No właśnie.
Muszę przyznać, że nadejście września wywołało we mnie lekką
panikę i dół. Kazało po raz kolejny analizować to, jak ciężko mi poruszać się
między etapami w życiu i z jakim żalem żegnam jedno i witam następne. Mam to do
siebie, że jeśli sytuacja nie pcha mnie na jakąś krawędź i nie każe palić za
sobą mostów, ciężko jest mi się pożegnać. To jak z rozłączaniem się po rozmowie
telefonicznej. Wolę mówić tysiąc razy „No dobra, na razie, pa!”, niż sama
zakończyć rozmowę. Zabawne.
Ale wrzesień, zwłaszcza początek września, jest zbyt ładny, aby się tym przejmować. Szczególnie, kiedy jest wolny i po raz pierwszy od
wielu, wielu lat ma się okazję tak dokładnie mu przyjrzeć - z perspektywy hamaku, a nie szkolnej ławki,
czy przez zroszone deszczem szyby samochodu.
Nadchodzące pory roku zawsze witam z ekscytacją. Niezależnie
od tego, która z nich ma się właśnie rozpocząć. Pierwszą rzeczą, jaka zwiastuje
mi zmianę, jest zapach. Każda poza roku ma swój – wyjątkowy, niepodrabialny,
trudny do opisania. Zapachy są dla mnie w ogóle bardzo ważne. Pewnie nie tylko
dla mnie, bo jako ludzie, choć nie cieszymy się wyśmienitym zmysłem węchu,
bardzo często łączymy wspomnienia nie tylko z obrazami w naszej pamięci, ale i
z zapachami właśnie.
Dla mnie jesień pachnie między innymi wilgocią lasu, glebą,
mchem, pojawiającymi się coraz liczniej wokół mojego podwórka kaniami.
Wizualnie, dysponuje jeszcze miłym, letnim, słonecznym blaskiem i ładnym, błękitnym
niebem. Ma w swoim arsenale zastępy wiewiórek, śpiewy odlatujących ptaków i całą masę wzruszeń.
A ja lubię wzruszenia.
Lubię też ten szczególny stan ducha, który w nie do końca
zrozumiały dla mnie sposób łączy w sobie szczęście, melancholię i błogostan. Lubię
do czegoś tęsknić, ale jednocześnie uśmiechać się do siebie i myśleć, że
właściwie, to mam wszystko, czego mogłabym chcieć i że niczego więcej mi na tę
chwilę nie potrzeba. I lubię wspominać. Minione lata, wycieczki do lasu w
podstawówce, wspinanie się na piaszczyste górki i turlanie się z nich z innymi
dziećmi. Jazdę konną, która była moim ulubionym zajęciem jesienią podczas
wczesnych klas podstawówki. Łażenie po parkach i zbieranie kasztanów. Kota,
który przysiadł się do mnie, kiedy obserwowałam kaczki w parku w centrum miasta
dwa lata temu.
Początek września mi pachnie, brzmi i wygląda. Nareszcie.
Chcę zatrzymać ten spokój jak najdłużej.
Brak komentarzy: