• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Nie wymyślę. Naprawdę, nie wiem, jak miałabym podsumować ten rok inaczej, niż wypisując, co mi się w nim udało. Poprzednio zdecydowałam się po prostu odnieść do sformułowanych po raz pierwszy w życiu postanowień. W tym roku, nie wiedzieć czemu, były one bardziej zachowawcze, w dużej mierze prawie beztreściowe, bo oprócz bardzo konkretnego celu „zobaczyć na żywo Die Antwoord”, postanowiłam sobie także „być konsekwentną” i „utrzymywać przyjaźnie”. Brzmi fajnie, ale nic nie mówi. Wydaje mi się, że są to całkiem niezłe wskazówki, ale postanowienia żadne.
W roku 2015 udało mi się…
...zakochać po uszy.
...dwa razy pod rząd wygrać sobie turniej jednego wiersza, a oprócz tego, zdobyć sobie kilka wyróżnień.
...po raz pierwszy wyjechać na samotną wycieczkę, taką zaczytaną, tajemniczą, zimową, taką z włóczeniem się po obcym miasteczku i recytowaniem „Buta w butonierce” wracając do hotelu. Okazało się, że umiem sobie poradzić, a problemy trzymają się ode mnie z daleka.
...odkryć, że bardzo lubię skandynawskie kino.
...mieć na tyle samozaparcia, by przez trzy miesiące biegać co tydzień po lesie. Później okazało się, że nie powinnam, bo moje stawy tego bardzo nie lubią, ale bardzo podobało mi się wychodzenie z domu przed siódmą, w leginsach i gigantycznej dresowej bluzie, oddychając mroźnym marcowym powietrzem, które dopiero z czasem przestało przydawać mi obłoczków pary, obserwując zwierzęta – dzięcioły, kaczki, łabędzie, zające, sarny, psy, grzybiarzy.
...przeżyć czas maturalnych powtórek bez poddawania się wszechobecnemu szaleństwu na ten temat i w dodatku zdać maturę tak dobrze, że nie miałam i nie mam sobie nic do zarzucenia. Ja. Nic do zarzucenia. Szaleństwo.
...odkryć, że nawet jeśli leżenie na hamaku całe dnie jest ultraprzyjemne, niemal półroczne wakacje trochę mnie rozstrajają.
...przepracować 6 dni.
...Pojechać na Open’er, być w pierwszym rzędzie na Die Antwoord, odnaleźć się w takim miejscu, odkryć, że czasem to nawet umiem odzywać się do randomowych osób.
...zjechać wchód Polski od góry do dołu, odwiedzić miejsca, z istnienia których nie zdawałam sobie sprawy.
...zobaczyć wystawę Beksińskiego w Sanoku.
...w stopniu, którzy całkowicie mi odpowiada i a) nie pozwala mi na izolowanie się w tym niezdrowym wydaniu jak przez większość liceum, b) pozwala mi na tworzenie jakichś wspomnień i koleżeńskich relacji będących całkiem do przyjęcia, nauczyć się wychodzić do ludzi i nawet rozmawiać z nimi przy piwie. Wow!
...pójść na badania krwi.
...nauczyć się gotować tak, że w czasem kwadrans udaje mi się przygotować i zjeść piękny, instagramowalny posiłek.
...zrezygnować z mięsa i czuć się lepiej niż kiedykolwiek.
...w konsekwencji czego schudnąć tyle, ile sobie postanowiłam.
....zamieszkać samodzielnie (choć nie całkiem samotnie) w nowym mieście, ogarniać sprzątanie, pranie, zakupy i studia.
...pouczestniczyć w badaniach naukowych, poleżeć w brzuchu skanera MRI, posiedzieć w dziwnym czepku z elektrodami przy głowie.
...mieć z kim spotkać się, w przypadku powrotu go rodzinnego miasta; nie spalić za sobą wszystkich mostów, jak zwykle miałam to w zwyczaju.
...pokochać.
...i być kochaną.
...dowiedzieć się, jaki kierunek chcę przyjąć. Bo wiecie, kierunek studiów to jeszcze nic. Zbliża się północ.
...dostać stypendium, za coś, co osiągnęłam dwa lata temu; być dumną z odcinania kuponów.
...przeczytać 54 książki, przy okazji zrozumieć, że czytając to, co lubię i co naprawdę chcę przeczytać, nigdy nie poznam wszystkich motywów, kontekstów i nawiązań tak, by nikt mnie nigdy nie przyłapał na nieznajomości czegoś, ale stworzę całkiem ciekawą bazę własnych, co wydaje mi się znacznie bardziej wartościowe.
...znaleźć równowagę między minimalizmem, spełnianiem swoich zachcianek i poczuciem, że mam wszystko, czego potrzebuję.
Fajnie, co?
Zastanawialiście się kiedyś, jak duża jest pojemność tyłu głowy, w którym przechowujemy bieżące niepokoje i sprawy, o których nie wypada zapominać, więc myślimy o nich nie mogąc zasnąć, a potem bardzo się tego wstydzimy, bo z podkrążonych oczu nic nie wynika? Tym się kognitywistyka ani psychologia poznawcza nie zajęły. Ani żaden interdyscyplinarny zespół badawczy. Nic straconego, bo choćby się i zajął, zamiast wniosków, sformułowałby co najwyżej potrzebę poprowadzenia dalszych badań przy doprecyzowaniu założeń, oczekiwań i metod. Nie ważne.

