• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

  Czy tylko ja rejestruję na każdym kroku ten powszechny ekshibicjonizm? Zbytnią otwartość wobec innych, brak wyznaczonych granic w kontaktach międzyludzkich i uznawanie, że póki jesteśmy młodzi, nic nie jest naprawdę? Chyba znajduję odpowiedź na pytanie, dlaczego media prezentują sobą to, co prezentują. Mam na myśli między innymi różne, wymyślne produkcje MTV, szambo królujące na ekranach kin i jakże edukacyjne treści zawarte w popularnych piosenkach, których i tak nie znam. No cóż, bez popytu nie ma podaży, to jasne. Pozostaje tylko dowiedzieć się skąd wziął się ten popyt…
  Może to tak, w gruncie rzeczy, nie bierze się to z niedowartościowania? Kompleksów, nieśmiałości, nieumiejętności pokazania czegoś prawdziwego. Pewnie też. Jednak w ten sposób zachowałabym się zupełnie nie w moim stylu. Powiedziałabym, że nasi ekshibicjoniści pokazując za dużo, chcą ukryć jeszcze więcej. Że parcie na popularność to tylko wołanie o akceptację, które uskuteczniają biedne ptaszyny z podciętymi skrzydłami. Że tak naprawdę to są mądre i dobre dzieciaczki. Ale nie. Niestety tak nie myślę. Nie w takim stopniu. Sądzę, że pierwsze skrzypce gra tu bezmyślność. I to się w sumie nie musi wykluczać z inteligencją tych ludzi. Ale... to skutecznie usypia ich móżdżki i zdaje się, rozregulowuje ich system wartości.
  Dobrze teraz być pewnym siebie, walczyć o swoją sprawę, tupać nóżkami i rozpychać się łokciami. To jest właśnie promowany wzór. I tu muszę się poniekąd zgodzić. Jednak wydaje mi się, że nie do końca uściślono co znaczy być pewnym siebie. Posługiwać się jakże oryginalnym i wcale nie wyświechtanym sarkazmem? Przyjmować postawę aroganta, lekceważyć wartości? Być wszędzie, ze wszystkimi, robić wszystko i jak najbardziej, wręcz na siłę istnieć. Żeby tylko było słychać, bo słowa innych to najlepsza pożywka. Nie! Na pewno nie! Osobiście gdybym miała wskazać osobę pewną siebie, wskazałabym kogoś, kto siedzi cicho, gdy nie ma nic do powiedzenia, mówi uprzejmie, kiedy pojawia się potrzeba, potrafi obyć się bez spektakularnego wyskakiwania zewsząd i oferowania się każdemu, bo i tak ma posłuch.
  Najbardziej przejmuję się nieprzejmowaniem się niczym. Obojętność ludzi wobec spraw elementarnych sprawia, że zmieniam się we wspominaną już przeze mnie wiele razy maszynkę do nienawiści. Więc rozumiecie, nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy ktoś lekceważy to, gdzie jest i jakie zadanie ma do wykonania. Wiadomo, niezwykle łatwo przybrać postawę roszczeniową, ale na roszczeniach się kończy. Kto teraz chce również dać coś od siebie? Dotyczy to zarówno szkoły, ocen, pozycji, związków, rodziny, pracy… Dochodzę powoli do wniosku, że prawdopodobnie jestem skrajnie „niefajna”. No nic, czasem trzeba.

Szczere Kocisko

Co można robić w niedzielne popołudnie, pomiędzy wizytą u dziadków, dnio-mamowym wyjściem do kina, a nauką? Zdobywać się na refleksje na temat szkoły i relacji uczeń-nauczyciel. Tak na marginesie, co bardziej rozgarnięci czytelnicy z pewnością zauważyli, że edukacja i jej braki to mój najulubieńszy temat. Zapytacie „Dlaczego? Naprawdę, Kocisko, nie masz nic lepszego do roboty? Musisz tak ciągle gadać o jednym?”. Niestety lub na szczęście to jest właśnie moja nisza, doniczka, w której rosnę, no cóż… Ze znajomością ledwie Assassin’s Creeda, nie mogę pisać o grach, nie maluję paznokci, nie wycinam alpak z papieru, nie hoduję ogórków. Obserwuję.
