• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Tak, zdążyłam już to miasto trochę oswoić. Przeprowadzka poszła sprawnie, bydgoska Ikea przytłoczyła mnie swoją wielkością, ale nie na tyle, by nie podołać zakupom, a po pierwszych dwóch godzinach od odjazdu mamy, podczas których czułam dziwną pustkę i niepokój, okazało się, że jest fajnie, że ładnie i dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłam. Rozkoszuję się pustym mieszkaniem i czasem wolnym, bo już za kilka dni wszystko będzie mogło wyglądać zupełnie inaczej. Póki co, chodzę po mieście i ledwo się mieszczę w nim, ciągle się kszątam, czytam, fotografuję, gotuję, latam po urzędach i dziekanatach. No właśnie, fotografuję. Na każdym kroku znajduję w tym mieście coś wartego uwagi. Postanowiłam więc, że dopóki nie mam żadnego pomysłu na tekst z prawdziwego zdarzenia, podzielę się chociaż zdjęciami z ostatnich kilku dni...




















Czytając niektóre z moich wpisów, nie sposób nie zauważyć, jak ważne jest dla mnie jedzenie i jak bardzo, w gruncie rzeczy, lubię jeść. I stąd też moja, trwająca już chyba z rok i wciąż przybierająca na sile, dbałość o to, co jem i jak jem. Tym razem nie będę jednak przekonywać o wyższości bananów nad batonami, ani zwierzać się, jakie jedzenie udało mi się wykluczyć, a bez jakiego nie wyobrażam sobie dnia. Tym razem skupię się na samej czynności jedzenia i przygotowywania jedzenia.

Odczuwam lekką niechęć wobec tych, którzy gotowanie obiadu traktują jako smutny obowiązek i płaczą nad makaronem z sosem z worka. I wobec tych, którzy nie jedzą śniadań, bo podobno nie mają czasu, ale spędzają poranki przed telewizorem, oglądając najnowsze wiadomości. I wobec tych, którzy twierdzą, że jedzenie z rodziną nie ma szczególnego znaczenia lub nabiega je dopiero dwa razy w roku – podczas kolacji wigilijnej i wielkanocnego śniadania. Wiem, że dyskryminowanie ludzi na podstawie ich nawyków żywieniowych brzmi słabo i w gruncie rzeczy pewnie jest bardzo słabe, ale uważam, że tracą oni wiele przyjemności z życia.

Lubię patrzeć na grządki, przyglądać się hodowanym przez dziadka warzywom i towarzyszyć mamie w wyborze tych, które zagrają główne role w najbliższych obiadach. Coraz chętniej próbuję nowych rzeczy, a dużo mam jeszcze do spróbowania, bo przez długi czas mój jedzeniowy repertuar był dość wąski. Z zabawnych rzeczy – w zeszłym tygodniu po raz pierwszy zjadłam do obiadu sos z kurek, wcześniej z grzybów godziłam się jedynie na sporadyczną obecność pieczarek na pizzy, a i tak nie byłam nimi zachwycona. Jedyne dni, kiedy wychodzę z domu bez śniadania, to te, w które wypadają mi badania krwi – nigdy nie zdarzyło się, żebym ot tak o tym posiłku zapomniała. I kiedy tylko mogę, jadam śniadania z mamą. Podobnie z obiadami – obiady trzeba jeść razem. Niekoniecznie przy stole. My preferujemy siedzenie wygodnie na sofach w salonie. Z pewnością ma tutaj znaczenie fakt, że zwykle nasze posiłki nie wymagają korzystania z noża… Nieważne.

Choć dużo piszę, w rzeczywistości bywam słaba w słowa. I choć czuję bardzo dużo i intensywnie, bywa, że wyrażanie uczuć nie wychodzi mi zbyt sprawnie. Jednak jest jeden sposób, w jaki bardzo lubię manifestować swoją sympatię, przywiązanie i inne dobre emocje. Nawet jeśli prawie nikt tego manifestu nie odczytuje. Piekę. No dobra, może i nie jestem królową ciasteczek i tortów, ale mam na swoim koncie wiele, naprawdę wiele, bajecznie kolorowych babeczek, w tym babeczki-jednorożce, tort imitujący mózg, zielony tort „princesstårta” (no dobra, ten przygotowałam na własne imieniny, ale kto powiedział, że nie należy wyrażać miłości samemu sobie, szczególnie, jeśli o tą miłość czasem ciężko?), kruche babeczki z budyniem, cynamonowe bułeczki, cytrynową tartę, czekoladowe ptysie i sama nie wiem, co jeszcze. Kiedy w gimnazjum lub liceum organizowano klasowe wigilie i inne takie, po prostu nie mogłam niczego nie upiec. I wkładałam w to serce - tymi wszystkimi piernikami i czekoladowymi babeczkami mówiłam – w zasadzie to lubię was, ludzie.

To jakby odwrotność zasady „przez żołądek do serca”. Takie „co z serca to w żołądku”. Choć może nie brzmi to zbyt apetycznie.

Przychodzi mi w tym momencie do głowy fabuła książki, którą w ten weekend czytałam. „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”  autorstwa Shirley Jackson. Tam przygotowywanie posiłków jest szczególnie ważne, choć w przewrotny i niepokojący sposób. Spokojnie, obywa się bez kulinarnych ekscesów w rodzaju kanibalizmu. Myślę również o magazynie KUKBUK, który stanowi dla mnie solidną dawkę inspiracji i przekonuje, że nie jestem w błędzie – jedzenie JEST ważne.
Staram się przyglądać się sobie z uwagą. Nie mniejszą i nie większą, niż przyglądam się innym, a przyglądać się lubię. Nie chcę po prostu przeoczyć czegoś ważnego, nie zauważyć momentu, w którym stanę się, no nie wiem, hipokrytką, despotką, niefajnym i niedobrym człowiekiem. Ale przeoczam. Mimo wszystko.

Bo jakimś cudem wydawało mi się, że choć nie jestem osobą najłatwiejszą w kontaktach, jestem raczej miła, mówię raczej cicho i udaje mi się być raczej serdeczną. W sensie – jak chcę, to potrafię.

Z tym, że nie. Chyba jestem niemiła.

Kilka dni temu, podczas rozmowy na bieżące – kawiarniane lub raczej kawiarenkowe tematy,  z ust mojej mamy padło zdanie zaczynające się od „Wiem, że masz złe zdanie o swoim liceum, ale…” i zgłupiałam. Że kto? Że ja? I złe zdanie o mojej szkole?! Przysięgam, że gdy to usłyszałam, zeszkliły mi się oczy. I dopytuję, próbuję dowiedzieć się, skąd w ogóle taki pomysł. I w odpowiedzi dostaję, że przecież tyle razy narzekałam i krytykowałam, i pisałam – zarówno tu, jak i do szkolnej gazetki – uszczypliwe teksty. Że tyle ironii i tyle złośliwości, i…

Już sama nie wiem. Z mojej strony wyglądało to inaczej. Jasne, zauważam wady i błędy, i rzeczy działające nie tak, jak powinny, lub niedziałające w ogóle, ale nie dla tego, aby wywlec je na wierzch i podkreślić, jak bardzo czegoś nie lubię. Robię to bardziej z troski o to, co lubię. Bo jeśli czegoś nie trawie, to po prostu zostawiam to obok, nie rozmawiam na ten temat, nie dzielę się z innymi swoim brakiem sympatii. Nie czuję potrzeby poświęcania swojej energii rzeczom, które są jej niewarte. 

I nigdy nie próbowałam postępować, biorąc przykład, powiedzmy, z tego szczególnego rodzaju  nauczycieli, którzy skupiają się jedynie na czyich brakach, tępią i temperują, mając nadzieję, że uda się im w ten sposób kogokolwiek zmotywować. Ale może rzeczywiście czasem tak robię?

Przez długi czas ćwiczyłam się we władaniu sarkazmem i ironią i stosowałam je jako tarczę, która miała mnie chronić w momentach, kiedy nie czułam się pewnie, kiedy było mi nieswojo i nieprzyjemnie. Czyżbym przywiązała się do niej na tyle, by nie móc bez niej poprowadzić rozmowy? Czy naprawdę muszę być złośliwa i uszczypliwa wobec  swoich ulubionych ludzi?
Pisałam już, że zwykłam wierzyć w słowa. Naturalnym następstwem tego faktu jest to, że wierzę również w książki. I znów – nie we wszystko, co w książkach przeczytam, ale w bohaterów, w ich emocje, przeżycia. To się oczywiście nie tyczy wszystkich książek – nie uwierzyłabym w Greya, bo wystarczy mi, że wierzę w Doriana Graya i tak dalej.

Szczególnie mocno wierzę i angażuję się we fragmenty, w których autor wplątuje czytelnika w grę z bohaterami, wystawia go na pole ich wpływów i zaciera granicę między tym, kto jest czytelnikiem a kto bohaterem. Dzięki temu poczułam się prawdziwą Czytelniczką a czasami nawet i Czytelnikiem z „Jeśli zimową nocą podróżny” Italo Calvino i teraz mogę stwierdzić, że chyba żadna książka nie miała jeszcze takiego wpływu na moje życie. Nie stylu – musisz to przeczytać, koniecznie, to odmieni Twoje życie i spojrzysz na wszystko zupełnie inaczej. Chodziło o bardziej subtelne i subiektywne sprawy.

Nieczęsto wracam do książek, które już przeczytałam. Już prędzej do ulubionych fragmentów, które lubię notować w zeszycie, żeby zawsze były pod ręką. Źródełko z pozycjami do przeczytania na razie mi nie wysycha, nie chce mi się wobec tego niepotrzebnie dublować przeczytanych książek.
Ale bywają wyjątki – szczególnie, jeśli od przeczytania jakiejś książki minęło wiele lat i podejrzewam, że w międzyczasie zmieniłam się na tyle, by móc wyciągnąć z nich coś więcej lub… po prostu inaczej.

Zdecydowałam więc, że nadszedł czas, abym po raz drugi przeczytała „Świat Zofii”. Za pierwszym razem czytałam tę powieść/podręcznik do filozofii w dość szczególnym dla mnie momencie – podczas moich ostatnich zawodów w kickboxingu. Można było to potraktować dość symbolicznie – zapłakana, z rozwaloną wargą i zszarganymi nerwami postanowiłam, że już nigdy nie będę się bić i usiadłam do lektury. Z tym, że nie wiem, czy wiele z niej wyniosłam. Można powiedzieć, że było to moje pierwsze spotkanie z tym tematem na własną rękę i wielu z wymienionych filozofów nie kojarzyłam zbyt dobrze, więc nie czułam się, czytając o nich, zbyt pewnie. Ale podobały mi się te wszystkie fabularne zakręty, warstwowość rzeczywistości, teksty o wyciąganiu królika z kapelusza, rozmowa o Wielkim Wybuchu i impreza w ogrodzie Zofii. O tak, to wydawało mi się najbardziej zaskakujące z całej książki. Teraz… już nie. Prawdziwe imprezy w ogrodach bywają ciekawsze. Kiedy po raz pierwszy czytałam „Świat Zofii” miałam skończone piętnaście lat, byłam więc tylko nieznacznie starsza od bohaterek książki. To był fajny moment. I chyba w sam raz na pierwsze zetknięcie w tą tematyką.

