• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

  Wydaje mi się, że już o tym wspominałam, ale nie lubię ludzi. Może nie wszystkich, może nie zawsze, ale najczęściej nie lgnę do stada i nie wpadam w euforię, gdy na horyzoncie pojawiają się majaki zwiastujące jakieś większe spotkanie. Czasami po prostu się ludzi obawiam i nałogowo stawiam siebie w centrum wszechświata. Wtedy wydaje mi się, że pani w sklepie czeka na moment, w którym będzie mogła mnie wyśmiać, bo nie mogę się zdecydować, który batonik powinnam wybrać, a ludzie dookoła patrzą na mnie wilkiem. A przecież to ja jestem wilkiem wśród owiec. Albo kotem wśród myszy – jak kto woli. Jednak w tej masie ludzi, do których nie lgnę, honorowe miejsce zajmują nastolatki.
  Wiek nie gra roli. W moim rozumowaniu nastolatka wprawiająca mnie w zakłopotanie, może mieć 13 lat, a równie dobrze jak 23 i więcej. Można być dorosłym dzieckiem w gimnazjum albo zdziecinniałym (w dobrym tego słowa znaczeniu) dorosłym, piszącym doktorat i przeciw temu nic nie mam. Mój problem egzystencjalny polega na tym, że nie wiem, do której grupy mogę się zakwalifikować. Bo na nic w świecie nigdy nastolatką nie będę. O nie, tylko nie to!
  Może przejdźmy do tego, co rozumiem przez określenie „nastolatek/nastolatka”. Niewyobrażalnie wielką egzaltację. Do przesady przesadne wyrażanie poglądów, znane jako „ból dupy”, zachwycony zachwyt nad sobą. Naprawdę, czy to nie jest męczące? Ciągłe „brylowanie” w towarzystwie, tryskanie humorem i oczarowywanie ludzi swoją młodzieńczą witalnością? Nieważne, pójdźmy dalej. Następne jest zblazowanie. Według słownika - „Stan totalnego znudzenia, niemożność reagowania na nowe podniety i bodźce wywołany nadmiarem wrażeń uprzednio”. Przeciwieństwo egzaltacji? No właśnie nie. Prawdziwy nastolatek waha się pomiędzy nadmiernym okazywaniem zachwytu, a nieokazywaniem go wcale. Bo kiedy uwaga tłumu zmieni kierunek, trzeba pokazać, że ten fakt jest zupełnie nie wart zainteresowania. Bo przecież ona/on wie najlepiej, co nie?! Następne w kolejności są problemy z logicznym myśleniem w kategoriach czasu. Bo o ile życie teraźniejszością jest mądre i dobre, to wegetowanie teraźniejszością jest naprawdę głupie. „Niech teraz będzie fajnie, będę się martwić później!” sprawdza się tylko, kiedy chcesz się potaplać w błocie, zaatakować plac zabaw, zafarbować włosy lub wskoczyć w ubrankach do jeziora. Jeśli w grę wchodzi jakaś większa odpowiedzialność – serio, nie polecam. Co jeszcze cechuje nastolatków? Potrzeba identyfikacji z grupą. Silna potrzeba identyfikacji z grupą. Bo skąd się biorą grupy, które rozczłonkowane tracą jakąkolwiek siłę przebicia i charyzmę? Skąd biorą się liderzy bez jakichkolwiek faktycznych zdolności przywódczych? Ja, omijając wszelkie grupy, mam trudności z dogadaniem się z ludźmi tak, aby nie zostać zmierzona wzrokiem ani zaatakowania śmiechem. Prawdopodobnie jest to tylko moja właściwość i powinnam się nad sobą zastanowić, ale przeszkadza mi to. Nie lubię.