Pierwsza rzecz, którą udało mi się ostatnio wyłowić, to brak asertywności nauczycieli wobec uczniów.  I nie mówię tu o jakichś poważnych zachwianiach w funkcjonowaniu szkoły, o dręczeniu kogokolwiek i innych poważnych problemach, z którymi pewnie styka się na co dzień wielu ludzi na całym świecie, jak sądzę. Chodzi mi o raczej o uleganie presji ze strony klasy. Błahe? Nie, jeśli okazuje się, że został miesiąc do wakacji, a w dzienniku więcej pustych miejsc na oceny, które dopiero mają być zdobyte, niż  samych ocen. Wielu ludzi da radę się zmobilizować, większość w mojej szkole uznaje to, za sytuację jak najbardziej normalną, ale… Co, do licha, z systematyką!? Nie, nie chodzi mi o najstarszą dziedzinę nauk biologicznych, systematyka w tym ujęciu to zło, musicie to przyznać. Mówię natomiast o systematycznym poznawaniu materiału, systematycznym sprawdzaniu wiedzy, wreszcie o systematycznym mobilizowaniu uczniów do podjęcia jakiegokolwiek wysiłku. Nikomu nie wyjdzie na dobre miesiąc robienia wszystkiego na ostatnią chwilę, harmider i stres. Za jaką cenę? Za kilka luźnych lekcji, za przekładanie w nieskończoność tego, co i tak trzeba będzie zrobić?
Drodzy nauczyciele, oprócz dat i pojęć, uczcie też pozytywnych nawyków. Lekarz nie przełoży sobie terminu wykonania ryzykownej operacji, fryzjer nie obetnie klientowi włosów na-odwal-się, z tytułu możliwości poprawy. Dobra, dość przykładów… W każdym razie, moim uczniowskim zdaniem, nauczyciel nie powinien zbyt często ulegać, bo straci autorytet. A o autorytet i tak trudno! Szkoła uwydatnia nasze lenistwo, pozwala się mu rozwijać, pęcznieć. Pęczniejemy, pęczniejemy, w końcu zmieniamy się w pączki w maśle. Nie nauczę się –  przecież mam niewykorzystane nieprzygotowanie/ może przełoży/ może ucieknę/ może dam radę ściągać. Skąd w przyszłym społeczeństwie ma się wziąć jakakolwiek sumienność i pracowitość? Z myślenia, że jakoś to będzie, że ktoś się nami zaopiekuje?
Boli mnie „równość” w szkołach. Niestety jestem w tym przypadku bezwzględna. Jestem również bardzo, bardzo, bardzo(!) przeciwna uszczęśliwianiu kogoś na siłę. Co to znaczy w praktyce? Po prostu, jeśli ktoś nie chce opanować zagadnienia maglowanego już na wszystkie możliwe sposoby, nie wykazuje żadnego samozaparcia i determinacji, nie widzę sensu pochylać się nad taką osobą i… tracić czas tych, który na ten czas zasłużyli swoją pracą. Nie męczy was wieczne równanie do najgorszych? Ciągłe prezentowanie antyprzykładów, chociażby w telewizji? Chyba pozostawię was z tym pytaniem.
