• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

  Jeżeli istnieje jedna cecha, którą mogę zupełnie uczciwie i całkiem pewnie określić siebie, jest nią niezłomność. Nie wiem na ile jest to część mnie, a na ile dostatecznie mocno wpojone zachowanie, odruch, który uwarunkował się pod wpływem lat i zdarzeń. Ta cecha upodabnia mnie czasem do przedstawicieli tych niebezpiecznych ras psów, które nie mogą rozluźnić szczęk, gdy już ugryzą. Nie to, że nie chcą – fizycznie nie mogą. Nie potrafię odpuścić. W każdym razie nie potrafiłam. Zauważam, że staję się coraz bardziej… złomna. I nie wiem, co jest gorsze.
  Nie potrafię przyznać komuś racji, jeżeli wiem/czuję/wierzę, że to ja znam prawdę. Nie potrafię machnąć na to łapą, dać spokój, uznać, że mogę swoją rację zachować dla siebie i przez chwilę nie zbawiać reszty świata. Może byłoby łatwiej i mądrzej, ale jestem na to zbyt zasadnicza. Okropieństwo. Nie przechodzę obojętnie wobec czyichś błędów, najchętniej zakazałabym rezygnowania i niekonsekwencji. Nie wierzę w półśrodki. Mam zasady…
  …Ale czym byłoby życie, gdyby człowiek nie okazywał się za każdym razem hipokrytą. Dużo wątpię. Dużo marzę. Dużo myślę. Przeprowadzam miliardy rozmów w tajnym pokoju ukrytym pod moją czaszką. Dużo chcę. I bardzo się przejmuję. Czasem czuję, że warto byłoby odpuścić, ale się boję. Wiem, że im częściej sobie na to pozwalamy, tym trudniej się czegoś trzymać. Oczywiste – gdy raz złamie się zasadę, łatwiej zrobić to znów i znów, bo na dobrą sprawą najczęściej nie ma to wielkiego i wyczuwalnego od razu skutku. Te skutki, mityczne skutki wychodzą na światło dzienne stopniowo.
  Trzeba poszukiwać siebie, wiem. Próbuje. A poszukiwanie charakteryzuje się tym, że próbuje się  iść wieloma drogami i wybrać tą najlepszą, ale ciężko mi się na to zdobyć po tym, jak przez wiele lat robiłam coś, co chyba nie działało na mnie najlepiej. Wtedy wiele razy słyszałam „ona nie ma talentu, ale przynajmniej nie odpuszcza”. Podobno najwięcej osiągają ci, którym wcale nie było łatwo. Podobno sukces osiąga się ciężką pracą, a talent ma krótkie nóżki. Prawie tak krótkie jak kłamstwo. Może i talent jest rodzajem kłamstwa?
  Z rezygnacją jest ten problem, że pojawia się ona naprawdę z idiotycznych powodów. Jest wynikiem przegranej z lenistwem, z hedonizmem, ze stresem, a nawet z pośpiechem. Ale czasami jest to znak ostrzegawczy, pozwalający uratować swoje życie przed popadaniem w nieszczęście, oszukiwaniem siebie i chorą ambicją.
  Czy da się ocenić, kiedy warto zrezygnować? Kiedy warto położyć się na łopatki, odpłynąć, poddać się chwili, uciec, zniknąć, zapomnieć? Która ambicja nie jest chora i gdzie przyjmuje lekarz – ambicjolog?