  Ostatnia rzecz. Najbardziej błaha i najbardziej wkurzająca mnie cecha gatunkowa nastolatków. Zdjęcia. Wyćwiczone pozy, dopracowane miny. Ubrania albo wyciągnięte z szafy mamy, albo w niedoborze. Dokładnie wybrana sceneria i śmiertelnie znudzone, ewentualnie wyuzdane, miny. Albo inaczej. Totalnie spontaniczne (ale i tak perfekcyjnie zapozowane) zdjęcia z imprez, gdzie tło stanowią rzygi, butelki i całujące się pary. Klasa sama w sobie.
  Teraz pozostaje zdecydować. Jestem dzieckiem, czy dojrzałym dzieckiem?

Szczere Kocisko
  Kiedy dowiedziałam się, że zostałam laureatką konkursu literackiego „Przygoda przychodzi sama – świat bez wojny, nazizmu i przemocy”, nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać po tygodniowym wyjeździe, który Polsko-Rosyjska Fundacja Wspólna Sprawa ufundowała w ramach nagrody. Jednak, pomimo wielu niewiadomych, nie obawiałam się, że wyjazd okaże się fiaskiem. Bliskość przepięknego jeziora, perspektywa spędzenia kilku dni z interesującymi ludźmi z innych krajów i możliwość osłuchania się z językiem rosyjskim, były dla mnie wystarczającym zapewnieniem, że ten tydzień nie będzie stracony.
  Poniedziałek, pierwszy dzień lipca. Około godziny dziesiątej przyjechałam do ośrodka wypoczynkowego okraszonego nazwą okolicznego klubu piłkarskiego dzielnie wychowującego rzecze kiboli i… byłam zupełnie zagubiona. Z pomocą pani recepcjonistki dotarłam do pawilonu, w którym znajdował się przeznaczony dla mnie pokój. Bardzo chciałam dowiedzieć się, czy zjawili się już jacyś inni laureaci. Po chwili, całkiem nieświadomie odnalazłam sprawcę całego zmieszania. Jeszcze nie wiedziałam, jak barwną postacią jest pan Bronek, jednak szybko miałam okazję poznać jego „specyficzne” poczucie humoru… Reszta dnia upłynęła na zapoznawaniu się ze sobą wszystkich uczestników pleneru, pierwszych wspólnych posiłkach i długiej rozmowie przy kolacji.
  Prawdziwa zabawa rozpoczęła się następnego dnia. Odbył się mecz siatkówki, podczas którego Polska pokonała resztę świata. Przypadek chciał, że grałam w tej wielonarodowościowej drużynie. Odtąd popołudnia spędzaliśmy pod dowództwem absolwenta mojego liceum – Kacpra, grając w  grę karcianą „Rekiny Biznesu” lub w bule, puszczając kaczki na gładkiej tafli jeziora, grając w kalambury i wymieniając się zabawnymi anegdotkami, często związanymi z życiem szkoły.
  Ważnym aspektem tego wyjazdu były różne wycieczki. Do Parku Narodowego Ujście Warty, gdzie poznawaliśmy jego florę i faunę ze szczególnym uwzględnieniem rozmaitych gatunków ptaków (tak naprawdę wszyscy spali, oglądając film o ptaszkach - teren parku był, jak co roku, zalany...). Do Słońska, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć zabytkowy kościół joannitów, cmentarz ofiar Sonnenburga i ruiny spalonego pałacu. Do Nowin Wielkich, gdzie przenieśliśmy się do odległych czasów, w których po Ziemi biegały przerażające dinozaury. Do Międzyrzecza, gdzie w zamku czekały na nas lochy i sala tortur, w muzeum  -  największa w Polsce kolekcja portretów trumiennych, a przed nim – wyczerpujący turniej gry w bule. Nie ominęła nas też wycieczka do… rodzimego Gorzowa, gdzie z panią od polskiego, która nam towarzyszyła i Kacprem wpadliśmy w szał zakupów w księgarni Matras oraz do radia, na wywiad.
  Gdzie plener literacki, tam i sztuka. Jako pierwszy swoją twórczość przedstawił nam profesor Leszek Engelking – tłumacz, poeta, nowelista, krytyk literacki. Po wysłuchaniu jego poezji, przyszedł czas na dyskusję. Pan profesor chętnie odpowiadał na pytania i dzielił się z nami refleksjami na temat trudnej sztuki tłumaczenia wierszy na inne języki. Kiedy indziej przyszedł czas na muzykę. Wiktor – dziennikarz spod Moskwy – z chęcią użyczał wszystkim swoją gitarę, dzięki niemu wiele godzin upłynęło bardzo wesoło, głośno i… stresująco. W każdym razie stresowałam się ja, kiedy przyszło mi grać i śpiewać Imagine Dragons "Radioactive". Znalazło się też coś dla fanów teatru – Kacper przedstawił swój monodram, który wywołał duże poruszenie. Mimo że spora cześć widzów nie znała języka polskiego, nikt nie wyszedł znudzony. Imprezie podsumowującej konkurs „Przygoda przychodzi sama…” również nie brakowało oprawy artystycznej. Wystąpił (wspomniany już) Wiktor, prezentując autorskie piosenki, a Kasia – uczestniczka pleneru – śpiewała rosyjskie szansony przy akompaniamencie swojego ojca urodzonego na Ukrainie.
  Muszę przyznać, że bardzo chętnie przyjeżdżałabym tam co roku. Ten wyjazd udowodnił mi, że nawet nie znając dobrze języka, można się porozumieć i pozwolił poznać się wielu ludziom, którzy w innych okolicznościach nie mieliby ku temu okazji. Panowała przyjazna atmosfera, gdzie każdy – nie ważne czy mieszka w Polsce, w Rosji, w Niemczech lub na Ukrainie, czy przyjechał z Gorzowa, z Warszawy, ze Śląska, czy uczy się w jednym z rywalizujących ze sobą gorzowskich liceów – czuł się dobrze.

Szczere Kocisko

Ten tekst jest przerobioną relacją, o którą prosiła mnie pani od polskiego w celu opublikowania jej na stronie szkoły. Nie jestem mistrzynią w pisaniu rzeczy tego typu, jednak chciałam się tym z Wami podzielić. Wiem, że nie jest idealna  - kiedy dałam ją mamie do przeczytania, powiedziałam "Mamo, zobacz jaką stworzyłam kupę!". A może macie inne zdanie o tym czymś? ;)
  Ostatnio trochę pobiadoliłam o tęsknocie. O tym, jak nasza pamięć płata figle, zmuszając nas do niedorzecznych, w gruncie rzeczy, wzruszeń. Jednak wiesz, Co Bardziej Rozgarnięty Czytelniku, jak to jest z kotami takimi, jak ja. W kocim świecie nic nie jest jednoznaczne, a świat składa się z milionów możliwych rozwiązań okraszonych nieskończoną ilością punktów widzenia. A każdy z nich czeka na kota, który go przyjmie. A może to punkty widzenia przyjmują kota? Nie wiem.
  Dziś Kocisko wedle kociej zasady „If it fits I sits” przyjęło zupełnie inny punkt widzenia. Tym razem jestem prawie bliska stwierdzeniu, że nie mogę się tej szkoły i jesieni doczekać. Że potrzebuję nadmiaru spraw do załatwienia, nadmiaru informacji do zapamiętania i… niedomiaru czasu. Całe wakacje mam coś do roboty, jak gdyby nigdy nic wstaję o godzinie siódmej i zaczynam czytać. Potem jeść. Potem sprzątać. Potem ćwiczyć. Potem czytać. I tak w kółko. Jednak cały czas coś nie daje mi spokoju. Jestem tak zabiegana i zaaferowana niekończącym się biegiem wskazówek po tarczy zegara, że większość czasu marnuję planując go rozsądnie upakować. Paranoja w najczystszym wydaniu. Obmyślam, kalkuluję ile co mi może zająć, układam w głowie plan dnia łudząco podobny do planu dnia poprzedniego. Nie wymagam panowania nad czasem tylko od siebie – zmuszam rodzinę do określenia, jakie zajęcie ma przypaść na jaki dzień, bo przecież „Mamo, ja mam w tym tygodniu jeszcze dwie książki do przeczytania!”…
  I dziś w mojej głowie pojawiła się świeża myśl. Już niedługo nadejdzie czas, który nie pozwoli się poćwiartować i upakować tak, aby zajął jak najmniejszą powierzchnię. Który będzie chciał się ze mną ścigać, za którym będzie trzeba gonić co sił w nogach. Trzeba będzie działać, działać, działać! Ze słodkim uśmiechem na ustach ucinać łeb pewnym sprawom i na nowo nauczyć się rozsądnie rezygnować, zrozumieć, że nie da się wszystkiego na raz. Jeszcze chwila i nie będzie czasu rozmyślać. A jak wspominałam już wiele razy, rozmyślanie to przekleństwo, którym obciążony został gatunek ludzki.
  Kusi mnie myśl, że jeszcze kilka tygodni i przestanę myśleć, że muszę z czymś zdążyć, i zacznę po prostu zdążać. Jeszcze bardziej kusi mnie to, że jeśli przez następne miesiące dam z siebie wszystko, to potem nie będę musiała praktycznie nic. A to, że się nie musi, sprawia, że wszystko robi się z większym uśmiechem na ustach. A może po prostu próbuję sama siebie okłamać i… uspokoić? Nie, lepiej nie dopuszczaj do siebie takiej myśli Kocisko!
  Zaczynam gadać sama do siebie? Nie, ja po prostu prowadzę dialog z inteligentnym rozmówcą…

Szczere Kocisko
  Niestety zbliża się jesień. Próbuję temu zaprzeczyć, zatrzymać wysokie temperatury, słońce, długie dni i gwiaździste noce. Mimo że i tak nie poświęcam swojego czasu błogiemu lenistwu, zapomnieniu i relaksowi, nie śpieszno mi do zajęcia miejsca w szkolnej ławce i jeszcze większego natłoku obowiązków. Nawiasem mówiąc, jestem ciekawa jak pogodzę rozszerzenie z fizyki, matematyki i biologii z pisaniem pracy olimpijskiej. No nieważne, wracajmy do jesieni.  Podobno nadchodzi ona wtedy, gdy myśli zmienia tęsknota za czymś, czego nie ma. W każdym razie tak śpiewa Piotr Wróbel (wokalista Akurat) w piosence „Jesienna”. Ma rację.  Jest sierpień, a ja czuję, że jesień jest tuż za rogiem.
  Dziwna rzecz się stała. Gdy ponad rok temu przyszło mi się pożegnać z gimnazjalną klasą, z zimną krwią i bez zbędnych skrupułów ucięłam kontakty. Łezka w oku mi się nie zakręciła, nawet nie chciało mi się z nikim żegnać. Po co? Inaczej rzecz przedstawiła się, kiedy to mój ukochany kończył szkołę. Impreza powoli się kończyła, ostatnie przemowy dyrektora, wręczanie nagród… W końcu uświadomiłam sobie, że już nigdy nie będę miała powodu, by tu zajrzeć. Spojrzałam na moją panią od polskiego i nie mogłam powstrzymać łez. Gdy przyszedł czas na wręczanie kwiatów, wmieszałam się między trzecioklasistów, podeszłam do niej i ze łzami w oczach podziękowałam za wszystko. Też nie mogła powstrzymać łez. Kiedy wracaliśmy do domu, długo nie mogłam dojść do siebie. Wczoraj, jadąc samochodem, usłyszałam w radiu „Call me maybe”. Na koniec gimnazjum moja klasa zrobiła filmik dla naszej wychowawczyni, ten gniot stanowił jego tło muzyczne. Już nie liczyło się to, że podczas kręcenia tych kilku minut pożegnania byłam dla wszystkich niemiła i źle wróżyłam całemu projektowi. Jadąc w tym samochodzie, popłakałam się jak bóbr. Zrozumiałam, że tęsknię. Zaraz… Za czym!?