Szczere Kocisko

  Wydaje mi się, że od kilku dni żyję w pewnym niedoczasie. Staram się rozplanować każdą godzinę i wydaje mi się, że pomijając małe niedociągnięcia, udaje mi się pokonać nieubłagany czas. Dziś okazja do rozmyślań wyszła mi naprzeciw – ukochany z kontuzjowaną nogą i 2,5-godzinna wizyta w szpitalu. Akurat nie jestem z tych, którym włącza się malkontencka katarynka, gdy tylko przejdą przez próg jakiegokolwiek obiektu polskiej służby zdrowia, więc zamiast narzekać na kolejki i niemiłe pielęgniary, postanowiłam podsumować swoje przemyślenia z ostatniego tygodnia. Za pozwoleniem…
  Cywilizacja to potworek, który sam siebie zżera. Siebie i swoje dzieci. To, do czego dążyli ludzie przez tysiące lat rozwoju, stało się zrębem dla naszych ułomności. Dlaczego wiek XIX obfitował w wybitne umysły, a dziś edukacja, z całą tą swoją powszechnością, dostępnością i możliwościami, nie jest doceniana? Za dobrze nam, ludzie, za dobrze. Rozsiedliśmy się w swoich ciepłych, przytulnych i bezpiecznych pokojach, zawiśliśmy nad ekranem komputera i w ten sposób znajdujemy swoją drogę. Specjalnie użyłam pierwszej osoby liczby mnogiej. Wiem, że dotyczy to też mnie, w końcu wszyscy mamy podobne fundamenty. Swoim życiem zaprzeczamy prawu ewolucji. Dobór naturalny nas nie dotyczy i wcale nie chodzi mi o poparcie kreacjonizmu. Nie jestem okrutna, ale gdy rozejrzycie się naokoło, zauważycie pewnie czyje geny są powielane z największym natężeniem. Nie chcę wyjść na zatrutą stereotypami i uprzedzoną, ale zwykle, gdy słyszymy o patologiach w rodzinach, chodzi o rodziny wielodzietne. Coraz częściej ludzie wykształceni i bogaci nie decydują się na dzieci. Pewnie mają ku temu różne powody, które jestem w stanie uszanować, jednak ze względu ewolucyjnego popełniają błąd.  Z kolei opanowując mordercze, zakaźne choroby zwiększamy przeżywalność osobników słabych, podatnych na problemy zdrowotne. Tu skończę temat doboru naturalnego, chyba nie chcę brzmieć jak potwór.
  Mamy zapewnione dużo większe możliwości rozwoju niż nasi dziadkowie i babcie. Odnieść sukces, jest, tak naprawdę, coraz łatwiej. Tu, za przykład idealnie służą takie osoby, jak Niekryty Krytyk. Ale wśród tych stojących przed nami możliwości słychać cichy głosik powtarzający jak mantrę „Ja chcę!”, „Mi się należy!”, „Też tak mogę”.  Nasze ambicje stają się coraz bardziej kapryśne. Żądają, gdy możliwości brak i śpią, kiedy nadarza się okazja. Społeczeństwo, twórcy oświaty i media temu ulegają i ułatwiają nam zabawę. Czasem wystarczy nieskomplikowana fabuła serialu, innym razem trzeba machnąć się na obniżenie wymagań w szkołach. Zapewne słyszeliście o 6-latkach w podstawówkach? Co o tym myślicie, za szybko? A czy ktoś słyszał co mówią matki przeciwne tej reformie? „Nasze dzieci nie będą czytać książeczek i pisać w tak młodym wieku, to za wcześnie!”. O ile dobrze pamiętam, w zerówce problemów z czytaniem nie miałam, z pisaniem też było nie najgorzej… Teraz próba podniesienia na powrót starych wymagań, jedynie pod innym szyldem wzbudza niezadowolenie. Jeszcze jedna ciekawostka: czas reakcji człowieka 200 lat temu, był o wiele krótszy niż dziś! Nie pamiętam dokładnych liczb, ale rozbieżność była spora. Szokujące?
  Myśl na dziś: czy doszliśmy do takiego etapu, że dalszy rozwój powoduje uwstecznianie się? Co na to nasi, jeszcze nie poznani, kosmici...
Szczere Kocisko

  Czym jest bunt? Odejściem od przyjętych zasad. Zaprzeczeniem znanemu porządkowi i stworzeniem własnego systemu wartości. Łączy się nierozerwalnie z  młodością, dojrzewaniem i idealistycznym spojrzeniem na świat, które uskuteczniają młodzi ludzie. Kończy się różnie: przykrą nauczą i powrotem do poprzedniego stanu rzeczy lub wyciągnięciem wniosków, sformułowaniem nowej myśli, rozwiązaniem nurtującego buntowników problemu. Zaraz… Czy właśnie utożsamiłam bunt z postępem?
  Podobnie zrobił polski socjolog Stanisław Ossowski, który stwierdził, że nie można być w myśleniu posłusznym. W jaki sposób to rozumiem? Może w taki, że posłuszne myślenie nie przynosi rezultatów. Czyli zaprzecza samo sobie. Wniosek narzucony przez belfra, nigdy nie będzie wnioskiem ucznia, który właśnie zanotował go w zeszycie. W ten sposób młody człowiek zostaje pozbawiony możliwości wyrobienia sobie własnego zdania. Nawet, jeśli w wyniku samodzielnej refleksji, stwierdziłby to samo, już nie ma ku temu okazji. W ten sposób posłuszne (nie)myślenie może wypłukać z ambicji, oduczyć zadawania pytań.  Odrętwić społeczeństwo. Stąd wnioskuję, że praca pedagogów jest niezwykle ciężka: trzeba jednocześnie przekazać określone wartości, zmusić do samodzielnego myślenia i pozostawić tyle przestrzeni, by uczeń mógł sam zadawać i odpowiadać na nurtujące go pytania. Moja mała dygresja.