Szczere Kocisko
  Przyjrzyjcie się swoim demonom. Widzicie je? Pokręcone, zgarbione, wiszące nad wami niczym bogowie śmierci z mangi „Death Note”. Dziko uśmiechnięte, patrzą na was swoimi oszalałymi oczami. Karmią się waszymi emocjami, rosną w siłę ilekroć spuścicie je z oka. Kiedy już są bliskie wygranej, zaczynają podsuwać wam swoje myśli, przekształcać wspomnienia, zmieniać osądy. Przejmują was. Opanowują was. I żeby nie było niejasności – nie chodzi mi o Hello Kitty ani o kucyki Pony. Nie chodzi mi nawet o Monster High (To bardzo dziwne, ale ilekroć jestem w Tesco, muszę się przy nich zatrzymać, aby chwilę się pozachwycać… Może już mnie opętało?).
  Życie jest coraz bardziej stresujące. Nikogo nie obchodzi już własne pole, własna miedza i nic, co poza jej granicami. Prawie każdy ma jakieś ambicje. Niestety wielu ludzi nie potrafi ich skorygować, aby stały się bardziej realne wobec otaczającego ich świata albo nie robi żadnych kroków w kierunku spełnienia ich. Tak, czy inaczej ludzie coraz częściej nie wytrzymują. Jestem pewna, że nie raz zastanawialiście się, co do cholery stało się z ludźmi. Głośno się robi ostatnio. W przeciągu kilku tygodni obiło mi się o uszy że ktoś kogoś zasztyletował, ktoś zabił swoją rodzinę, ktoś dodatkowo zabił i siebie. Ludzie znikają. Coraz częstsze są ataki na dziennikarzy i polityków. Najpierw „jajcarski” atak na prezydenta Komorowskiego, potem epizod na Woodstocku, niedawno sprawa z oblaniem Wojewódzkiego „czymś” pod redakcją Eski Rock. Pojawiają się też mniej głośne, czy może raczej mniej rozpromowane ataki. Pobicia lokalnych dziennikarzy, rabunki… Ludzie dają ujście swoim bardzo dziwnym emocjom także w zupełnie idiotycznie akceptowalny sposób – szerząc nienawiść na potęgę. Nie rozumiem, czemu istnieje przyzwolenie na mówienie w Internecie rzeczy, których absolutnie nie wolno mówić w świecie realnym. Dlaczego uważa się, że wirtualna przemoc, to nie przemoc? Mam wrażenie, że na Facebooku pojawia się coraz więcej hejterskich stron, coraz dobitniej obśmiewa się innych. To samo dotyczy sytuacji na YouTubie.
  Skąd to się wszystko bierze? Wydaje mi się, że ludzie nie potrafią sobie poradzić ze swoimi emocjami, kompleksami, problemami. Ale to też mentalność, przekonanie, że jeśli ma się problem, to trzeba go ukryć, a wizyty u psychologa są dla wariatów i emosów. Co prawda, zdaję sobie sprawę z tego, że często takie wizyty mijają się z celem, bo rzeczony psycholog też się minął – z powołaniem, ale podejrzewam, że gdyby więcej ludzi szukało pomocy na kozetce, jakość takich wizyt musiałaby się poprawić. Wydaje mi się, że niechęć do psychologów jest również potęgowana przez wszelakie pogadanki, które zwykle odbywają się w dużej grupie – przy obecności klasy, czy nawet całego rocznika – i nikt się w takiej sytuacji nie otworzy. Wręcz przeciwnie.
  Kurczę, bądźcie silni. Bądźcie wytrwali. Bądźcie ambitni. Bądźcie sobą. Żyjcie, dajcie żyć i szukajcie pomocy. Tyle ode mnie.