 To, że pamięć to nałogowa kłamczucha, a podświadomość lubi manipulować swoją głupszą siostrą -  świadomością – nie jest dla mnie żadną tajemnicą ani nowością. Jednak te trzy złośnice nie przestają mnie zadziwiać. Ich kunszt, dokładność z jaką fałszują prawdę to istny majstersztyk! Dla niewprawnego oka ich robota jest nie do wykrycia! Potrafią, dopasowując się do naszej samooceny, „uładnić”  nasze czyny lub przeciwnie – uczynić je bardziej niegodziwymi. Są niepoprawnymi optymistkami i wycinają brzydkie sceny z naszych wspomnień, skazując nas na niekończące się niezadowolenie z obecnego stanu rzeczy. Czasami wydaje mi się, że wcale nie myślą. Przywołują wyidealizowany obraz przeszłości, dodają do niego nostalgiczną oprawę muzyczną, zwiększają nasycenie barw, kontrast, dodają efekty - wyostrzenie lub rozmycie, jakiś filtr. Bawią się w małą, niezależną wytwórnię filmów. A wszystko z czystej złośliwości. Człowiek może próbować uciec, żyć najpiękniej jak może. Jednak drży przed nadejściem jesieni. Staje się wyczulony na pierwsze symptomy tęsknoty. Wpada w ich pułapkę.
  A potem wypisuje bzdury na blogu…

Szczere Kocisko
  Oglądałam dziś telewizję. Dodam, że nie był to film ani serial, ani nawet „Starożytni Kosmici”, czy inne „Trudne Sprawy”. Oglądałam program, w którym ludzie opowiadali o świecie, w którym uskuteczniałaby się gospodarka zasobowa, a nie walutowa. O świecie bez pieniędzy, kredytów, kryzysów, niewolnictwa i współzawodnictwa pod względem ekonomicznym. Taki komunizm, ale bez terroru. Z telewizora mówili do mnie natchnieni idealiści, powołujący się na tradycję antycznej Grecji. Po napisach końcowych podali kilka podpunktów, co zrobić, by uczynić świat lepszym. Zamknąć konta w banku, przestać głosować, być ślepym i głuchym na mass media. Przeraziła mnie naiwność ludzi. Ja nie chcę utopii…
  Podczas oglądania w moim rodzinnym gronie zawiązała się ciekawa dyskusja. Tata, trochę zafascynowany słowami starszego pana w wielkich okularach, próbował bronić jego tez, wskazywać na metodę małych kroczków i przeniesienia ambicji ludzi na inne tory. Że gdyby każdy miał zapewniony byt i warunki, nie myślałby o zdobywaniu władzy i dóbr, tylko o samorozwoju. I właśnie na tej płaszczyźnie mógł konfrontować się z innymi. Mi i mojej mamie od razu zaczęło to śmierdzieć. Pomyślałam, że facet chyba za mało zwierząt miał okazję widzieć w swoim życiu i zapomniał, że jednym z podstawowych mechanizmów ewolucyjnych jest konkurencja. Walka o byt, o pozycję w stadzie, wreszcie o niszę ekologiczną. Nie zmienimy w sobie cechy, która łączy nas ze wszystkimi organizmami żywymi. Bo tak samo protista, grzyb, bakteria, roślina i zwierzę walczą o przetrwanie. Stosują różne techniki, przystosowują się najlepiej, jak mogą. I mam wrażenie, że jeśli kiedyś wyzbędziemy się tej walki, staniemy ponad nią, przestaniemy być częścią tego świata. Na myśl przychodzi mi książka oraz film pod tytułem „Intruz”. Pomijając to, że autorką tej opowieści jest matką „Zmierzchu”, fabuła filmowej adaptacji „Intruza”, którą widziałam, podobała mi się. Sama walczyłabym – niczym główna bohaterka – w obronie niesprawiedliwego i nierównego świata, w obronie indywidualności. Przecież wszelka utopia, stan zaspokojenia wszystkich potrzeb i brak żądz oznacza wypranie z indywidualizmu. Indywidualizm bierze się z buntu wobec jakiejś wartości. Nigdy nie zależało mi na tym, by stać się częścią gładkiej i klarownej masy. Idealnie zmielonej, uśmiechniętej i pomocnej galarety.
