• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Nie wymyślę. Naprawdę, nie wiem, jak miałabym podsumować ten rok inaczej, niż wypisując, co mi się w nim udało. Poprzednio zdecydowałam się po prostu odnieść do sformułowanych po raz pierwszy w życiu postanowień. W tym roku, nie wiedzieć czemu, były one bardziej zachowawcze, w dużej mierze prawie beztreściowe, bo oprócz bardzo konkretnego celu „zobaczyć na żywo Die Antwoord”, postanowiłam sobie także „być konsekwentną” i „utrzymywać przyjaźnie”. Brzmi fajnie, ale nic nie mówi. Wydaje mi się, że są to całkiem niezłe wskazówki, ale postanowienia żadne.
W roku 2015 udało mi się…
...zakochać po uszy.
...dwa razy pod rząd wygrać sobie turniej jednego wiersza, a oprócz tego, zdobyć sobie kilka wyróżnień.
...po raz pierwszy wyjechać na samotną wycieczkę, taką zaczytaną, tajemniczą, zimową, taką z włóczeniem się po obcym miasteczku i recytowaniem „Buta w butonierce” wracając do hotelu. Okazało się, że umiem sobie poradzić, a problemy trzymają się ode mnie z daleka.
...odkryć, że bardzo lubię skandynawskie kino.
...mieć na tyle samozaparcia, by przez trzy miesiące biegać co tydzień po lesie. Później okazało się, że nie powinnam, bo moje stawy tego bardzo nie lubią, ale bardzo podobało mi się wychodzenie z domu przed siódmą, w leginsach i gigantycznej dresowej bluzie, oddychając mroźnym marcowym powietrzem, które dopiero z czasem przestało przydawać mi obłoczków pary, obserwując zwierzęta – dzięcioły, kaczki, łabędzie, zające, sarny, psy, grzybiarzy.
...przeżyć czas maturalnych powtórek bez poddawania się wszechobecnemu szaleństwu na ten temat i w dodatku zdać maturę tak dobrze, że nie miałam i nie mam sobie nic do zarzucenia. Ja. Nic do zarzucenia. Szaleństwo.
...odkryć, że nawet jeśli leżenie na hamaku całe dnie jest ultraprzyjemne, niemal półroczne wakacje trochę mnie rozstrajają.
...przepracować 6 dni.
...Pojechać na Open’er, być w pierwszym rzędzie na Die Antwoord, odnaleźć się w takim miejscu, odkryć, że czasem to nawet umiem odzywać się do randomowych osób.
...zjechać wchód Polski od góry do dołu, odwiedzić miejsca, z istnienia których nie zdawałam sobie sprawy.
...zobaczyć wystawę Beksińskiego w Sanoku.
...w stopniu, którzy całkowicie mi odpowiada i a) nie pozwala mi na izolowanie się w tym niezdrowym wydaniu jak przez większość liceum, b) pozwala mi na tworzenie jakichś wspomnień i koleżeńskich relacji będących całkiem do przyjęcia, nauczyć się wychodzić do ludzi i nawet rozmawiać z nimi przy piwie. Wow!
...pójść na badania krwi.
...nauczyć się gotować tak, że w czasem kwadrans udaje mi się przygotować i zjeść piękny, instagramowalny posiłek.
...zrezygnować z mięsa i czuć się lepiej niż kiedykolwiek.
...w konsekwencji czego schudnąć tyle, ile sobie postanowiłam.
....zamieszkać samodzielnie (choć nie całkiem samotnie) w nowym mieście, ogarniać sprzątanie, pranie, zakupy i studia.
...pouczestniczyć w badaniach naukowych, poleżeć w brzuchu skanera MRI, posiedzieć w dziwnym czepku z elektrodami przy głowie.
...mieć z kim spotkać się, w przypadku powrotu go rodzinnego miasta; nie spalić za sobą wszystkich mostów, jak zwykle miałam to w zwyczaju.
...pokochać.
...i być kochaną.
...dowiedzieć się, jaki kierunek chcę przyjąć. Bo wiecie, kierunek studiów to jeszcze nic. Zbliża się północ.
...dostać stypendium, za coś, co osiągnęłam dwa lata temu; być dumną z odcinania kuponów.
...przeczytać 54 książki, przy okazji zrozumieć, że czytając to, co lubię i co naprawdę chcę przeczytać, nigdy nie poznam wszystkich motywów, kontekstów i nawiązań tak, by nikt mnie nigdy nie przyłapał na nieznajomości czegoś, ale stworzę całkiem ciekawą bazę własnych, co wydaje mi się znacznie bardziej wartościowe.
...znaleźć równowagę między minimalizmem, spełnianiem swoich zachcianek i poczuciem, że mam wszystko, czego potrzebuję.
Fajnie, co?
Zastanawialiście się kiedyś, jak duża jest pojemność tyłu głowy, w którym przechowujemy bieżące niepokoje i sprawy, o których nie wypada zapominać, więc myślimy o nich nie mogąc zasnąć, a potem bardzo się tego wstydzimy, bo z podkrążonych oczu nic nie wynika? Tym się kognitywistyka ani psychologia poznawcza nie zajęły. Ani żaden interdyscyplinarny zespół badawczy. Nic straconego, bo choćby się i zajął, zamiast wniosków, sformułowałby co najwyżej potrzebę poprowadzenia dalszych badań przy doprecyzowaniu założeń, oczekiwań i metod. Nie ważne.

Chciałam podsumować ładnie mijający rok. Naprawdę. Był ważny, udany, bogaty w doświadczenia i inspiracje, istotny z perspektywy mojego postrzegania samej siebie, dobry. Przełomowy. Ale także przełamany. W połowie przedzielony jest grubą na kilka miesięcy krechą. Więc jakby krótszy? Czy następne również będą tak krótkie? Czy widać jak bardzo na to liczę?

Nie mogę odpocząć. Przez tą dziwną, mroczną, zagmatwaną przestrzeń z tyłu mojej głowy właśnie. Z okazji świąt dostałam od mamy INSPIplanner, do którego tak wzdychałam, oglądając go w Internecie (u Wolniej na przykład), z którym wiążę duże nadzieje, bo przez ostatnie półtora roku rozdrabniałam się na  wiele zeszytów, notatników i kalendarzy i nigdy nie wiedziałam, którzy należałoby ze sobą nosić, toteż często nosiłam wszystkie. I kilka wolnych kartek na zaś, czemu nie? No i on mi cały czas brzęczy zza ucha, przypominając o wszystkich ważnych rzeczach, które będę musiała tam wkleić, zapisać, opisać, przewidzieć, spamiętać. Po co kalendarz, po co planer, jeśli noszę wszystko w sobie i się duszę? Jeśli podczas przerwy świątecznej nie było dla mnie ani jednego dnia, podczas którego nie zadręczałabym się wizją zaliczeń, sesji, raportów, projektów, prezentacji. Czepiam się tych myśli tak mocno, że zaczynam się ich naprawdę bać, po trosze też nienawidzić.

Kończy się na tym, że zamiast dzielić się z ludźmi tym, jak fajnie mi w życiu i jakie ze mnie radosne stworzenie, wolę wypytywać, ile prac w grupach mają na studiach i dlaczego tak mało. I żalić się. Że się zawiodłam. A tak naprawdę to ja tylko ustawicznie boję się, że zawiodę własne oczekiwania. Bo chciałabym lepiej, najlepiej, a już na pewno lepiej niż inni, ci, na których patrzę wilkiem, bo jak oni śmią nie bać się tak, jak ja?


Właśnie kończy się bardzo długi dzień, który – choć odhaczyłam wszystkie zadania na dziś i choć właściwie to przyniósł i trochę dobrego – nie zbliżył mnie do spokoju.  Nie wiem, czemu akurat dziś. Ale hej, ten rok się jeszcze nie skończył. Dzisiejsze smęty nadrobię.
W tym miesiącu - co nie trudno zauważyć na zdjęciach - faktycznie dzieliłam się jedzeniem. Gotowaniem. Sprzątaniem po jedzeniu. Wszystko w atmosferze radości i współpracy. Było baaardzo smacznie!

Owsianka z cynamonem, bananem, jabłkiem i wegańskim dżemem truskawkowym z aromatem wanilii

Makaron, rukola, prażona ciecierzyca z puszki przyprawiona solą, pieprzem i wędzoną papryką oraz sos musztardowo-miodowy z jabłkiem i bakaliami

Ryż i tofurnica w kurkumą, marchewką i groszkiem 

Jaglanka na mleku kokosowym z bakaliami, toruńskim piernikiem i bananem

Kuskus, sałatka z jarmużu, pomidorów i kukurydzy, kotlet soczewicowy, dyniowy ketchup i podsmażone białe szparagi z zalewy

Sałatka z jarmużem, gotowane bataty, wegańskie sosy - majonez i dyniowy ketchup

Bardzo dziwne i bardzo smaczne danie - jaglanka na mleku kokosowym gotowana z konserwową dynią, sezamem i czarnuszką

Mój klasyk - grillowane bakłażany, kuskus z kurkumą, sałatka z rukoli

Pyszny efekt wypadku przy pracy - smażona na oleju kokosowym owsianka z kakao, karobem i mąką kukurydzianą, podana z poszatkowanymi bakaliami, bananem i ciepłym miodem

Domowe szwedzkie bułeczki szafranowe - lussebullar

Bardzo chciałam zobaczyć, jak się sprawy mają w moim liceum, jak się wszystko kręci dalej beze mnie i jak bardzo mnie nie potrzebuje; bardzo za tą szkołą tęskniłam. Każdy powrót do domu miał wliczone w  pakiecie tęsknie spojrzenia  w jej stronę. To jasne, że nie mogłam przegapić szkolnej wigilii. Niezależnie od tego, czy się w coś wierzy, czy nie, trudno o lepszy moment na pierwsze spotkanie na płaszczyźnie absolwent-szkoła, na życzenia, uśmiechy i dobre intencje. Więc przyszłam, przepchałam się przez tłum ludzi, których nie znam, nie pamiętam albo pamiętam inaczej, bo schudli, dojrzali, zapuścili lub pościnali włosy, odszukałam ulubionych belfrów, na niektórych wpadłam szczęśliwym przypadkiem, wymieniłam się ploteczkami, zebrałam bukiecik pochwał i sama też się nieco pochwaliłam. Zarzućcie mi sztuczność, ale lubię to. No lubię. Już rok temu lubiłam, choć wtedy sama się sobie jeszcze dziwiłam.