Chciałam podsumować ładnie mijający rok. Naprawdę. Był ważny, udany, bogaty w doświadczenia i inspiracje, istotny z perspektywy mojego postrzegania samej siebie, dobry. Przełomowy. Ale także przełamany. W połowie przedzielony jest grubą na kilka miesięcy krechą. Więc jakby krótszy? Czy następne również będą tak krótkie? Czy widać jak bardzo na to liczę?

Nie mogę odpocząć. Przez tą dziwną, mroczną, zagmatwaną przestrzeń z tyłu mojej głowy właśnie. Z okazji świąt dostałam od mamy INSPIplanner, do którego tak wzdychałam, oglądając go w Internecie (u Wolniej na przykład), z którym wiążę duże nadzieje, bo przez ostatnie półtora roku rozdrabniałam się na  wiele zeszytów, notatników i kalendarzy i nigdy nie wiedziałam, którzy należałoby ze sobą nosić, toteż często nosiłam wszystkie. I kilka wolnych kartek na zaś, czemu nie? No i on mi cały czas brzęczy zza ucha, przypominając o wszystkich ważnych rzeczach, które będę musiała tam wkleić, zapisać, opisać, przewidzieć, spamiętać. Po co kalendarz, po co planer, jeśli noszę wszystko w sobie i się duszę? Jeśli podczas przerwy świątecznej nie było dla mnie ani jednego dnia, podczas którego nie zadręczałabym się wizją zaliczeń, sesji, raportów, projektów, prezentacji. Czepiam się tych myśli tak mocno, że zaczynam się ich naprawdę bać, po trosze też nienawidzić.

Kończy się na tym, że zamiast dzielić się z ludźmi tym, jak fajnie mi w życiu i jakie ze mnie radosne stworzenie, wolę wypytywać, ile prac w grupach mają na studiach i dlaczego tak mało. I żalić się. Że się zawiodłam. A tak naprawdę to ja tylko ustawicznie boję się, że zawiodę własne oczekiwania. Bo chciałabym lepiej, najlepiej, a już na pewno lepiej niż inni, ci, na których patrzę wilkiem, bo jak oni śmią nie bać się tak, jak ja?


Właśnie kończy się bardzo długi dzień, który – choć odhaczyłam wszystkie zadania na dziś i choć właściwie to przyniósł i trochę dobrego – nie zbliżył mnie do spokoju.  Nie wiem, czemu akurat dziś. Ale hej, ten rok się jeszcze nie skończył. Dzisiejsze smęty nadrobię.
W tym miesiącu - co nie trudno zauważyć na zdjęciach - faktycznie dzieliłam się jedzeniem. Gotowaniem. Sprzątaniem po jedzeniu. Wszystko w atmosferze radości i współpracy. Było baaardzo smacznie!