W liceum moja wiedza na temat filozofii pogłębiła się nieco. Mówię „nieco”, bo zawsze znajdzie się ktoś, to mnie zagnie, przywoła cytat z kogoś, o kim nigdy nie słyszałam, zauważy jakąś analogię, zrobi cokolwiek, co sprawi, że poczuję się głupio. Niemniej, czytałam chętnie Camusa i Sartre’a, chodziłam na kurs filozofii, starałam się przygotowywać na zajęcia i czytać zadane lektury, nawet jeśli nie rozumiałam z nich zbyt wiele, a na samych lekcjach nieczęsto miałam okazję rozwiać swoje wątpliwości – nauczyciel mówił bardziej skomplikowanymi zagadkami niż autorzy omawianych tekstów. Co podobało mi się, z resztą. Ostatnio urządziłam sobie powtórkę z historii filozofii czytając zbiór „Teksty filozoficzne dla uczniów szkół średnich” Łojka i okazało się, że ogarniam wszytsko  dużo lepiej, niż mogłoby się wydawać. I wtedy– po przeczytaniu na świeżo fragmentów najważniejszych dzieł filozoficznych i usystematyzowaniu ich sobie zabrałam się za „Zofię”.

Fragmenty „podręcznikowe” wchodziły mi o wiele łatwiej niż za pierwszym razem, ale zaczęłam również dostrzegać nieścisłości i luki. Szczególnie, im świeższej historii dotyczyły. O Nietzschem pojawiło się zaledwie jedno zdanie, Schopenhauera pominięto chyba całkowicie, Camus pojawił się obok Gombrowicza w jednej linijce tekstu. Sartre’a sprowadzono to siedzenia w kawiarni. Krytyka ezoteryki i tarota i astrologii wydała mi się z kolei niepotrzebna i śmieszna. Nie, nie zabawna. Śmieszna.

Ale jest jedna rzecz, którą po czasie bardzo w tej książce doceniam – dotyczy nie tylko filozofii. Wyciąga ją spoza tekstów filozoficznych i przykleja ją do rzeczywistości. Wskazuje na nierozerwalny związek filozofii z historią, z odkryciami, ze światem, z biologią, z genetyką, z fizyką, z geografią, ze wszystkim! Z człowiekiem. A to jest – moim zdaniem – szalenie ważne. I potrzebne. Bo mam dość słuchania o tym, że filozofia jest jałowa, niepotrzebna, nie warta poświęcania jej czasu i wykorzystywana jedynie do pretensjonalnego lansu.

Tak, zdecydowanie cieszę się, że polecono mi ją te trzy czy cztery lata temu i że teraz zdecydowałam się do niej wrócić. Takie powroty są fajne i chyba już wiem, za co zabiorę się następnym razem… 
O emocjach, jakie budzą mnie nie różne rzeczy, częściej decyduje to, czego nie wiem, niż to, czego jestem pewna. Niewiadoma to niepokój, zagadka, kalambur i niedopowiedzenie. Niewiadoma to możliwości.

Najlepiej widać to na przykładzie mojego przyszłego mieszkania, które zajmuje teraz większość moich myśli. No dobra, nie większość. Ale i tak sporo. Moje mieszkanie składa się z mojego pokoju, pokoju dwuosobowego, pokoju trzyosobowego, kuchni i łazienki. Nie wiadomo, czy pozostałe pokoje są zajęte, wiadomo jednak, że w mieszkaniu nie może być więcej, niż pięć osób. Mogę więc dostać tylko dwie lub trzy osoby. W najlepszym wypadku żadnej. Rozważam w myślach wszystkie te opcje jak w jakiejś grze o sumie niezerowej. Oprócz tego, ile osób znajdzie się w moim mieszkaniu, niewiadomą jest też to, kim one będą. I co będą jeść – a to dla mnie najważniejsze. Nie chodzi mi o to, że oceniam ludzi pod kątem ich diety. Jednak, gdyby jedli mniej więcej tak, jak ja – byłoby mi o wiele łatwej. Mam już swoje garnki i patelenki, mam swoje śliczne talerzyki i szklane miseczki, w których oczyma wyobraźni widzę już swoje sałatki z kuskusem, natką pietruszki, pomidorami i – uwaga – rodzynkami. I wiem, że nie zajmowałabym w kuchni wiele miejsca, bo jestem raczej kompaktowa i bezproblemowa, i że kilkukrotnie przeżyłam kilka dni "mieszkając" na hali sportowej i zajmując się z koleżanką robieniem tostów dla jakichś dwudziestu rosłych chłopaków, więc w sumie nic mi nie straszne, jednak nie mogę całkiem pozbyć się lęku.

Jasne, mogłabym zadzwonić do właścicieli i ich o to wszystko zapytać, ale… nie wiem, czy chciałabym usłyszeć prawdę. To mogłoby – do wyboru – popsuć mi te kilka tygodni września lub zniszczyć cudowną niespodziankę, gdyby okazało się, że jednak mam mieszkać sama.

Wolę nie wiedzieć.

Wolę nie wiedzieć też kilku innych rzeczy, choć nie przeszkadza mi to w ciągłych dociekaniach na ich temat. Same dociekania są wystarczająco fajne, dlaczego więc miałabym tak bardzo wybiegać naprzód?

Przez jakiś czas trochę mimowolnie wyobrażałam sobie, jak to będzie pięknie i idealnie. Szukając lokum, zwracałam uwagę tylko na mieszkania o wysokich standardach i jeszcze wyższych czynszach, wyglądające jakby je ktoś żywcem wyjął z katalogu Ikei. I konfrontacja z rzeczywistością nie okazywała się bynajmniej… wolna od frustracji. Jednak udało mi się znaleźć miejsce potencjalnie ładne i realnie niedrogie. Ale kurczę, dlaczego w którymkolwiek momencie oczekiwałam, że moje pierwsze samodzielne mieszkanie będzie tym, które zaspokoi moje… życiowe ambicje? Wiem, że życie trwa teraz, ale kurczę, gdzie ja się śpieszę z nimi wszytskimi?

Poprzez blogi konfrontuję się w dużej mierze z punktem widzenia osób starszych ode mnie o 8-10 lat. I zaczytuję się tym, że nie ma co czekać, że nie ma powodu, by sięgać po cokolwiek i że fit, slow, wszystko pięknie, ale jeśli tak, jeśli rzeczywiście, to do czego należałoby dążyć?

No, więc zaczynam akceptować to, że nie od razu będzie idealnie. I że nie mam pojęcia, co będzie dalej. 
Rozmarzony, melancholijny, lekko ospały i pełen sentymentów klimat z poprzedniego wpisu nie zelżał. Wręcz przeciwnie, zdaję się zanurzać się w nim po czubek głowy. Łącznie ze słuchaniem „Jesiennej” piosenki zespołu Akurat, choć nie robiłam tego przynajmniej od dwóch lat. Ileż można jednak pisać o hamakach, spokoju i wspomnieniach?

Dziś trochę od innej strony. Kiedy coś szczególnie zaskakującego dzieje się w moim życiu lub wręcz przeciwnie – nie dzieje się nic szczególnego i mam czas na uporządkowanie myśli, przeanalizowanie ostatnich miesięcy i poupychanie wspomnień i pomysłów do stosownych szufladek, lubię zadawać sobie pytanie, jak zareagowałabym, jeśli rok temu ktoś powiedziałby mi, że „to wszystko” tak się potoczy?

Bo zwykle okazuje się, że odpowiedź brzmi – nie uwierzyłabym, wyśmiałabym informatora z przyszłości, strzeliłabym facepalm.