W tym roku nie ma podstaw do zdziwienia – czuję, że mam powody, by do wzdychać do liceum. Jego specyfika przez te trzy lata wychowała sobie mnie w pewien sposób, nauczyła mnie funkcjonowania w trybie, który określiłabym jako sprinterski – trzy miesiące pracy o sporym natężeniu, bardzo regularne, bo codzienne, lekcje niewielkiej liczby przedmiotów, które w naturalny sposób wymuszały sumienność, systematyczność i inne dobrze rzeczy. Lubiłam to, umiałam pracować w ten sposób, czułam się w tym systemie jak ryba w wodzie, nawet jeśli czasem łapałam zadyszkę, płakałam nad matmą i uważałam, że nic nie da się zrobić i że tym razem to już na pewno nie będę miała dobrych ocen. Tutaj, gdy wszystko zdaje się być tak niemiłosiernie rozwleczone, z wiecznymi zaległościami, brakiem wiedzy, co właściwie trzeba zrobić i kiedy zacząć, aby zdążyć i jak zgrać się z resztą grupy, mam wrażenie, że tylko się frustruję. Choć jak na razie idzie mi dobrze i może wcale nie powinnam narzekać, przejście z systemu hołubiącego indywidualizm, pracę jednostki, jej zainteresowania i aspiracje, do ciągłych prac w grupie, czczych burz mózgów (hehe) i podsyłania sobie materialików JEST dla mnie bolesne.

Ten ból i te moje głupie pretensje w stronę interdyscyplinarności, którą w marzeniach uosabiałam sobie jakimś Leonardem da Vinci bardziej, niż zespołem badawczym, wyciszają się, kiedy widzę poruszonych nauczycieli z liceum, ich choćby symboliczną dumę i jakieś uznanie wobec tego, co robię. W samą porę. Ostatnie tygodnie, co pewnie można było zauważyć przez moje milczenie tutaj, były dla mnie czasem na zwolnienie obrotów, radość, celebrowanie, zwiedzanie, poznawanie, uważność i pewne oddalenie się od spraw akademickich. Również – udowodnienie sobie, że świat się nie zawali a ludzie nie oszaleją z nieogarnięcia, jeśli odpuszczę jakiś wykład i że nie wszystko na studiach kręci się wokół mnie, i w drugą stronę – studia nie są centrum mojego świata. Choć jestem pilna, pasjonuję się przedmiotami swojej edukacji i zdecydowanie wiążę swoją przyszłość zawodową z naukami kognitywnymi, nie czuję się studentką. Nie żartuję sobie ze studenckiego życia, nie chodzę na studenckie imprezy, nie utożsamiam się. Utożsamiam się jedynie ze swoim światem, z tym, co sama sobie zbudowałam i z tym, co do swojego świata wpuszczam. I jestem uczennicą swojego liceum, ciągle. 
Uwielbiam martwić się na zapas. Nie, wcale nie, ale robię to nagminnie i z pasją, która sugeruje wspomniane uwielbienie. Uporczywie czuję, że coś nadciąga, podobnie jak swoją przyszłą zadyszkę i zmęczenie. Oczyma wyobraźni często widzę, jak nie mogę spać, bo doba okazuje się za krótka, jak nie daję rady, jak solennie przepraszam za to czy za tamto. I właściwie można byłoby uznać to za zupełnie niefajne, niedobre, niepotrzebne i fujć. Ale naturalną konsekwencją tego wszystkiego jest ulga.

Ulga, która pojawia się, kiedy zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że czas mija tak czy siak, i że nie muszę być zawsze na samej górze stawki. I że właściwie, w obawie przed burzą, zorganizuję sobie własne, na swoich zasadach, w swoim terminie i już mnie ta pierwsza burza nie obchodzi. Ulga, kiedy okazuje się, że aby skreślić to nieatrakcyjne zadanie ze swojej listy jako wykonane, nie potrzeba było takiego nakładu pracy, jak się na początku myślało.

Poganiam się, strofuję i straszę się ciągle, że stracę kontrolę. Że to już, już, świat wymyka mi się z rąk i zaraz będzie piękna katastrofa. W międzyczasie włączam w sobie jakiś tryb zarządzania kryzysowego i radzę sobie. Wychodzę cało z udawanej opresji z prawdziwym zadowoleniem z siebie. 

A czasem, z przyczyn niezależnych od siebie, kiedy już nic nie mogę zrobić, aby burzę sobie przyspieszyć, stłumić i zgubić, pozwalam sobie kilka razy dziennie zwyczajnie zapomnieć. Udać, że problemu nie ma. A potem sprawdzić maila i zorientować się, że i tam jeszcze nic nie ma.

Można by się było tak niczym nie martwić i niczym nie przejmować? Tak zupełnie z pełną pogodą ducha wychodzić z żelaznego założenia, że wszystko się uda i nie ma żadnego problemu? Ja chyba takiej opcji nie widzę. Od wielu, wielu lat niezmiennie sądzę, że tęsknoty, przygnębienie i jakaś taka lepka melancholia są mi potrzebne. Że są warunkiem koniecznym do odczuwania szczęścia. A kiedy znaleźć czas na strach i zmartwienie, jeśli wszystko ma być dobrze?
Na początku października zamierzałam robić wszystko. Najlepiej wszystko i z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Czytać wszystkie teksty, o których wspominali prowadzący zajęcia, przepisywać na  czysto wszystkie notatki. Ćwiczyć każdego wieczoru, bez wyjątków, angażować się we wszystkie interesujące inicjatywy. Chodzić na wszystkie fajne koncerty, odwiedzać wszystkie wystawy, ponownie zacząć grywać w gry (przez tematy poruszane na zajęciach od jakiegoś czasu chodzi za mną Deus Ex: Human Revolution), oglądać masę filmów, uczyć się intensywniej szwedzkiego, czytać, ach, ile czytać.