  Gdyby pokorne podążanie za radami starszych, bardziej doświadczonych, świat stałby w miejscu. Gdyby nie ciekawość, ryzyko, czasem głupota nie były częścią ludzkiej egzystencji, nie dokonałoby się żadne odkrycie. Matka wynalazków przegrałaby starcie z konserwatywnymi poglądami sędziwych mędrców. Chwila, czy przypadkiem właśnie nie popełniłam merytorycznego błędu? Gdyby nie było samodzielnego myślenia, nie mogłoby być też mędrców, nie ważne jak bardzo sędziwi by byli! Otóż doświadczenie życiowe, które cechuje mądrych ludzi, bierze się z wyciągania wniosków również z głupich decyzji.
  Naturalną koleją rzeczy jest więc to, że na podstawie własnego, nieposłusznego i często błędnego myślenia, wyciąga się mądrość, która po jakimś czasie utrwala się i przybiera określony kształt. Przestaje się szukać nowych odpowiedzi na stare pytania. Wtedy pojawia się nowe pokolenie, nowe pytania, nowe spojrzenie na świat, z którym nie identyfikują się ich poprzednicy – mają własne.
  Nie pozwólmy na to, aby nasze umysły stały się posłuszne. Szukajmy odpowiedzi, inspirujmy się, kiedy trzeba wyrażajmy bunt. Podejmujmy ryzyko i bądźmy odpowiedzialni za własne czyny. Stwórzmy coś. Wybiegnijmy w przyszłość. A kiedy już odkryjemy, co przeznaczone nam odkryć i przyjdzie czas na następne pokolenie, nie wymagajmy od nich powielania naszych myśli.  Próbujmy zasiać w ich głowach ferment i być podstawą, fundamentem dla ich nieposłusznych umysłów.
Szczere Kocisko

  Pesymistyczne i trudne w odbiorze dzieła Samuela Becketta – najbardziej znanego przedstawiciela teatru absurdu, a także jednego z jego twórców – nie należą do kanonu lektur szkolnych i pewnie należeć nie będą, stąd młodzi ludzie, często niezainteresowani teatrem, nie mają styczności z jego twórczością. Jednak uczniom II Liceum Ogólnokształcącego nadarzyła się okazja, aby w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim obejrzeć spektakl składający się z czterech jednoaktówek Becketta połączonych w skomplikowaną, jednak dość logiczną całość. „Akt bez słów”, „Komedia”, „Ostatnia taśma Krappa” i „Oddech” – oto części składowe zaledwie 70-minutowego przedstawienia w reżyserii Krzysztofa Prusa.
  Zanim kurtyna zdążyła się podnieść, a światła zgasnąć, zostały nam przybliżone: fabuła spektaklu i krótka charakterystyka twórczości autora. Być może ten zabieg miał na celu ułatwić widzowi odbiór, umożliwić mu skupienie się nad przesłaniem sztuki, zamiast tracić czas na rozszyfrowywanie dosłownego znaczenia tego, co widzi. Jednak sądzę, że zdradzono nam zbyt dużo. Nikt przecież nie sięga po streszczenie tuż przed otwarciem książki.
  Po tym drażniącym rozpoczęciu, nastąpiła… bolesna jednoaktówka.  Jednakże nie dla widowni, ale dla Jarosława Książka, czyli wrzuconego na scenę mężczyzny, bohatera „Aktu bez słów”. I choć na początku gesty aktora były dość przerysowane i powodowały śmiech, to kończący pierwszą część sztuki obraz obłędu bohatera budził najprawdziwsze dreszcze.