Szczere Kocisko
  Chyba nie znam osoby, która miałaby muzykę w głębokim poważaniu. Każdy czegoś słucha, po prostu. Istnieją różne powody, dla których ludzie słuchają takiej, a nie innej muzyki. Dla niektórych liczy się zabawa, sama muzyka jest tylko mało znaczącym tłem, byle „umpało”, było głośno i niezobowiązująco. Inni szukają w muzyce części siebie – analizują teksty, przeżywają w kółko emocje zawarte w utworach, jak zahipnotyzowani wpatrują się w teledyski. Są tacy, którym muzyka towarzyszy w każdej chwili - mają ulubioną piosenkę na każdą okazję, nawet do wiązania butów i ubierania kurtki. Niektórzy tkwią w jednym gatunku, podczas gdy jeszcze inni skaczą z muzycznego kwiatka na kwiatek. Czasem dźwięki mają ukoić, pomóc się skupić, czasami stają się ujściem dla negatywnych emocji, złości, łez. Ja jestem chyba gdzieś pomiędzy kilkoma z tych grup. Szanuję klasyki, ale nie boję się nowości. Ciągle słucham zespołów, które uwielbiałam w podstawówce, ale często sięgam po utwory, o słuchanie których nie podejrzewałabym się do niedawna. Czego innego słucham „do windy” – kiedy mam rozwiązać trudne zadanie lub grać w Minecrafta, czego innego gdy chcę się zmotywować i cieszyć, czego innego kiedy cierpię, pluję jadem i płaczę. Czasami mogę przeboleć słaby instrumental, czy wokal, jeżeli tekst mnie poruszy. Choć twierdzę, że przesłanie muzyki jest najważniejsze, zdarza mi się słuchać czegoś sprzecznego z moimi przekonaniami (jakkolwiek to zabrzmi), jeśli dźwięki okażą się tego warte. No i nie lubię, gdy ludzie, których nie lubię, słuchają MOJEJ muzyki. Jak mogą? Przecież te dźwięki, te teksty, te emocje należą do mnie, są w moim życiu. Tu wkracza temat słuchania muzyki na żywo. Do koncertów podchodzę w bardzo dziwny sposób – to dla mnie okazja to śpiewania, utożsamiania się z wokalistą, zdzierania gardła bez narażania się na ocenę ze strony kogokolwiek. Najbardziej w koncertach przeszkadzają mi ci ludzie w około. Najchętniej znalazłabym się na scenie, zamiast wśród nich, ale chyba mi nie dane.
  Muzyka jest niezwykle ważna. Ale  to również dość kontrowersyjny temat. Dlaczego tak często zdarza nam się wykluczać kogoś właśnie ze względu na nią.  O ile rzeczywiście: ludzie, którzy znajdują szczęście słuchając disco polo, czy popowej papki podawanej z Esce nie zyskują mojego uznania, to nie rozumiem wykluczania niektórych zespołów z kręgu tego, czego nie wstyd słuchać, jeśli nie wstyd słuchać bardzo zbliżonych rzeczy. Pokręcone, tak. Wszystko, co zostanie odpowiednio określone, nazwane oryginalnym, dobrym znajdzie wielu amatorów, podobnie jak wszystko, co dorobi się jakiejś negatywnej łatki, będzie wyśmiewane i sprowadzane do roli idoli dziewczynek z podstawówki/gimby.
  Zastanawiają mnie dwie rzeczy. Pierwszą jest zjawisko wyśmiewania muzyki, która niegdyś wzruszała, podobała się, uznawana była za fajną. Rozumiem – wyrośliście z tego, ale czy to jest powód, by tępić ludzi, którzy „jeszcze nie wyrośli”? Serio, kto dał komukolwiek prawo do stwierdzania, kiedy i z czego należy wyrosnąć i do którego momentu w życiu można się do czegoś przyznawać. Nie rozumiem też zachwytu nad tym, co starsze. Według tej zasady prawdziwi „znawcy” muzyki powinni zatrzymać się na dźwiękach epoki brązu, ewentualnie na muzyce  średniowiecznej, czy w najgorszym wypadku renesansowej. Naprawdę, całokształt muzyki w tych latach 70-80-90., na które zżymają się rasowi hejterzy, nie jest lepsza o tej dzisiejszej w takim stopniu, jak się zwykło uważać. Oczywiście, są zespoły przełomowe, cudowne, ponadczasowe. Wiem. Uwielbiam. Chronię przez zapomnieniem. Ale w czym kolesie z blond tapirami na głowach, w obcisłych, świecących portkach, niegardzący autotunem są lepsi od dzisiejszych gwiazdorków? Tak, chcę zasiać ferment.
Tak dla porównania xP
  Kolejna sprawa. Może trochę bardziej kontrowersyjna. Pamiętacie ten wpis, w którym porównałam Wielką Improwizację z „Dziadów” do dzisiejszego rapu? Teraz popełnię stwierdzenie. Popełnię – bo pewnie wielu uzna to za zbrodnię. Słucham sobie ostatnio różnych rzeczy i odnajduję bardzo ciekawe podobieństwo. Stwierdziłam, że dubstep jest dziedzicem takich gatunków muzycznych jak metalcore, czy deathcore, ewentualnie screamo. Chociaż już screamo jest ich dziedzicem. Sama nie wiem, każdy ma własną klasyfikację. Jednak zauważyłam, ze mózgotrzep, to zawsze mózgotrzep – w niektórych momentach potrzebny, kojący wręcz, pozwalający się wyżyć, oczyścić, cokolwiek. Tym bardziej nie rozumiem scysji pomiędzy fanami „corów” wszelakich i dubstepu. Może nie przyglądają się sobie wystarczająco dokładnie? Jak dokonałam tego sensacyjnego odkrycia? Z pomocą przybył mi Skrillex. Nie jestem jego wielką fanką, jednak zdarza mi się go słuchać. Postanowiłam go wygooglować i… odkryłam, że zanim zaczął „upuszczać bas” był wokalistą zespołu – grającego screamo – From First To Last. Jednakże po kilku latach musiał zrezygnować z „darcia mordy”. Chorował na bulimię, regularne wymiotowanie uniemożliwiło mu dalsze używanie głosu w taki sposób. Tak umarł Sonny Moore, a narodził się Skrillex. Podejrzewam, że zauważył, że może wyrażać siebie w inny sposób. Wykorzystując inne narzędzia, zachował swoją ekspresję.
  Swoją drogą, dlaczego na muzykę tworzoną przy użyciu instrumentów podpiętych do prądu, nie mówi się „muzyka elektryczna”?