  Mówi się, że to rządza pieniądza, kapitalizm i wielkie korporacje są całym złem. Że przez nie zastępuje kryzys, przez nie są wojny i nierówności społeczne. Jakby wyścig szczurów był ojcem wojem, głodu i ubóstwa. Mówi się tak, zapominając o tym, że od zawsze, nawet w kulturach, które nie znają ani pojęcia pieniądza, ani czasu ilościowego, wybuchają konflikty, występują morderstwa, kradzieże, gwałty i niewolnictwo. Ale nie, upierajmy się dalej, że centrum zła wszelakiego stanowi wolny rynek! Można powoływać się na kulturę starożytną. Na Grecję, na Ateny. Można opowiadać o tym, że każdy wysoko postawiony urzędnik nie mógł czerpać korzyści ze swojej pozycji, że swoje pieniądze oddawał w ręce ludu, że sponsorował budowy aktualnie potrzebnych obiektów. Ale nie wolno zapominać, że nie robili tego z własnej, nieprzymuszonej woli – tego oczekiwano, tak w y p a d a ł o. Z biegiem czasu ludzie coraz mniej przejmowali się tym, co wypada – odbierała to sobie indywidualna natura człowieka. No, nie zapominajmy również o tym, że w takich Atenach obywatele stanowili jedynie kilka procent społeczeństwa.
  Dobrze, na razie powiedziałam o tym, dlaczego piękne bajki o gospodarce zasobowej nie mają racji bytu. Teraz czas powiedzieć, dlaczego ja o niej nie marzę. Lubię być wyróżniana, lubię być czasem z czymś lepsza, lubię być najlepsza – o ile to w ogóle możliwe. Nie, nie jestem egoistką. Lubię też pomagać, współczuję, mam sumienie i skrupuły. Ale, pewnie jak wielu ludzi – opinię o sobie kształtuję porównując się do innych. I nie, nie chodzi o to, że z zazdrością patrzę na ludzi wokół i staram się ich przewyższyć. Mówię raczej o rodzaju klucza – jak przy oznaczaniu roślin. Jesteśmy w stanie stwierdzić jakie cechy występują u danego gatunku porównując go z innym, zliczając podobieństwa i różnice między nimi. Podobnie jest ze mną. Wiem kim jestem, bo wiem kim na pewno nie jestem. Mogę być gorsza w jednej dziedzinie i nadrabiać drugą. Stwierdzenie, że wszyscy są równi i zasługują dokładnie na to samo mija się z prawdą. Żeby ktoś mógł spokojnie jeść kotleta, ktoś musi zabić świnkę. Żeby ktoś mógł żyć w czyściutkim mieście, ktoś musi dbać o jego czystość. Żeby ktoś mógł cieszyć się dobrami z przydziału, danymi mu praktycznie za nic, ktoś musi te dobra wyprodukować. To chyba największy problem, który unicestwia wszystkie utopie.