Rok temu, już po trzech dniach szkoły, miałam dość i nie chciałam nawet myśleć o maturze. Rok temu nie wpadłabym na to, że sama zdecyduję, że pójdę na studia do Torunia. Rok temu miała być przecież Warszawa. Rok temu miałam na koncie o ponad sześćdziesiąt wierszy mniej. I nie pomyślałabym, że któryś z tych, niepowstałych jeszcze, wierszy trafi do radia, do kwartalnika literackiego lub że będę je czytać na turniejach jednego wiersza. I że z sukcesami. Rok temu nie uwierzyłabym, że matura okaże się tak przyjemną zabawą. I że tak bardzo pokocham Murakami'ego. Że Tove Jansson całkowicie mną zawładnie. I tak dalej. Rok temu nie byłabym w stanie przewidzieć prawie niczego, co stało się w międzyczasie.

Choć właściwie nic się nie zmieniło.

Starym zwyczajem przesiaduję w rogu łóżka i czytam książki po przebudzeniu i przed snem.  Nawyki mi się praktycznie nie zmieniły. Nieznacznie. I tylko na lepsze.

I wiecie co? Bardzo się z tego cieszę. Że jestem, mimo wszystko, tą samą osobą. Tylko po kilku aktualizacjach, paru upgrade’ach, usunięciu kilku bugów i sezonowych przeglądach. Czyli bogatszą o masę książek, filmów, wystaw i spotkań. O całe morze plotek, zwierzeń i opowieści z dawnych czasów. O solidną porcję doświadczeń. O tonę inspiracji, które – mam nadzieję – utkną we mnie na zawsze i przyjdzie czas, że będą drogowskazem i punktem wyjścia dla mojej przyszłości. O odrobinę zdrowsze spojrzenie na siebie – z zewnątrz i od wewnątrz. O wielkie plany, marzenia, nadzieje i tęsknoty.

Ojej, jak mi dobrze!
Lubię wszelkie niuanse. Małe różnice, które odpowiadają za wrażenie, jakie wywołuje w nas jakaś sytuacja. Szczegóły, które sprawiają, że początek września różni się od końca sierpnia.

No właśnie.

Muszę przyznać, że nadejście września wywołało we mnie lekką panikę i dół. Kazało po raz kolejny analizować to, jak ciężko mi poruszać się między etapami w życiu i z jakim żalem żegnam jedno i witam następne. Mam to do siebie, że jeśli sytuacja nie pcha mnie na jakąś krawędź i nie każe palić za sobą mostów, ciężko jest mi się pożegnać. To jak z rozłączaniem się po rozmowie telefonicznej. Wolę mówić tysiąc razy „No dobra, na razie, pa!”, niż sama zakończyć rozmowę. Zabawne.

Ale wrzesień, zwłaszcza początek września, jest zbyt ładny, aby się tym przejmować. Szczególnie, kiedy jest wolny i po raz pierwszy od wielu, wielu lat ma się okazję tak dokładnie mu przyjrzeć - z perspektywy hamaku, a nie szkolnej ławki, czy przez zroszone deszczem szyby samochodu.

Nadchodzące pory roku zawsze witam z ekscytacją. Niezależnie od tego, która z nich ma się właśnie rozpocząć. Pierwszą rzeczą, jaka zwiastuje mi zmianę, jest zapach. Każda poza roku ma swój – wyjątkowy, niepodrabialny, trudny do opisania. Zapachy są dla mnie w ogóle bardzo ważne. Pewnie nie tylko dla mnie, bo jako ludzie, choć nie cieszymy się wyśmienitym zmysłem węchu, bardzo często łączymy wspomnienia nie tylko z obrazami w naszej pamięci, ale i z zapachami właśnie.
Dla mnie jesień pachnie między innymi wilgocią lasu, glebą, mchem, pojawiającymi się coraz liczniej wokół mojego podwórka kaniami. Wizualnie, dysponuje jeszcze miłym, letnim, słonecznym blaskiem i ładnym, błękitnym niebem. Ma w swoim arsenale zastępy wiewiórek, śpiewy odlatujących ptaków i całą masę wzruszeń.

A ja lubię wzruszenia.