Szczere Kocisko
Leopold. Kot, który przysiadł się do nas w parku. Ot tak.
  Mieliście kiedykolwiek ochotę na całkowite, ostateczne i stuprocentowe załamanie się? Poczucie, że już nie ma sensu walczyć, szamotać się z losem, przeskakiwać przez kolejne kłody. Chęć popłynięcia z prądem, wciągnięcia się w wir wydarzeń lub wir słodkiej bezczynności? Ja tak. Właśnie teraz. Po moim chwilowym wzlocie – najprawdopodobniej spowodowanym zaspokojeniem hedonistycznej chęci posiadania wymarzonych butów – szybko i boleśnie walnęłam o swoją ambicję. Upadek nie skończył się dobrze. Stres zaatakował. Moją psychikę i moje ciało. Nawiasem mówiąc, gdy jestem bardzo zła, czy zestresowana robię pompki i brzuszki, toteż poprawiłam swoją sylwetkę. Nie będę narzekać.
  Zauważyłam, że moje problemy nie były (nie są) zależne ode mnie. Więc chyba na rękę było mi się dołować, smucić, wydeptywać sobie schron głębokości Rowu Mariańskiego, chodząc ciągle w kółko. Dlaczego? Może w ten sposób próbowałam ukryć zadowolenie mojego wewnętrznego leniwca, że nic nadprogramowo robić nie muszę. Przecież tak głupio się przyznać przez sobą, że leniwiec zwycięża. Przecież dziś leniwcowi śmierć i zmywak. I wygląda na to, że nie wiadomo co gorsze. Z moich obserwacji wynika, że młodzi bardziej boją się jednak zmywaka. Nieważne.
  W takich chwilach, gdy jedynym sensownym wyjściem pozostaje przemienienie się w postać ludzkiej poczwarki znanej jako „burrito of sadness”, przychodzą myśli co najmniej filozoficzne. Podważa się sens całego istnienia, jakiejkolwiek aktywności wykraczającej poza wegetację. Nie wiem jaki jest cel czegokolwiek. Celem życia może być złudzenie, że życie ma sens i nie robi to wielkiej różnicy. Perspektywa polecenia w bezsens jest kusząca. Brak skutków, brak potrzeb,  brak działań. To trochę przypomina sytuację, kiedy bardzo staramy się nie ubrudzić, pojawia się jedna plamka i cały nasz plan ląduje… w błocie… razem z nami.
  Przestańmy oszukiwać siebie! Wymyślać, że jesteśmy bardziej szlachetni, niż w rzeczywistości, bardziej umęczeni, dotknięci niesprawiedliwością, pokrzywdzeni, niedocenieni, a przecież tacy lepsi, zasługujący na więcej. Przestańmy udawać, że to wszystko wymyka nam się z rąk, upada i roztrzaskuje się, bo bardzo możliwe, że kusimy los i najgorsze czyha tuż za rogiem, aby pokazać, jak bardzo się myliliśmy. Przestańmy odtrącać pomoc, jednocześnie o nią tak rozpaczliwie wołając. Przestańmy odkładać odpowiedzialność na później – czemu ciągle odraczamy swoje ułaskawienie? Czy lepiej być niepewnym, pozbawionym możliwości i chęci do działania więźniem własnego lenistwa, strachu, konformizmu? Nie, to bez sensu, gdybyśmy mieli trwać wiecznie w bezruchu, moglibyśmy się bez trudu wprowadzić w stan anabiozy. A nie możemy, wyciągnijmy więc z tego wnioski.
  Czasem trzeba się zatrzymać. Czasem trzeba puścić wszystkie emocje wolno, dać ujście łzom i tłumionym w sobie wykrzyknieniom. Czasem trzeba coś zawalić. Zobaczyć, że przegrana nie jest końcem świata, jedynie końcem jednej z rund. Trzeba doświadczyć tego wszystkiego, by się podnieść.
  Wyjdź spod tej bezpiecznej pierzyny, ileż można?! Odgarnij grzywkę i wyłącz tę muzykę. Albo nie, muzykę zostaw… Ogarnij się, Kocisko! Jak dobrze, że za niecały miesiąc idziesz na te podstawy filozofii. Myśleć zaczniesz. Może…