  Panie Lennon, też jestem marzycielką, ale nie wyobrażę sobie świata bez własności. Nie wszyscy są sobie braćmi…

Szczere Kocisko
  Jestem człowiekiem, który często kieruje się swoimi ambicjami.  Ktoś zapewne dodałby „chorymi ambicjami”, ale nie byłoby to prawdą. Od zawsze stawiam sobie wysoko poprzeczkę i pragnę być najlepsza. W zamierzchłej podstawówce mogło chodzić o płynność w czytania, długość włosów, czy chudość. Tak, za moich czasów każda dziewczynka w pierwszej klasie szkoły podstawowej chciała być najchudsza i otwarcie licytowała się z innymi o to, że faktycznie jest najchudsza. Nieważne. Wraz z pojawieniem się w moim życiu pierwszych centralnych testów sprawdzających wiedzę, ambicja kazała mi mieć najlepszy wynik. I o ile udało mi się to osiągnąć podczas próbnego, to właściwy egzamin szóstoklasisty skończył się moją wielką rozpaczą, z której i tak nic nie wynikło. W gimnazjum źródłem moich ambicji było dostanie się do mojego obecnego liceum, wobec którego teraz i tak jestem krytyczna. W osiągnięciu celu pomogła mi wygrana olimpiada z polskiego. W tym roku – jak pewnie wielu z was wie – chcę to powtórzyć i zapewnić sobie maturkę z polskiego i wstęp na studia. I aby zaspokoić tą ambicję siedzę i czytam, i stresuję się, że czytam za mało i nie zdążę napisać pracy. Zaczęłam stawiać sobie pytania.
  Jaki jest sens kierowania się ambicjami, które przysporzą nam tylko następnych ambicji, zadań do wykonania i obowiązków. Czy całe życie ma się opierać na podnoszeniu poprzeczki i udowadnianiu sobie, że jest się najlepszym? Jeszcze nie mówię o wyścigu szczurów – jeśli ścigasz się tylko ze swoim umysłem, zgniata cię tylko twoja własna presja – nie jest to wyścig szczurów. Mimo to, ta sytuacja może (musi?) być męcząca. Dlaczego nie zabrać pewnego razu wszystkich zaoszczędzonych pieniędzy, odjechać stopem do odległego kraju i spędzić resztę życia łowiąc ryby albo pasąc owce w górach? Da się tak żyć, powiem więcej – ta droga wydaje się być uboga w  stresujące sytuacje, pozbawiona pośpiechu, niepohamowanej konsumpcji i uzależnienia od okrutnego czasu zegarowego, ale jakoś nikt o niej nie marzy. Większość ludzi chce osiągnąć jak najwięcej, wzbogacić się, podróżować, żyć w otoczeniu ładnych i drogich przedmiotów. I nie mówię tego, aby oskarżyć kogoś o materializm. Po prostu teraz żyje się właśnie w ten sposób. W tej chwili zastanawiam się nad tym, czy nie byłoby lepiej, gdyby ludzie, którym nie chce się pokonywać przeszkód i piąć po drabinie kompetencji, nie wybrali drogi, którą opisałam kilka linijek wcześniej… Ale to temat na osobną refleksję.
  Wydaje mi się, że wbrew wszystkiemu, co widać dookoła, wykształcenie stanowi ważną cechę, charakteryzującą współczesne społeczeństwo. Samo obycie z techniką, wymagane (i z radością egzekwowane) dziś od ludzi, jest w jakiś sposób wykształceniem. Każdy użytkownik Internetu, nieważne jaką profesją się zajmuje lub będzie się zajmować w przyszłości, musi znać kilka pojęć technicznych, a także kilka czynności, które jeszcze przez trzydziestu laty zarezerwowane były tylko informatykom. Kolejną rzeczą, o której należałoby wspomnieć, jest to, że „nawet” fryzjerzy, kosmetyczki i spawacze czują potrzebę dokształcania się. Zdają kursy, które rozszerzają ich kompetencje. Jak nie w szkole, to po niej. Nie jest tak źle prawda?
  Skąd się bierze stres, presja i wzmożone ambicje? Chyba mam pomysł, jak to wyjaśnić. Kiedyś wykształcenie dostępne było tylko nielicznym, nie mówiąc już o karierze naukowej. Dzięki temu osiągnięcie sukcesu było – prawdopodobnie – łatwiejsze. Wiadomo, mniejsza konkurencja i mniej rzeczy już odkrytych. Teraz, aby coś osiągnąć, odkryć, zbadać, trzeba się zdrowo nagimnastykować. Nauka rozwija się tak dynamicznie, porywa coraz więcej ludzi… Nic więc dziwnego, że Pani Ambicja daje o sobie znać.
