnie rozdzielany na ciało i duszę, tak Kocisko zdaje sobie sprawę ze swojego rozdarcia na ścisłowca i humanistę. Wiecie, jedną półkulą mózgu rozwiązuję zadanka z fizyki i rozmyślam o układzie oddechowym płazów, a drugą płaczę nad losem Baczyńskiego i piszę rozprawki na 820 słów. Jednocześnie. Za tydzień odbędzie się etap okręgowy olijp-u, więc spędzam te radosne dni oddzielające mnie od zmierzenia się z czterogodzinnym siedzeniem na tyłku i pisaniem w szkole. Z humanistami. No kto to widział?!
  Nie, nie zamierzam nikogo krytykować, podśmiewać się, ironizować. Podziwiam humanistów, zauważyłam, że to prawdziwi ścisłowcy sztuki. Mówię jak najbardziej serio. Mam wrażenie, że mat-fiz, czy bio-chem obdarzony jakąś wrażliwością, fantazją, czy czymkolwiek, co pozwala mu rejestrować bodźce płynące z obcowania ze sztuką, bo przeczytaniu wiersza, który przypadnie mu do gustu, będzie się zastanawiał, coś czuł, może się biedaczysko wzruszy. Odbierze tą poezję, ona wywrze na nim jakieś wrażenie, jeśli duże – znajdzie szczególne miejsce w jego pamięci. Co zrobi w takim wypadku humanista? Sporządzi notatkę.
  Ups. Jakoś mi się to zupełnie nie zgadza. To znaczy w gruncie rzeczy zazdroszczę determinacji i chęci osobom, które tak potrafią, ale sama nie mogłabym w ten sposób. Wygląda na to, że chyba znalazłam czynnik wykluczający mnie z grona humanistów. Będzie śmiesznie, gdy ów czynnik okaże się wykluczającym mnie również z grona olimpijczyków, gdyż wyszłam z założenia, że życie jest zbyt krótkie, by sporządzać notatki i szatkować nimi jakże szlachetny proces odbioru sztuki. Jeśli coś – jakiś wiersz lub cytat – krzyknie mi w mordkę rozpaczliwe „Zapamiętaj mnie!”, szczytem mojej aktywności jest zrobienie mu spektakularnej fotografii okraszonej hipsterskim filtrem.
  W gimnazjum zupełnie inaczej do tego podeszłam. Chyba jakoś zdrowiej. Nie miałam żadnego kontaktu z innymi olimpijczykami, nie słuchałam plotek głoszących o tym, jak to niektórzy przygotowują się popołudniami, siedząc codziennie do dziewiętnastej z nauczycielami w szkole. I co? I byłam jedyną laureatką z języka polskiego i jedną z dwóch laureatek w całej szkole w czymkolwiek. Trochę bieda. Pamiętam, jak przed okręgowym moje przygotowania ograniczały się do przeczytania „Buszującego w zbożu”, „Pianisty”, „Gnoju” i „Alchemika”, a przed finałem do lepszego poznania Szymborskiej i przeczytania jakiegoś radosnego spisu motywów literackich i jeszcze kilku książek w tym cudownego „Świata Zofii”. Serio.
 
Może to jest właśnie mój atut? Prostota, brak szaleńczego zapisywania każdego belferskiego słowa wypowiedzianego na temat sonetów Sępa – Szarzyńskiego. A może nie. Może powinnam wykuć na pamięć „Terminy literackie na bardzo dobry” i „Gramatykę na bardzo dobry”. Nie wiem, dowiem się za tydzień, ale najpierw czeka mnie jeszcze kilka szkolnych spotkań, kilka książek i tomików poezji, kilkaset słów do napisania, no i walentynki.