Nie ma. No nie da się tak. To znaczy – pewnie by się dało, są osoby, które zdają się być wszędzie i angażować się we wszystko, ale albo rybka, albo akwarium – nie robią za to tych rzeczy, którym ja poświęcam wiele czasu i które mają dla mnie duże znaczenie. Świadome zakupy, gotowanie, jedzenie bez pośpiechu, szukanie inspiracji, pisanie, czytanie, z którego nie mogłabym zrezygnować… Także kontakt z rodziną. Nie wyobrażam sobie przez cały dzień nie zadzwonić do mamy. Mam wrażenie, że już jakiś czas temu jedną z moich pasji stała się codzienność. Dbam o nią jak o cenną roślinkę, której nie można zaniedbać.  

W ostatnim tygodniu, choć nie był tak ciężki, jak mógłby, (naprawdę, gdybym wiedziała, ile zajęć zostanie odwołanych, podeszłabym do niego z zupełnie innym nastawieniem i bez środkowotygodniowej załamki) kilkakrotnie udało mi się zakwestionować moją zasadność bycia tutaj. Dziwnie funkcjonować ze świadomością, że nie mam żadnych podstaw do czucia się pod względem prawdopodobieństwa zaliczenia semestru bezpieczniej, niż inni. Gimnazjum kończyłam na pozycji uprzywilejowanej i na takiejż dostałam się do liceum. Liceum, w którym szybko znów wskoczyłam na półkę traktujcie mnie nieco inaczej, jestem olimpijką. I ten stan w pewnych aspektach jeszcze się utrzymuje – z tytułu bycia studentką -finalistką OLiJPu do końca roku akademickiego będę dostawać stypendium. Cieszę się niezmiernie, ale dalej mnie to dziwi, jak można być gratyfikowanym za kilka miesięcy pracy po tak długim czasie? To trochę tak, jak z wejściami na blog za pośrednictwem haseł „jak napisać pracę olimpijską”. Serio, co roku, od sierpnia do grudnia, przynajmniej raz na tydzień ktoś natknie się na mnie w ten sposób.

I tak, pojawiają się wątpliwości – czy wybierając ten kierunek, wiedziałam, na co się piszę? Nie czuję się dobrze pracując w grupie i mam ambiwalentny stosunek do sztucznej inteligencji. I czuję się ogromnie nieswojo patrząc na świeże zdjęcia pustych mózgoczaszek. Ale są tu też rzeczy, które niesamowicie lubię! Wszelkie te tematy związane z fizjologicznymi aspektami pamięci, z neuroplastycznością, lingwistyka poznawcza... Pocieszam się myślą, że te wszystkie metodologiczne flaki z olejem są potrzebne, są punktem wyjścia i w przyszłości będą dla mnie po prostu zestawem narzędzi, który będzie dla mnie naturalny i na który i tak nie będę zwracać uwagi. No, taką mam nadzieję.

Znalazłam sobie furtkę, dzięki której jest mi trochę łatwiej i całkiem możliwe, że z nieco mniejszą presją – wystarczy pamiętać, że ja to lubię. Że nie muszę, że nikt mi nie każe. Że lubię. I że mogę działać w takim zakresie, jaki uważam za stosowny i dopasowany do swoich potrzeb, bo i tak tu nikogo to nie obchodzi. Mimo to, jednak, chciałabym czegoś więcej, niż zaliczenia, a i o nie zaczynam się martwić.

Szkoła wychowała mnie na naprawdę dobrą uczennicę, ale nie wiem nic o byciu studentką.
Nie jest łatwo, bo psuje się pogoda, a słońce w pigułce, które ostatnio kupiłam, jeszcze nie działa. Ok – myślę sobie – nie dokręcam śruby, daję sobie czas i pozwalam sobie nawet posmucić się nieco, czasem trzeba i nie mam z tym żadnego problemu. Rozumiem, akceptuję i daję sobie na to moment.
A tymczasem zostawiam tu kolejną porcję zdjęć mojego jedzenia. Planuję dzielić się tu nimi regularnie, np. co miesiąc. Dobrze?
Płatki owsiane na wodzie, z jogurtem, cynamonem, chałwą, daktylami suszonymi, bananem i granatem

Obiadek w mojej ulubionej wege restauracji w Toruniu - Ciasnej. Burger z buraczków i czerwonej fasoli, roszponka, guacamole, marynowane pieczarki cytrynowe, wegański sos czosnkowy

Płatki owsiane na wodzie z cynamonem, melasą, pomarańczą i figą

To samo, wersja z granatem, bananem i figą

Zupa soczewicowa (domowe leczo + zielona soczewica z puszki), guacamole, gotowa tortilla podsmażona z przyprawami w charakterze nachos

Domowy wegepasztet, kiełki, ryż gotowany z kurkumą, miks sałat z pomidorem i kiełkami w sosie z musztardy i octu balsamicznego

Bułka kukurydziana, musztarda, rukola, wegepasztet, pomidory, kiełki brokułu

Kiszone warzywa (babcine), zgrillowana bułka razowa, pasta z ciecierzycy z musztardą i kurkumą, kiełki

Grillowana włoszczyzna z olejem z pomidorów suszonych, makaron, duuuużo pieprzu czarnego

Grillowana bułka z ziarnami i zupa soczewicowa, taka jak poprzednio

Jarmuż, awokado, pomidory, kiełki, sos czosnkowy (na jogurcie), gotowa tortilla

Nasiona chia na mleku ryżowym, banan, mango, granat, wiórki kokosowe
Banan, pomarańcza, granat, melasa, wiórki kokosowe
Owsianka na wodzie z bananem, granatem i melasą



Za mną ciężki tydzień. Tydzień, który zmęczył mnie, zanim zdążył się jeszcze rozpocząć, a w zasadzie, w który weszłam już zmęczona i zniechęcona, bo w domu było tak miło i tak sentymentalnie, że zderzenie z mniej miłą, mniej sentymentalną i jednak, jak się okazuje, mniej moją rzeczywistością, musiało skończyć się frustracją. Tydzień, który przez pierwsze dwa dni zadawał ciosy, aby zrehabilitować się trzeciego dnia, ale nie tak, aby się człowiek wyspał, nie! Raczej tak, aby czuć jakąś tam dumę z siebie przy jednoczesnym, nerwowym rozglądaniu się za kawą. Taki oto tydzień.