  …Witam Panią!

Szczere Kocisko
  Lubimy czytać w Internecie. I ja, i wy. Robimy to często i dużo. Nierzadko komentujemy. I z tego, co zauważyłam, zwykle nasze komentarze są pozytywne. Najczęściej o niczym, bo powtarzają treść komentowanego wpisu albo wyrażają prostą aprobatę w jego kierunku. Gdybym miała wybierać, wolałabym, aby ktoś poddawał to, co piszę całkowitej krytyce. Dlaczego? Przecież wiadomo, że na pustosłowie i frazesy łatwo przystać i poprzeć kolejnym pustosłowiem. Skąd mam wiedzieć, czy moje wyroby felietonopodobne nie działają właśnie na takiej zasadzie?
  Nie, nie pojawiłam się tu dziś, by pisać o sobie. Nie lubię tego. Uruchamia we mnie taką sprężynkę, nakręca mnie i jak katarynka gadam tylko o ja-jach. Dość. Przyszłam tu, aby postawić pytanie. Kto nas porusza i każe naszym palcom ruszać się równie szybko, co wzburzone serca? Może ktoś, w kim ujrzymy część siebie. Co najłatwiej zrobić, by ktoś ujrzał w nas część siebie? Pisać jak najbardziej zwyczajnie, prezentować popularne poglądy. Albo lepiej – poglądy, które stają się popularne, ale mają w sobie nutkę kontrowersyjności. Można też opisywać rzeczy, które zwyczajnie trafiają w target. Jeśli docelowym odbiorcą jest osoba nastoletnia, można pisać o poczuciu niedopasowania do norm, szeroko pojętym buncie, problemach, sytuacjach, które przytrafiają się wielu. I nic nie odkrywamy. Nic-a-nic. Drugim sposobem na pobudzenie odbiorcy do (be)zmyślnego powtarzania naszych słów jest narzekanie. Po prostu. Bycie malkontentem na etacie jest wyjątkowo korzystną opcją. Pewnie nie dotyczy to tylko Polski. Najlepiej narzekać na to, na co narzekają miliony – na rząd, na służbę zdrowia, na media, na społeczeństwo, na nudę, na brak kasy i na wszelkie niesprawiedliwości społeczne. Kolejna opcja, która zapewni nam byt w świadomości ludzi to uwydatnianie modnych cech charakteru. Bo przecież cynicy są tacy fajni. Podobnie jak osoby, które odcinają się od przyjętych zasad, bo czują się z nich zwolnieni z racji swojej wrodzonej cudowności. Ktoś, kto z niebywałą lekkością posługuje się sarkazmem i nie stroni od niego też możne liczyć na poparcie.
  Nie chodzi mi o to, żeby zmieszać w błotem całą blogosferę i tym samym zaliczyć się do grona malkontentów. Chciałabym dyskutować, siać zamęt i wynosić wnioski. Ale z czasem zauważam, że i we mnie siedzi potworek, który przystaje na czytane frazesy, który ciągle się zgadza i nie ma nic więcej do powiedzenia. A nie chcę, by ta praktyka skończyła się tym, że mózg wycieknie mi przez uszy. I Tobie też tego nie życzę, Co-bardziej-rozgarnięty-czytelniku! Więc przestań się na siłę zgadzać w 100%, bo nie wpływa to dobrze na światopogląd.

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ▼  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ▼  sierpnia (7)
      • Dlaczego nigdy nie będę nastolatką?
      • Spóźniona relacja z wakacji
      • Dwugłos na jeden głos.
      • Jesień w sierpniu i trzy złośnice
      • Utopia? Nie, dziękuje.
      • Pani Ambicja i droga rybaka.
      • Strzeżcie się frazesów
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.