Szczere Kocisko


  Tak bardzo nic się nie chce robić! Tym bardziej, że pracy tak dużo. Klasycznie - sprzątanie, nauka, wypadałoby również zadbać o swoją kondycję fizyczną i psychiczną, zrobić kolejne kroki w kierunku spełnienia swoich marzeń, nie zapominając o tym, że potrzebna też kilku dłuższych chwil na byczenie się, spotykanie ze znajomymi i… sen. Ilość wolnego czasu, który z założenia mają zapewnić ferie zimowe, wydaje się odpowiadać ilości rzeczy, które wypadałoby załatwić. Niestety przekonanie o tym, że wcale nie trzeba się tak śpieszyć źle wpływa na efektywność. Właściwie ją zabija.
  Zawsze, gdy zaczynają się ferie, wakacje i inne dłuższe przerwy od normalnego, pracowitego trybu życia, boję się, że przeleżę ten czas do góry brzuchem, ewentualnie na tyłku, młócąc w Assassin’s Creeda, czy męcząc do znudzenia te same filmiki na YT. Ale chyba odkryłam, co może mi w tym pomóc. Celebracja.  Upiększanie każdej chwili, retusz świata wokół, zakrywanie tego, na co nie chcę patrzeć. Skupianie się na tym, co fajne, ładne, przyjemne i pożyteczne.
Świeczki. Uwielbiam je. Ostatnio mój ukochany to zauważył i dostaję jakąś piękną świeczuszkę praktycznie na każdą okazję. Kiedy chcę, aby jakiś przyjazny płomyczek towarzyszył mi wieczorem, a boję się, że zasnę przy zapalonej świecy, co chyba nie jest najlepszym pomysłem, idealnie sprawdzają się tea-lighty. Prawie codziennie jeden ląduje w moim ulubionym, solnym świeczniku lub w kominku do wosków Yankee Candle, które skradły moje serce w ostatnim miesiącu. Świeczki są dla mnie lekarstwem na normalność. Moje to i tandetne, kiczowate, nie warte zachodu, ale lubię usiąść przy oknie, czytać książkę i zerkać na te małe ogniki. To dla mnie rodzaj terapii – zwykle uciekam od ognia, zapalniczek, zapałek, fajerwerków, kuchenek gazowych…
  Puchate skarpetki. W paski, kropki, gwiazdki, czarne, różowe, fioletowe, tęczowe. Często z motywem Hello Kitty. To dla mnie wyznacznik weekendu. To naprawdę idiotyczne, ale takie grube, puchate, miękkie skarpety bardzo poprawiają mi humor i sprawiają, że choć przez chwilę czuję się takim dzieckiem, jakim chciałabym być – beztroskim, wesołym, wiecznym!
  Desery! Ładne desery. Wiecie, takie, które aż żal zjeść nie zrobiwszy im wcześniej zdjęcia. Bomby kaloryczne. Ostatnio namiętnie trenuję różne wariacje gorącej czekolady z piankami. Czasami używam zwykłego kakao dla dzieci, czasami kawy i odrobiny gorzkiego kakao, czasami roztapiam czekoladę, lub dodaję kosteczkę tego cuda do gotowego napoju. Uwielbiam również herbaty. Najczęściej piję czarną z miodem i cytryną (spokojnie, najpierw ją studzę…), czasami zieloną z płatkami róży, bławatka i słonecznika, zdarza się również że sięgam po białą z granatem lub miętę.
  Celebruję również niedzielne śniadania. Gdy mam czas, staram się wyczarować coś niezwykłego, jestem mistrzynią omlecików z owocami i syropem klonowym. Ostatnio często na śniadanie jest u mnie sushi. Mmmm, aż zgłodniałam.
  Zauważyłam, że w odnajdowaniu takich ładnych, przyjemnych, odprężających chwil bardzo pomaga mi instagram. To takie trochę kreowanie swojej rzeczywistości, uwiecznianie momentów, którymi warto podzielić się ze światem. Pewnie nie jest to zbyt głębokie i kilka tygodni temu spojrzałabym na siebie z dziś z politowaniem. Ale co z tego. Postanowiłam dbać o swoje samopoczucie. No to dbam.

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ▼  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ▼  lutego (5)
      • Przywileje i obowiązki.
      • Kot, co nigdy nie hejtuje
      • Pobawmy się, dobra?
      • Dualizm Kociska
      • Celebrując blask świec.
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.