  „Komedia” odegrana przez Beatę Chorążykiewicz, Annę Łaniewską i Leszka Perłowskiego okazała się – moim zdaniem – najciekawszą częścią spektaklu. Odróżniała się od reszty przedstawionych jednoaktówek zamieszaniem, chaosem i dynamiką wywołaną przez jednoczesne wypowiadanie przez aktorów kwestii. Ten chaos w sferze werbalnej skontrastowany został minimalistyczną oprawą wizualną. W centralnej części sceny znajdowały się trzy tuby – groby samobójców, ponad które wystawały jedynie głowy aktorów, ich twarze umalowane były – jak na nieboszczyków przystało – na biało. Scenę spowijał mrok, snop światła padał jedynie na głowy aktorów, gdy ci opowiadali swoją historię. Jedną historię ujętą z trzech punktów widzenia. Monologi bohaterów przywodziły na myśl wiersz Wisławy Szymborskiej „Na wieży Babel”. Zabawne, do jakiej tragedii może doprowadzić niezrozumienie…
  Trzecia część przez wielu widzów została uznana za najważniejszą. Obecny na scenie cały czas rekwizyt, okazał się maleńkim pokojem, niemalże klatką, w której zamknięty był tytułowy Krapp zagrany przez Romana Kłosowskiego z okazji 60-lecia jego pracy scenicznej. Aktor nie wprawiał widzów w zachwyt swoim głosem, wdziękiem ani ruchem scenicznym, ale nie takie było jego zadanie. Tu zachwycała autentyczność. W głosie bohatera brzmiał najprawdziwszy żal, momentami nawet złość. Złość na siebie, dawnego siebie, na podjęte w przeszłości decyzje, na młodzieńczą głupotę. Na koniec „pokój” Krappa zaczął się kręcić, jednak nie samoistnie. Wprawiali go w ruch pozostali aktorzy. Ten prosty zabieg stanowił też metaforę, podkreślił część wspólną wszystkich elementów spektaklu – zagubienie człowieka i jego bierność wobec świata. Nastąpił czas na „Oddech” – 35 sekund, podczas których nie stało się nic, jednak widzowie nie mogli się znudzić – głośne kwilenie dziecka wprowadzało pewien niepokój. Kiedy na koniec, po raz kolejny na scenie pojawił się mężczyzna z „Aktu bez słów”, klamra się zamknęła. Znów pomysł reżysera wydobył ze sztuki dodatkowe znaczenie.
  Kiedy przychodzi do oceny końcowej, ciężko określić, o czym wypadałoby napisać. Kompilacja dramatów Becketta obyła się bez niepotrzebnych fajerwerków. Reżyser, scenograf, jak i aktorzy postawili na minimalizm, jednak przy wyjściu z teatru nie odczuwało się niedosytu. Wręcz przeciwnie, spektakl skłania do refleksji i nie pozwala przejść koło niego obojętnie.
Szczere Kocisko

  Skoro i Skamander, i futuryści, i wielu innych, jak na przykład Bursa, mogli pisać o rzeczach błahych, codziennych i tak bardzo nie poetyckich, to raz na ruski rok mogę odejść od tematu edukacji, przyszłości oraz niezrozumianych geniuszy (Zauważyłam, że wiele wejść na tego bloga ma miejsce po wygooglowaniu hasła „geniusz nieprzystosowany do życia”, co mi w sumie schlebia…) i zająć się tematem mody. Jednak nie spodziewajcie po mnie się żadnego OOTD ani rozprawy na temat najlepszej szminki w kolorze „nude”. Chciałabym raczej zastanowić się czym jest moda i… czemu tak?
  Zwykle nie miałam nic przeciwko promowanym stylom, choć raczej nigdy się z nimi nie utożsamiałam i nie starałam się ślepo naśladować tego, co widoczne było na ulicach, w Internecie, w telewizji. Zwykle sklepy zostawiały furtkę, na tyle obszerną, by nie stracić klientów i na tyle wąską, by… nie stracić klientów. Po prostu zachowywano równowagę. Różne firmy prezentowały zawsze coś troszkę innego, sklepy internetowe stanowiły jakiś rodzaj opozycji, istniała do-wolność. Wszystko stanęło na głowie wraz z pojawieniem się hipsterów. Zabawne, prawda? Dążenie do jak największej odmienności, tępienia głównych nurtów i postaw konsumpcyjnych, spowodowało zupełnie odmienny skutek. Wstydźcie się hipsterzy! Wyciągając z szaf rodziców stare swetry, nosząc się tak nonszalancko, nie licząc się zupełnie z rozmiarem, krojem i oceną, czy wyglądacie w czymś dobrze, zmusiliście do tego połowę społeczeństwa, które chcąc nie chcąc ubiera się w sieciówkach. A co mają zrobić sieciówki, by dogodzić subkulturze, do której nikt oficjalnie nie należy? A to zagwozdka – myślą projektanci – może posłużymy się zasadą „im brzydsze, tym hipsterższe”. Jak pomyśleli, tak zrobili, więc teraz znaleźć coś, co wykracza poza ubrania typu „basic”, a nie jest jeszcze ani „boho”, ani „azteco”, nie ma za sobie złotych ćwieków, nie jest w odcieniu beżu, nie ma na sobie wąsów, jaskółek, ani okularów-kujonków, to sztuka.