Owsianka z cynamonem, bananem, jabłkiem i wegańskim dżemem truskawkowym z aromatem wanilii

Makaron, rukola, prażona ciecierzyca z puszki przyprawiona solą, pieprzem i wędzoną papryką oraz sos musztardowo-miodowy z jabłkiem i bakaliami

Ryż i tofurnica w kurkumą, marchewką i groszkiem 

Jaglanka na mleku kokosowym z bakaliami, toruńskim piernikiem i bananem

Kuskus, sałatka z jarmużu, pomidorów i kukurydzy, kotlet soczewicowy, dyniowy ketchup i podsmażone białe szparagi z zalewy

Sałatka z jarmużem, gotowane bataty, wegańskie sosy - majonez i dyniowy ketchup

Bardzo dziwne i bardzo smaczne danie - jaglanka na mleku kokosowym gotowana z konserwową dynią, sezamem i czarnuszką

Mój klasyk - grillowane bakłażany, kuskus z kurkumą, sałatka z rukoli

Pyszny efekt wypadku przy pracy - smażona na oleju kokosowym owsianka z kakao, karobem i mąką kukurydzianą, podana z poszatkowanymi bakaliami, bananem i ciepłym miodem

Domowe szwedzkie bułeczki szafranowe - lussebullar

Bardzo chciałam zobaczyć, jak się sprawy mają w moim liceum, jak się wszystko kręci dalej beze mnie i jak bardzo mnie nie potrzebuje; bardzo za tą szkołą tęskniłam. Każdy powrót do domu miał wliczone w  pakiecie tęsknie spojrzenia  w jej stronę. To jasne, że nie mogłam przegapić szkolnej wigilii. Niezależnie od tego, czy się w coś wierzy, czy nie, trudno o lepszy moment na pierwsze spotkanie na płaszczyźnie absolwent-szkoła, na życzenia, uśmiechy i dobre intencje. Więc przyszłam, przepchałam się przez tłum ludzi, których nie znam, nie pamiętam albo pamiętam inaczej, bo schudli, dojrzali, zapuścili lub pościnali włosy, odszukałam ulubionych belfrów, na niektórych wpadłam szczęśliwym przypadkiem, wymieniłam się ploteczkami, zebrałam bukiecik pochwał i sama też się nieco pochwaliłam. Zarzućcie mi sztuczność, ale lubię to. No lubię. Już rok temu lubiłam, choć wtedy sama się sobie jeszcze dziwiłam.

W tym roku nie ma podstaw do zdziwienia – czuję, że mam powody, by do wzdychać do liceum. Jego specyfika przez te trzy lata wychowała sobie mnie w pewien sposób, nauczyła mnie funkcjonowania w trybie, który określiłabym jako sprinterski – trzy miesiące pracy o sporym natężeniu, bardzo regularne, bo codzienne, lekcje niewielkiej liczby przedmiotów, które w naturalny sposób wymuszały sumienność, systematyczność i inne dobrze rzeczy. Lubiłam to, umiałam pracować w ten sposób, czułam się w tym systemie jak ryba w wodzie, nawet jeśli czasem łapałam zadyszkę, płakałam nad matmą i uważałam, że nic nie da się zrobić i że tym razem to już na pewno nie będę miała dobrych ocen. Tutaj, gdy wszystko zdaje się być tak niemiłosiernie rozwleczone, z wiecznymi zaległościami, brakiem wiedzy, co właściwie trzeba zrobić i kiedy zacząć, aby zdążyć i jak zgrać się z resztą grupy, mam wrażenie, że tylko się frustruję. Choć jak na razie idzie mi dobrze i może wcale nie powinnam narzekać, przejście z systemu hołubiącego indywidualizm, pracę jednostki, jej zainteresowania i aspiracje, do ciągłych prac w grupie, czczych burz mózgów (hehe) i podsyłania sobie materialików JEST dla mnie bolesne.