A teraz mam świadomość, że to za mną. Że minęło. Że nie ze wszystkim dałam radę i nie wszystko mogę w notatniku odhaczyć jako zrobione, a wkrótce pojawią się kolejne wyzwania, którym trzeba będzie stawić czoła, ale będę dawać radę. Znów i znów.

Dzisiejsze przedpołudnie było już naprawdę ciężkie. Sam poranek nie, ani moment budzenia się – z tym nigdy nie mam problemu, bardzo lubię celebrować pierwsze minuty po otworzeniu oczu, nie grzebię się, nie przysypiam, nie narzekam. Działam. Trochę jeszcze na ślepo i czasem zdarzy mi się rzucić kubkiem lub zaplątać w kabel od ładowarki, ale to dość zabawny rodzaj roztargnienia.  
Zaniepokoiłam się dopiero, kiedy wypiwszy dużą, pyszną kawę, zamiast poczuć przypływ energii, która pozwoliłaby mi zachować przytomność na wykładzie, poczułam jedynie drżenie rąk. Choć poprzednio piłam kawę dopiero we wtorek.

Na szczęście nie musiałam już przystopowywać, to już – chwila na oddech. Chwila na dokładne przyjrzenie się swojemu zmęczeniu, na radość, że doczekałam się tej chwili spokoju, że w ogólnym rozrachunku poradziłam sobie, sprostałam i nie jest źle. Jest bardzo, naprawdę bardzo dobrze.

Zmęczenie jest fajne. Nawet z tego względu, że brzmi całkiem sensownie jako wymówka. Nie wstanę jutro o szóstej – powinnam odpocząć. I dlatego, że – jeśli się swojego ciała uważnie słucha – można się wiele dzięki zmęczeniu o sobie dowiedzieć. O tym, co nas męczy, jak nas męczy, co od nas to zmęczenie odpędza. O tym, jak, pomimo zmęczenia, siłą rozpędu można jeszcze przygotować sobie przepyszny obiad, zrobić pranie, zapalić świeczki, kupić nowy świecznik, poświęcić uwagę wszystkim i wszystkiemu, co ważne. O tym, ile ma się rezerw i jak przyjemnie móc się w końcu położyć, zdrzemnąć o godzinie piętnastej lub leniwie czytać Prousta. Nie wiem, czy każdy poświęca sobie tyle uwagi, co ja, raczej nie. 

Ja nie wyobrażam sobie w pozbawionym uwagi życiu szczęścia. 
Ustawicznie czuję, że mam problemy z opanowaniem sytuacji, ogarnięciem się, tudzież ogarnięciem rzeczywistości. Czułam to trzy lata temu, na początku liceum, podczas projektu z historii, czułam to dwa lata temu podczas pisania swojej pracy olimpijskiej (do której cały czas wracam, chcąc odświeżyć sobie informacje o rodzajach pamięci – szaleństwo!), czułam to rok temu, gdy matematyka postanowiła pokazać, że jest rozszerzona, a fizyka – że współczesna. W rzeczywistości jest tak, że sama sobie każę wierzyć w te problemy. Edukacja ma to do siebie, że w jej świetle tak naprawdę nikt nie jest wyjątkowy. Trzeba to sobie uzmysłowić. Bo halo, wszyscy, będąc w obrębie jakiejś grupy, dostajemy takie zadania, jak reszta. Choćbym nie wiem, jak bardzo, chciała robić za zapracowaną Poświatowską, moje zapracowanie jest niewykraczające poza przeciętną wartość dla zbioru, do którego należę i niewspółmierne do przyjmowanej przeze mnie pozy. Wszystko siedzi w głowie. Ale nieważne.

Rzecz w tym, że poradziłam sobie zarówno rok, dwa, jak i trzy lata temu. Pamiętam, że każdy z tych kryzysowych momentów kończył się sukcesem. Że dawałam radę, a nawet więcej, i to na wszystkich płaszczyznach. Że chodziłam dodatkowo na jogę, że w liceum było jednak nieporównywalnie więcej godzin zajęć i jakoś się żyło. No dobrze, zdarzały się bardzo ciężkie momenty, bogate w krwotoki z nosa i pragnienie rzucenia wszystkiego w cholerę, ale wiem przecież, że to nie było konieczne. Że można było zdrowiej, lepiej, spokojniej, radośniej, bez nerwów. Wiem też, że mam teraz o wiele lepszą relację z samą sobą. I fajniejsze życie. Z drugiej strony – teraz doszły rzeczy, które dotychczas nie leżały w moje gestii – zakupy, gotowanie, mycie naczyń. Kursowanie kilka razy dziennie na linii mieszkanie-wydział również zabiera więcej czasu, niż trasa dom-szkoła-dom.

Co powinnam zrobić? Jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy to – uczyć się od siebie. Prześledzić, co takiego robiłam i jak, że mi się udawało. Zaciskałam zęby? Bawiłam się w wielozadaniowość? Czy tak, jak teraz, wpadałam w tą dziwną martyrologię i omójbożeniedajęrady? Może po prostu bardzo się starałam i otrzymywałam wymierne efekty? Czemu obecnie sprawa nie rysuje się tak prosto?