  W ten sposób wymagane jest od nas dostosowanie się w jakiś sposób, do sytuacji w sklepach. Dziewczyny mają prościej, do wielu krojów już jesteśmy przyzwyczajone, nasza szafa jest o wiele bardziej zróżnicowana. Ale co ma powiedzieć chłopach, który nie może znaleźć zwyczajnych jeansów spomiędzy kolorowych rurek, ani koszulki bez dekoltu w serek. Działy męskie zdominowane przez fantazyjne tuniczki z dekoltem, połyskliwe swetry, apaszki, przykrótkie, kolorowe portki i nie mniej kolorowe, istnie bajeczne koszule w kratę. Naprawdę, jest ciężko…
  Śmieszą mnie też ci, którzy w poszukiwaniach indywidualności zawsze idealnie wpasowują się w modę… Najczęściej jest wypromowany jakaś dyżurny trend, który symbolizuje odmienność, którego na pęczki jest w każdym sklepie. Może kiedyś sformułuję nawet jakiś cykl rozwojowy „indywidualisty”… Tak, chętnie zabiorę się za coś takiego, co wy na to?
Szczere Kocisko

  Znacie to? Uczucie, że innym przychodzi z łatwością osiągać wasze cele. Że już na żadnej ścianie zasłużonych, w żadnej tabeli, na żadnej liście nie ma dla was miejsca. No cóż… Przykre wrażenie i najczęściej zupełnie mylne, jednak czasem brakuje nam jakiegoś uniwersalnego licznika wartości człowieka. Żyłoby się z nim o wiele łatwiej. Chociaż łatwiej wcale nie znaczy lepiej, każda próba udoskonalania czegokolwiek przynosi jakieś komplikacje i wymaga większej odpowiedzialności. Gdyby chodziło o to, że ma być łatwo, wszyscy zatrzymalibyśmy się na etapie protista. Budowa tkankowa zobowiązuje.
  Otaczając się talentami, często pozostajemy z boku. Biernie się przyglądamy. W ten sposób stajemy się na pozór szczęśliwymi konsumentami, widzami, czytelnikami, zjadaczami chleba. Przysłuchujemy się plotkom, śledzimy nowinki z życia innych ludzi. W programach typu talent show samą obecnością asystujemy w narodzinach kolejnych gwiazd, które w większości i tak spadną zanim zdążymy to zauważyć.
  Jest w moim otoczeniu wielu ludzi, którzy coś robią. I są za to powszechnie doceniani, po pewnym czasie stają się takimi talentami na etacie. I często otoczenie nie chce już szukać żadnych innych. Szkolna impreza? Już wiadomo, kto zajmie się częścią artystyczną. I generalnie jest to wszystkim na rękę. Generalnie nikogo to nie krzywdzi. Sami się na to godzimy swoją biernością. Ale zdarza się, że w serduchu odzywa się żal, złość, zawiść. Chcemy się odsunąć, krzyżujemy ręce w obronnym geście, jesteśmy złośliwi. W tym momencie rodzi się hater. Złośliwy komentator rzeczywistości, z przyjemnością uprawiający czarnowidztwo. Wydaje mi się, czy za taką postawą często kryje się umierające marzenie? Takie, która nie może zostać spełnione, nie ze względu na brak umiejętności, chęci, czy środków, ale ze względu na brak odwagi, wiary w siebie, samoświadomości i wsparcia własnej osoby. Jeśli te mechanizmy nie zadziałają, nawet motywacja ze strony najbliższych na niewiele się zda…
  Jednak przychodzi czas, kiedy musimy im uwierzyć. Wyjść z szeregu, roześmiać się, naiwnie kreślić plany i kiedy trzeba wepchnąć się na wymarzone miejsce. Szturmem, ale nie po trupach. Zabrać się za siebie. Nie trzeba od razu wychodzić z zacisza swojego pokoju, ale jeśli to, co robimy zaczyna podobać się nam samym, to dobry znak. Może kiedyś dojrzejemy do tego, by wyjść dalej, coraz dalej. Nikt nas nie popędza. I nigdy nie jest za późno. Jeśli mamy trochę oleju w głowie, swoimi najsurowszymi krytykami jesteśmy my sami, chcielibyśmy w końcu ujrzeć siebie, jako doskonałych. Nie jest to możliwe. Ale od nas zależy, czy to dążenie stanie się naszą siłą, czy największą słabością.