Ten ból i te moje głupie pretensje w stronę interdyscyplinarności, którą w marzeniach uosabiałam sobie jakimś Leonardem da Vinci bardziej, niż zespołem badawczym, wyciszają się, kiedy widzę poruszonych nauczycieli z liceum, ich choćby symboliczną dumę i jakieś uznanie wobec tego, co robię. W samą porę. Ostatnie tygodnie, co pewnie można było zauważyć przez moje milczenie tutaj, były dla mnie czasem na zwolnienie obrotów, radość, celebrowanie, zwiedzanie, poznawanie, uważność i pewne oddalenie się od spraw akademickich. Również – udowodnienie sobie, że świat się nie zawali a ludzie nie oszaleją z nieogarnięcia, jeśli odpuszczę jakiś wykład i że nie wszystko na studiach kręci się wokół mnie, i w drugą stronę – studia nie są centrum mojego świata. Choć jestem pilna, pasjonuję się przedmiotami swojej edukacji i zdecydowanie wiążę swoją przyszłość zawodową z naukami kognitywnymi, nie czuję się studentką. Nie żartuję sobie ze studenckiego życia, nie chodzę na studenckie imprezy, nie utożsamiam się. Utożsamiam się jedynie ze swoim światem, z tym, co sama sobie zbudowałam i z tym, co do swojego świata wpuszczam. I jestem uczennicą swojego liceum, ciągle. 
Uwielbiam martwić się na zapas. Nie, wcale nie, ale robię to nagminnie i z pasją, która sugeruje wspomniane uwielbienie. Uporczywie czuję, że coś nadciąga, podobnie jak swoją przyszłą zadyszkę i zmęczenie. Oczyma wyobraźni często widzę, jak nie mogę spać, bo doba okazuje się za krótka, jak nie daję rady, jak solennie przepraszam za to czy za tamto. I właściwie można byłoby uznać to za zupełnie niefajne, niedobre, niepotrzebne i fujć. Ale naturalną konsekwencją tego wszystkiego jest ulga.

Ulga, która pojawia się, kiedy zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że czas mija tak czy siak, i że nie muszę być zawsze na samej górze stawki. I że właściwie, w obawie przed burzą, zorganizuję sobie własne, na swoich zasadach, w swoim terminie i już mnie ta pierwsza burza nie obchodzi. Ulga, kiedy okazuje się, że aby skreślić to nieatrakcyjne zadanie ze swojej listy jako wykonane, nie potrzeba było takiego nakładu pracy, jak się na początku myślało.

Poganiam się, strofuję i straszę się ciągle, że stracę kontrolę. Że to już, już, świat wymyka mi się z rąk i zaraz będzie piękna katastrofa. W międzyczasie włączam w sobie jakiś tryb zarządzania kryzysowego i radzę sobie. Wychodzę cało z udawanej opresji z prawdziwym zadowoleniem z siebie. 

A czasem, z przyczyn niezależnych od siebie, kiedy już nic nie mogę zrobić, aby burzę sobie przyspieszyć, stłumić i zgubić, pozwalam sobie kilka razy dziennie zwyczajnie zapomnieć. Udać, że problemu nie ma. A potem sprawdzić maila i zorientować się, że i tam jeszcze nic nie ma.

Można by się było tak niczym nie martwić i niczym nie przejmować? Tak zupełnie z pełną pogodą ducha wychodzić z żelaznego założenia, że wszystko się uda i nie ma żadnego problemu? Ja chyba takiej opcji nie widzę. Od wielu, wielu lat niezmiennie sądzę, że tęsknoty, przygnębienie i jakaś taka lepka melancholia są mi potrzebne. Że są warunkiem koniecznym do odczuwania szczęścia. A kiedy znaleźć czas na strach i zmartwienie, jeśli wszystko ma być dobrze?
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ▼  2015 (66)
    • ▼  grudnia (5)
      • O tym, że wszystko się udało
      • Tył głowy
      • Dzielę się jedzeniem - grudzień
      • Ciągle
      • Martw się na zapas, wszystko będzie dobrze
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.