Pamiętam, że aby czytać, wykorzystywałam każdą wolną chwilę – każde 10 minut przed lekcjami, każde okienko, wszystko. I że starałam się zachowywać równowagę. Zapalać świeczki i utrzymywać swoje otoczenie ładnym. Wiem też, że im więcej mam na głowie, tym lepiej pracuję, wiec lepiej, żebym nie zaczynała odpuszczać, bo wkrótce przestanę chcieć stawiać czoła czemukolwiek.

Znów wskazuję na problem, jaki stanowiły dla mnie pięciomiesięczne wakacje między liceum a studiami. Oczywiście, były super, poznałam dobry kawał Polski, bawiłam się, byłam na (w mojej subiektywnej ocenie) najlepszym koncercie świata. Ale pozbyłam się wszelkich procedur, które tworzyły się ze mnie przez lata. Móżdżek zapomniał, c’est la vie. Tym razem muszę się sama wszystkiego nauczyć.
Nad domem jest piękniejsze niebo. Zauważyłam to wczoraj wieczorem, bo po raz drugi od rozpoczęcia studiów spędzam tutaj weekend. Za pierwszym razem było chyba trochę na dużo ekscytacji i relacjonowania życia w nowym miejscu. Tym razem wróciłam bardziej, naprawdę. Skupiam się na tym, gdzie jestem. Wyłapuję wszystkie zapachy i szczególny rodzaj ciepła, jaki tu się wyczuwa. Przed zaśnięciem patrzę w gwiazdy – bo w Toruniu nigdy ich nie widzę, w tym mieście konstelacje obserwuję na przystankach tramwajowych, nie na niebie – i słucham wiatru omiatającego okolicę, deszczu bębniącego w dach.

Mam tu ochotę pisać. Od kilku miesięcy nie napisałam ani jednego wiersza, jeszcze nie wiem, jak pisać o szczęściu, ale już niedługo, w końcu do tego dojdę, tak myślę. Jestem ciężka od dobrych wspomnień, aż ze mnie nimi paruje. Czuję w oczach to specyficzne mrowienie, jestem ciągle krok od wzruszenia się. Wracając z dworca, szczególną uwagę poświęciłam fragmentowi trasy od mojego liceum do domu. I w sekundę po tym, jak na pytanie mamy, czy może nie zajechać na moment do szkoły, bo samochody ulubionych nauczycieli jeszcze stoją, odpowiedziałam, że nie ma takiej potrzeby, pożałowałam. Na pewno pojawię się na szkolnej wigilii. Będę się wzruszać, będę życzyć i będę życzyć dobrze.

Tęsknię za moim liceum. Tęsknię za fotelem przy oknie, gdzie przed lekcjami wysupływałam trochę czasu na czytanie książek. Za schodami, korytarzami, za klasami. Za tym szczególnym rodzajem gwaru. Tęsknię za tym, w jaki sposób i czego się uczyłam. Na studiach to wygląda nieco inaczej i nie do końca mi się to podoba – to znaczy – przywykłam i przywiązałam się do czegoś zgoła innego. 

W moim pokoju pachnie praniem i jest to, obok jedzenia, najbardziej domowy z domowych zapachów. W kuchni, jak co rano tutaj, włączone jest radio, sama jakoś nie potrafię go słuchać.
Czytam nareszcie „Córkę rzeźbiarza” Tove Jansson i myślę, że to mi tylko ten reminiscencyjny nastrój podbija. Mam ochotę przeglądać zdjęcia. I jeść magdalenki maczane w herbacie - bezczelnie kradnę klimat Prousta. Składam dziś dziadkom wizytę i jestem pewna – tym razem pożyczę z babcinej biblioteczki „W cieniu zakwitających dziewcząt”...

Pierwszy raz od dawna udało mi się śnić. Przebudzać się, patrzyć w niebo i śnić dalej. To znaczy – w miarę zdawać sobie sprawę z tego, że miałam sny, dokładnie niewiele pamiętam.

Tęskniłam za domem. I nie tylko. Ciągle tęsknię bardzo szczęśliwą tęsknotą. 
Nie mam za grosz zdolności przywódczych. Nie mam charyzmy, brak mi pewności siebie, nie lubię organizować. Organizowanie sobie życia jest tu wyjątkiem, bo dzień zaczynam od spisania listy rzeczy do zrobienia przed wyjściem, a weekend od tygodniowego planu działania. No właśnie, bo jestem sumienna i metodycznie podchodzę do wielu spraw.  Z tym, że nie wynika to z jakiejś szczególnej pracowitości, przeciwnie – robię wszystko, aby mieć czas, w którym nie będę musiała robić nic. Bez konsekwencji, całkiem bezkarnie. Codziennie.

Można byłoby powiedzieć, że jestem dość samolubna. To znaczy – kluczowy jest dla mnie mój własny spokój, moje własne poczucie kontroli, własny dobrostan. Sprawami ludzi wokół interesuję się – to prawda – ale raczej na poziomie ciekawości, niż jakiejś chęci niesienia pomocy, czy zapewnienia grupie spokoju czy stabilności. Lubię się przypatrywać, ale tylko, kiedy sama decyduję o tym, kiedy i w jakich okolicznościach. Nie uczestniczę w niczym bo wypada. I uważam, że to właściwe i zdrowe podejście, i że w przyszłości się na mnie nie zemści, jak wróżą niektórzy.