Szczere Kocisko

  Więc znowu o „humanistach”. Ja naprawdę rozumiem, że można się wahać, co do swojej przyszłości. Sama się waham, a nawet więcej – nie mam pojęcia, czym mogłabym się zajmować, co studiować i dlaczego. Wiem, że każdemu, szczególnie młodemu człowiekowi, wszystko w przeciągu miesiąca może poprzestawiać się jak w kalejdoskopie. I to chyba dobrze, bo jakby nie patrzeć, im więcej rzeczy się pozna, tym więcej się umie i wie. I jestem też żywym przykładem na to, że zainteresowania i umiejętności danej osoby nie muszą się wcale zbiegać z rzeczami, których chce się ta osoba uczyć… Choć przyznam, to trochę komplikuje całą sytuację…
  Jak wspomniałam, chcę wrócić do wielokrotnie maglowanego przeze mnie tematu „humanistów” lub po prostu humanów. Na czym polega różnica? Humaniści-bez-cudzysłowu wcale nie muszą się wstydzić swoich wyborów, nie kierują się w życiu swoim brakiem talentu do rozwiązywania zadanek z matematyki i… jeśli pociągną tak dalej to wkrótce obejdą się bez konkurencji np. w postaci przypadkowych osób, które nie wiedzą co robią na danym kierunku studiów. A humani? Chyba po prostu idą z prądem i spotykając na swojej drodze niemożliwe do pokonania trudności takie jak kurs rozszerzony z historii, dziwnym trafem nawracają się na biologię, chemię i matematykę. Te trzy przedmioty okazują się wybawieniem również dla osób, którym nie wyszło z fizyką. Albo nie miało nawet kiedy wyjść…
  I na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic złego. Przedmioty ścisłe są oczywiście przyszłościowe, ciekawe i na swój sposób (przynajmniej moim zdaniem) magiczne. Warto się ich uczyć, przecież stoi za nimi wiele dziedzin! Nie tylko medycyna i biotechnologia, jak się wszystkim teraz wydaje, ale też optyka, czy chemia kosmetyczna, które stanowią ważny aspekt dla dzisiejszego świata. Wystarczy spojrzeć ile znaczy dla większości kobiet jest ich kosmetyczka oraz ile osób naokoło nosi okulary bądź soczewki kontaktowe. Jednak wielu ludzi nie myśli w ten sposób. Niestety w dalszym ciągu zdaniem niektórych, jedynymi dostępnymi drogami do sukcesu jest zostanie lekarzem, lub prawnikiem. Więc kiedy perspektywa nauki historii nie przedstawiła się dla wielu osób w zbyt radosnych barwach, grono uczniów na specjalizacji medycznej radośnie się poszerzyło. I co? Teraz wszyscy z równym zapałem i uśmiechem na ustach dadzą sobie radę i zostaną lekarzami wybitnymi i wkładającymi w swoją pracę całe serce niczym doktor House? Wprost nie mogę się tego doczekać!
  I co zrobią dalej te osoby? Jaki przedmiot lub jaka specjalizacja stanie się ich kolejną „ofiarą”? O jaka szkoda, że mój rocznik nie będzie mógł już zdawać matury z wiedzy o tańcu, przecież to mogło by się udać! Ale już się nie uda. Więc dalej będą z uporem maniaka przekładać sprawdziany i odpowiedzi, odpychać od siebie świadomość, że ilość materiału do przyswojenia ciągle się powiększa, aż ów materiał przygniecie ich niczym lawina po srogiej zimie.