Szczere Kocisko
... do którego zaprosiła mnie Askadasuna

Czuję, że zrobiłam wszystko, co miałam dziś do zrobienia. 
Cieszę się, że dostałam 18/25 ze sprawdzianu z fizyki - to oznacza, że już zaliczyłam trymestr, może być tylko lepiej. 
Doceniam tą chwilę, kiedy mogę spokojnie posłuchać muzyki, posiedzieć, nie robić nic zaplanowanego i ważnego.
Chciałabym zjeść kolejny granat. Ot co!
Myślę nad tym, jak spędzę najbliższe trzy dni.
Słucham Bring Me The Horizon. Od tygodnia.
Oglądam kosmetyki na Asian Store i płyty na Merlinie
Czytam "Inny świat", "Rok 1984", "Bliżej siebie. Rozmowy z mistrzami"
Szukam nowego kremu BB. Mój już się kończy ;)
Nie mogę doczekać się końca trymestru, końca olimpiady, końca stresów.

Nie zapraszam nikogo (czyt.: zapraszam wszystkich chętnych), bo jestem zbyt leniwa, by linkować, a poza tym większość moich ulubionych blogerów została zaproszona przez Askadasunę ;P
  Nie umiem ostatnio pisać. Stresuję się, odwlekam jak tylko mogę. Przecież Olimpiada Literatury i Języka Polskiego tak kształtuje warsztat, pozwala się rozwijać. Ja się cofam, odwracam i uciekam. No cóż, nie każdemu dane wygrać. Nie każdemu dane wytrwać. A może po prostu mi się nie chce, a mój organizm udaje to spięcie i zestresowanie. No bo niby czemu miałoby być inaczej. Słyszę, że powodzenie w szkole o niczym nie świadczy.  Że z pośród szkolnych znajomych moich rodziców w życiu poradzili sobie ci, którym po prostu nie szło, byli zajęci czymś innym, że szkoła w obecnym wydaniu do niczego nie prowadzi. Czy to znaczy, że najlepiej byłoby gdybym to wszystko olała? Dlaczego mam robić cokolwiek, skoro nie ma to żadnej wartości?
  Stukanie palcami w klawiaturę, wyrażanie swoich myśli i poglądów, formułowanie tez, stawianie pytań zostało obciążone nieprawdopodobną i chorą presją. Presją czasu, presją ze strony otoczenia i samej siebie. Przymus i plany, które sobie narzuciłam kilka miesięcy temu – to wszystko sprawiło, że zbrzydło mi pisanie pracy, blogowanie, nawet czytanie blogów, czy komentowanie. Mam wrażenie, że wracam do stanu z kiedyś – znów słucham agresywnej, smutnej muzyki, zamykam się w pokoju i biadolę. Odgrywam w głowie tragiczne sceny, mam ochotę rozwalać, niszczyć, krzyczeć. Robię pompki, ćwiczę, to na chwilę pomaga. A potem znów się zaczyna.
  Zastanawiam się jaki sens ma cokolwiek. Wiem, że ludzie ekstrawertyczni mają szczęśliwsze życie, ale chodzi o szczęście w sensie hedonistycznym. Za to życie introwertyków jest może smutniejsze, ale bardziej pełne. Co w takim razie jest prawdziwym życiem? Czy bogactwo, sukces, wysokie stanowisko, ale brak czasu dla swojej duchowości i rodziny to życie? Czy ciułanie każdego grosza, mało ciekawa praca, rutyna i brak możliwości chwilowego oderwania się od rzeczywistości to życie? Czy wieczna zabawa, brak obowiązków i planów, chwila przyjemności opłacona zdrowiem i wątpliwą przyszłością to życie? Czym jest prawdziwe, szczęśliwe, udane życie?
  Wiem, że to, co tu teraz skrętnie zapisałam bardzo odbiega od tego, co zwykle ląduje na moim blogu. Że jest neurotyczne, bezsensowne, nieciekawe i nic niewnoszące, ale nie stać mnie teraz na więcej. Wybaczcie, chyba coś zgubiłam.

Szczere Kocisko

Bring Me The Horizon - Can You Feel My Heart 
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ▼  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ▼  listopada (6)
      • Złomna
      • Topcie demony, chrońcie kucyki Pony!
      • Kilkaset słów o muzyce, za które spalicie mnie na ...
      • Umęczone leniwce. Ogarnij się, Kocisko!
      • Ratunkowy tag...
      • Zgubiona
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.