W całym tym moim dbaniu o swój interes, chęci zapewnienia sobie spokoju, coraz częściej zdarza mi się chwytać za stery, przejmować inicjatywę, takie tam. Dzięki temu staję się reprezentantką grupy, do której sama należę. I mogę być spokojna. Bo coś nie potrafię – być może ze względu na nowe środowisko, być może dlatego, że nie krystalizuje się z niego nikt do tej funkcji właściwszy (albo mam problemy z percepcją) – zaufać ludziom.

Wiem, że to źle. Całe życie musimy ufać jakimś ludziom. Musimy ufać wykładowcom, kierowcom pojazdów spotykanych na drodze, sygnalizacji świetlnej, bankomatom, budowniczym mostów, przechodniom (ufamy, że nikt nas za zakrętem nie zadźga, co nie?). I tutaj jakoś sobie radzę. Ale z jakiegoś powodu nie wierzę w to, że ktoś może zrobić coś tak, jak bym tego oczekiwała. Być może to moje oczekiwania są tu problemem. Może to jakaś niespełniona roszczeniowość, w wyniku której roszczeniowa jestem wyłącznie wobec siebie.

W którym momencie zaczęłam pisać tu wyłącznie o sobie i – w domyśle – dla siebie? Pamiętam, że trzy lata temu, zakładając bloga, miałam taki zamysł, aby o sobie pisać jak najmniej. Skupiać się na obserwacji i perspektywie. Oczywiście, wychodziły z tego słabiutkie teksty posługujące się nagminnie olbrzymią generalizacją i taką nibyinteligentną ironią. Ta zaczęła mi jednak brzydnąć, gdy uznałam, że jednak fajniej jest się starać być przyzwoitym człowiekiem. Teraz wszystko stało się bardzo, bardzo subiektywne i nie do końca wiem, co o tym myśleć. Ale nie w kategoriach „kogo to obchodzi?” ani „nie można przecież publikować niczego dla siebie”. Wszystko, co stworzyła Tove Jansson (jejku, jak ja męczę ostatnio tą biedną Tove), stworzyła wyłącznie dla siebie.

Za dużo kombinuję.
Ze wszystkich moich strachów, najbrzydsze i najpospolitsze ciągle mówią mi „za mało”. Bawi je to, okrutne, na szczęście wiem, że nie hulają tylko moim kosztem. Każdemu, w różnych momentach i niezliczonej ilości kontekstów powtarzają te dwa słowa. Za mało.

Za mało robisz. Jest przecież tyle inicjatyw, w które można by się zaangażować. No jasne, będzie ci to w przyszłości niezbędne! Bez tego ani rusz. No przecież ładnie powiedziałaś, że się zastanowisz, tak czy nie? Umieściłaś na liście nazwisko, zostawiłaś maila, przyszłaś na spotkanie, cokolwiek. Jeśli się teraz wycofasz, nikt nie będzie miał wątpliwości – za mało robisz. Przecież wiesz. Za mało.

I za mało się starasz! Kto to widział, sen jest ważny? Spokój jakiś? Co ty! Patrz na tamtą dziewczynę, właśnie pisze doktorat, widzisz? Masę rzeczy pewnie robi i co skarży się? Czy wygląda, jakby się kiedykolwiek skarżyła? Z tym uśmiechem? Żartujesz sobie?


Ooo, chcesz przerwy? Chcesz odjąć sobie ten jeden obowiązek? Odjąć, skreślić, spalić jedno „muszę”? Urocze. Nie zapomnij tylko, że choć mówią ci, że masz przecież prawo i że nie ma problemu, i że oni chętnie, nie możesz potraktować tego poważnie. Wtedy będzie… No, już wiesz jak? Wiesz, jak będzie? Za mało.


Nie, wcale nie nakładam na siebie ani za mało, ani zbyt wiele. Obiektywnie patrząc, utrzymuję idealny balans; świat jest w miarę spójny, bardzo dla mnie dobry i nie mam na co narzekać. Omijam porażki, jem cudownie, dobrze śpię, zachwycam się, zachwycam, zachwycam, inspiruję, zachwycam…

Wydawać by się mogło, że z tak dobrze wyważonym życiem, powinnam być wolna od tych brzydkich, brzydkich strachów. Że powinnam być świadoma, że w sam raz, że daję radę, że się sprawdzam w takich rolach, o jakie bym się do niedawna nie podejrzewała.

Ale to nic. One przychodzą. A ja idę do kuchni i zaczynam robić obiad, ewentualnie, jeśli pora już niejedzeniowa kładę się na łóżku i całkiem bezboleśnie pozwalam się kołysać upływowi czasu. Odchodzą. Ale wiem, że jutro, pojutrze, za tydzień wrócą. Zawsze wracają.
Mam taką dziwną i w gruncie rzeczy całkiem przyjemną skłonność do wpadania w zachwyt na widok bardzo prostych i zwyczajnych, w sumie, rzeczy. Lubię prozę życia. No, nie tylko. Bo lubię też odkrywać. I odkrywać na nowo. Przedefiniowywać. Przekonywać się. I nie umiem narzekać na pory roku. Zaczęło się jakoś na początku gimnazjum, kiedy obiecałyśmy sobie z mamą, że nigdy nie powiemy nic złego na rażące nas w oczy podczas jazdy samochodem słońce. Z czasem nauczyłam się ograniczać narzekanie na upały, bo przecież zimą będę tęsknić (no, w tym roku nie zawsze mi się udawało, ale to chyba całkiem uzasadnione)i  trzymać język za zębami, gdy zima przytłaczała szarością nieba i szczypała w policzki. Z kolei wiosna zawsze była dla mnie czasem, pod względem atmosferyczno-klimatycznym, idealnym.