Szczere Kocisko

  Matura, matura, matura. Informacje o tym, co i jak drażnią moje zmysły na wszystkie sposoby. W radiu – relacje, spostrzeżenia dotyczące arkuszy, na facebooku wysyp życzeń „powodzenia”, wiadomości w telewizji oglądać dziś nie będę, bo zapewne dziś poza tematem matur panie i panowie redaktorzy nie przygotują. Gdybym była te dwa lata starsza, z pewnością bym oszalała. I nie tylko z powodu tego szumu, ale i ze stresu. Tylko czy naprawdę warto?
  Każdy etap edukacji kończy się testem. Test szóstoklasisty, egzamin gimnazjalny, matura. W ten sposób już od czwartej klasy podstawówki uczymy się rozwiązywać arkusze, czytać (podobno) ze zrozumieniem, pisać prace według klucza, z klucza i dla klucza. I wszystko wygląda pięknie. Uczniowie z galowych strojach, ich dumni rodzice, wszechobecny stres, publikowane w gazetach rozwiązań, wyliczanie punktów, planowanie przyszłości… Co kilka lat zdarzy się też jakaś reforma, która budzi kontrowersje. Bo od tego są reformy. Wchodzi w życie nowy program nauczania, innowacyjny i cudowny jak wszystkie poprzednie, który ma stawiać na inteligencję uczniów, rzetelnie badać ich wiedzę, wyrównywać szansę. I w końcu okazuje się, że materiał jest coraz gorzej rozplanowany, bo albo wpycha się do podstawówek tematy w gimnazjów, albo materiał z gimnazjum przerzuca się do trzyletniego ogólniaka, gdzie nie ma czasu na jego przetworzenie i jest omawiany skrótowo. Z kolei w przypadku prac pisemnych, to, czego przez trzy lata uczył się gimnazjalista ma lec w gruzach w szkole średniej. Rzeczywiście, to ma sens, skoro młody człowiek już nauczył się formułować i wspierać argumentami swoje opinie, pora kazać mu praktycznie parafrazować podany tekst i wykazywać się jakże specjalistyczną wiedzą, że lady Makbet była żoną Makbeta. Za wyrażanie własnych poglądów i ich odpowiednie wsparcie przykładami innymi niż podany w arkuszu tekst można co najwyżej dostać 3 punkty za walory. Przyznaję, umiejętność czytania wykresów, analizowania tekstów i wyszukiwania informacji jest ważna, jednak nie jestem pewna, czy na podstawie oceniania tej właśnie umiejętności powinno się różnicować uczniów. Dlaczego? Ta wiedza jest przecież elementarna. Każdy powinien ją opanować, więc jakim cudem do osiągnięcia dobrego wyniku wystarczy tylko elementarna wiedza? I jakim cudem w dalszym ciągu, po kilku latach piłowania tego czytania ze zrozumieniem i analizy wykresów, u wielu osób ta elementarna wiedza wciąż szwankuje?
  Jeszcze bardziej przerażającym zjawiskiem jest dostosowywanie poziomu trudności egzaminu to umiejętności danego rocznika. Więc „najlepszym” wyjściem jest pogrążenie się na próbnej maturze, w nadziei, że ta prawdziwa okaże się jeszcze prostsza. I w ten sposób osoby, którym się  poszczęściło lądują w tych samych szkołach, co ludzie, którzy naprawdę włożyli dużo pracy w swoją edukację i… wkurzają… Wnioski wypływające z moich rozważań? Po pierwsze: różnorakie egzaminy nie są po to, aby poszły wszystkim dobrze, więc powodzenia przy kolejnych maturach życzę tylko tym, którzy w przygotowania włożyli trochę serca i pracy. Po drugie: jeśli ktoś ma zdać, to nie może mu się nie udać, a ci niezdający po prostu sobie na to zasłużyli, żadna niesprawiedliwość.
Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ▼  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ▼  maja (9)
      • O roszczeniowo nastawionych ekshibicjonistach
      • Nie wycinam alpak z papieru. Obserwuję.
      • Potworna cywilizacja
      • Bunt umysłów
      • Beckett w Gorzowie
      • Modnie, po hipstersku
      • Zwykły, bo hater.
      • Jak zwykle, optymistycznie.
      • Bzdury czas zacząć!
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.