Lubię też ten szczególny stan ducha, który w nie do końca zrozumiały dla mnie sposób łączy w sobie szczęście, melancholię i błogostan. Lubię do czegoś tęsknić, ale jednocześnie uśmiechać się do siebie i myśleć, że właściwie, to mam wszystko, czego mogłabym chcieć i że niczego więcej mi na tę chwilę nie potrzeba. I lubię wspominać. Minione lata, wycieczki do lasu w podstawówce, wspinanie się na piaszczyste górki i turlanie się z nich z innymi dziećmi. Jazdę konną, która była moim ulubionym zajęciem jesienią podczas wczesnych klas podstawówki. Łażenie po parkach i zbieranie kasztanów. Kota, który przysiadł się do mnie, kiedy obserwowałam kaczki w parku w centrum miasta dwa lata temu.

Początek września mi pachnie, brzmi i wygląda. Nareszcie. Chcę zatrzymać ten spokój jak najdłużej.
Wierzę w słowa. Od tego należałoby zacząć. Wierzę w moc i znaczenie słów. Czasem trochę naiwnie zakładam, że mają one taką samą wartość dla wszystkich. Czasami zdarza mi się na tym przejechać. Ale nie to jest istotą tego wpisu. Tym, co - w moim odczuciu - sprawia, że słowa są takie ważne, jest ich wpływ na rzeczywistość. A dokładniej – na nasze postrzeganie rzeczywistości. To, jak nazywamy rzeczy, potrafi zmienić nasze nastawienie wobec nich, więc przebudowuje nieco nasz świat, to jasne. Ważną rolę pełni też tu język. Jednak wpływ języka, którym się posługujemy, na nas samych to bardziej temat mojej przyszłej pracy naukowej. Na razie skupię się na samym nacechowaniu słów.

Nie lubię, kiedy ludzie psują sobie rzeczywistość właściwie bez powodu i na własne życzenie, i postanawiają, że muszą się tym brzydkim, szarym, smutnym i złym światem podzielić z innymi.

Drażnią mnie wszelkie baby zamiast kobiet, pogardliwe panienki zamiast dziewczyn, idioci, debile, buraki. Podobnie, jak to, kiedy przestaje się pić kawę i wybiera się plujkę. Kiedy rezygnuje się torby i nosi dziadówkę. Kiedy się liże, kiedy się żre, kiedy się chla.

Wracasz na chatę, napychasz mordę kiełbą i kiedy już zmielisz mięso w pysku, możesz się już tylko wysrać. Mniam.  

To nie brzmi, jak dobry dzień.

I ok, zrozumiałabym, gdyby miał być to naprawdę beznadziejny dzień. Ale wiem, że wiele osób mówi tak, niezależnie od tego, jak im minął dzień. Ze zwykłego przyzwyczajenia. Przyzwyczajanie się jest takie łatwe.

A jestem pewna, że w świecie w którym się żre, zdycha, rucha, w świecie ze szlugami, wódą i resztą syfu, drogi są mniej równe, pogoda gorsza, a politycy częściej kłamią. W takim świecie sama nie chciałabym nikomu ufać i chodziłabym z wiecznie skwaszoną miną. Nie chciałabym z nim żyć, nie wiem, może i chciałabym zdychać.

Nie twierdzę, że słowa są pierwotne w stosunku do świata. Gdyby tak było, nie musielibyśmy się ich uczyć. Ale tkwienie w językowych schematach skutecznie utrudnia spojrzenie na życie w szerszej perspektywie i zrobienie z nim czegoś, dokonanie zmian na lepsze.

Zmiany nie chodzą samotnie, musimy podać im rękę.
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ▼  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ▼  września (8)
      • Wrześniowy Toruń w zdjęciach
      • Serce w piekarniku
      • Jestem niemiła
      • Zofia, nie filozuj!
      • Urok niewiadomych
      • Pytanie, które wraca
      • Wrześniowe niuanse
      • Moja wiara w słowa
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.