Jesień po prostu była. Przynosiła ze sobą początki. Początki, ale i nostalgię, bo przecież wszystko zamiera, zwiastuje zimę; bo wstaje się przed wschodem słońca i zanim wróci się do domu, znów jest ciemno. Co ciekawe, kiedy byłam mała, bardzo tę ciemność lubiłam. Nie było nic lepszego, niż wstawanie do szkoły o ciemności.

W tym roku, od samego początku września pisałam o jesienności, wyobrażanej jako, no nie wiem, element scenografii do jednego z odcinków Misia Uszatka.  Z tym, że nigdy nie miałam się jak na tą jesień za bardzo napatrzeć. W iglastym lesie, który otacza mój rodzinny  dom niezbyt dobrze ją widać.

Co innego tutaj.

Odkąd zauważyłam, że w tym Mieście Cierni zupełnie inaczej się patrzy, że te kolory, że zapachy (owszem , lubię zapach zeschłych – nie zgniłych – liści), że całkiem przyjemna temperatura, staram się jak najwięcej chodzić i wchłaniać ten klimat. Wyciągam ręce w stronę spadających liści, niech znajdą swoje miejsce pomiędzy stronami książek, na pamiątkę. Fotografuję. Łapczywie. Wydłużam, rozciągam chwile…

Ta jesień sprawiła, że czuję, że coś wskoczyło na swoje miejsce. Jakiś trybik, dzięki któremu świat działa. Czuję, że mam z jesienią więcej wspólnego, niż mogłabym przypuszczać i że jest mi z nią do twarzy. Dosłownie. Polubiłam jej barwy, w co kilka lat młodsza wersja mnie pewnie nie mogłaby uwierzyć.

Uspokajam się i nawet gdy czasami mam wrażenie, że rzeczywistość, szczególnie uniwersytecka, wymyka mi się z rąk i wydzwaniam do mamy, wyżalić się i poskarżyć się na mnie: nie dość produktywną, nie dość kreatywną, nie dość zorganizowaną, szybko udaje mi się odnaleźć równowagę i odkryć, że tak naprawdę jest tyle czasu, tyle możliwości, tyle siły, tyle wiary, tyle wsparcia.

Wdzięczność. To słowo-klucz ostatnimi czasy. Jedno z moich ulubionych słów. Ciągle do niego wracam.







Tak, teraz już chyba wszyscy wiedzą, jak ważne są dla mnie posiłki i cała okołojedzeniowa część życia. Pisałam o tym. Wielokrotnie. I znów.  Lubię o tym wspominać, bo to całkiem zdrowe, ważne i pozytywne sprawy. No, jak w chwaleniu się jedzeniem można byłoby przemycić negatywny przekaz? Nie sposób. Dlatego właśnie wszyscy lubią Nigellę Lawson, Jamiego Olivera i czytać KUKBUK.

Dużo się zmienia, dużo się konstytuuje, dużo się też redukuje i przyjmuję to jako rzeczy całkowicie naturalne i potrzebne. Nie można sobie żyć w bańce, którą się wmontowało między ściany w nadziei, że pozostanie tak sobie przez lata w niezmienionej formie. Zdanie sobie z tego sprawy jest chyba ważnym krokiem w budowaniu tego komfortu, o którym wspominałam ostatnio. Comfort zone musi być ciągle doglądana, aktualizowana, sprawdzana; musi podlegać konserwacji, jak każda konstrukcja. Musi zgodzić się na kilka kompromisów, jak czyjeś naczynia w zlewie i czyiś płaszcz w przedpokoju. Musi być świadoma konsekwencji.

Pamiętacie, jak chwaliłam redukcję? Chwaliłam ją tak bardzo, że wpadłam w redukcjonizm i zaczęłam robić wszystko na pół gwizdka, jednocześnie przejmując się wszystkim na jakieś sto gwizdków. Nierozsądne, chyba nie co do tego wątpliwości. Skończyłam sfrustrowana, niewyspana i z poczuciem jeszcze większego niedoczasu. No więc zeszłam z tonu. Wyprowadziłam się na spacer do parku okrężną drogą, zamiast wracać prosto do mieszkania tramwajem. Zrobiłam wielkie zakupy – może lepiej byłoby je nazwać już zapasami – i zabrałam się za gotowanie niepotrzebnie skomplikowanego obiadu, bawienie się w lepienie z ryżu klopsów, równe smażenie ich, duszenie w pomidorowym sosie… 

Gotowanie mnie niesamowicie odpręża. To jak wchodzenie na chwilę w rolę opiekunki, kogoś, kto panuje nad światem, kto zapewnia harmonię i ustanawia dom. Kiedy gotuję, czuję dom. I kiedy jem. Kiedy myślę o tym, jak, co i dla kogo będę gotować w przyszłości. Dom.

A że nie mam na razie zbyt wiele czasu, by pisać, zostawię tu w ramach rekompensaty dość dużą porcję jedzenia. Z całego miesiąca. W razie pytań, co to, z czym to i jak to, proszę się nie krępować J





















  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ▼  2015 (66)
    • ▼  grudnia (5)
      • O tym, że wszystko się udało
      • Tył głowy
      • Dzielę się jedzeniem - grudzień
      • Ciągle
      • Martw się na zapas, wszystko będzie dobrze
    • ►  listopada (8)
      • Nie wszystko
      • Dzielę się jedzeniem - listopad
      • Zmęczenie i uważność
      • Uczę się od siebie
      • Nad domem jest piękniejsze niebo
      • Cierp i rządź
      • Rozdrabniarka
      • Jesień w Mieście Cierni
    • ►  października (9)
      • Dzielę się jedzeniem
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.