Nie wiem, co zrobiłabym, gdyby nie szkoła. To w niej rodzą się niemal wszystkie
pomysły na teksty. Czyjeś emocje karmią moje emocje, czyjeś słowa stają się
podszewką moich. I kiedy kilka dni temu, na biologii, usłyszałam zdanie „Sport
to zdrowie, dopóki nie jest wyczynowy” wiedziałam,
że będę musiała o tym napisać.
Tak, przez siedem lat trenowałam sztuki walki. Można pokusić się o stwierdzenie, że wyczynowo. Jeździłam na zawody, z których przywoziłam do domu liczne medale i puchary, miałam sportową książeczkę zdrowia, stopień mistrzowski a także Puchar Europy. Związek ze sportem był najdłuższym związkiem w moim życiu. Rozstanie było dość przykre – byłam na niego strasznie obrażona, żałowałam tych wszystkich godzin spędzonych na sali treningowej, letnich dni spędzonych w garażu na biciu w worek treningowy, pieniędzy wydanych na sprzęt i wyjazdy na zawody… Nie trenuję od trzech lat. W tym czasie trochę się we mnie uspokoiło, doceniam swoją dawną pasję, czasem jakaś reminiscencja przyprawi mnie jeszcze o wzruszenie. Ale co we mnie ze sportu zostało?
Moja największa fobia – strach przed żyłami, igłami, pobieraniem krwi, mierzeniem ciśnienia i szczepieniami. Zawdzięczam ją copółrocznym badaniom, jakie trzeba było przechodzić, aby móc startować w zawodach. Pewnego razu zabrał mnie na nie wyjątkowo tata – nie mama. I nie potrafił mnie ani uspokoić, ani zwrócić uwagi pielęgniarce która wierciła igłą w moim zgięciu. Strach przyczepił się do mnie dość mocno i muszę przyznać – czasem w codziennym życiu przeszkadza.
Trudności z zaakceptowaniem swojej wagi. Odkąd zaczęłam startować w poważniejszych, bardziej światowych niż Mistrzostwa Koziej Wólki, zawodach, uwierzyłam, że o moim powodzeniu decyduje w znacznej mierze to, ile wagi zbiję przed zawodami i czy dostanę się do jak najniższej kategorii wagowej. Normalna sprawa – jeśli na co dzień ważyłam 47 kilo i jakimś cudem udało mi się na zawodach wskoczyć do -45kg, miałam większe szanse, gdyż rywalizowałam często z przeciwniczkami drobniejszymi, słabszymi, naturalnie lżejszymi. Sprawa była jasna – najgorzej mają ci, którzy znajdują się na dolnej granicy kategorii i tego starano się unikać. Dużym szokiem było dla mnie odkrycie, że kategoria -50kg nie będzie ze mną na zawsze, trochę przeżywałam, ale pocieszałam się, że większość moich koleżanek z klasy już dawno przekroczyła tę magiczną granicę piątki z przodu. To była pierwsza gimnazjum. Kiedy przestałam trenować, moja świadomość własnej wagi trochę zeszła na drugi plan. Spokojnie żyłam sobie z myślą, że ważę jakieś 53-54 kilogramów, dopóki nie okazało się, że wcale nie – waga zaczęła wskazywać 61,5kg, a ja przerażona pomyślałam, jak ja mogłam przeskoczyć dwie kategorie?! Poczułam się naprawdę beznadziejnie, grubo, kluchowato i mimo że wzięłam się trochę za siebie i w tej chwili oscyluję w granicach 57 kilogramów, cały czas czuję, że to o jedną kategorię za dużo.
Waga to jedno, ale ciężko jest też przyzwyczaić się do innego ciała. W gimnazjum, kiedy trenowałam najintensywniej, potrafiłam wycisnąć niemal tyle, ile ważyłam sama. Jasne, wymagało to dużego wysiłku, ale dawałam radę. Podobnie, jak zrobienie sześćdziesięciu męskich pompek itp.. Kiedy w pierwszej licealnej, czyli w dość krótkim czasie od przerwania treningów, okazało się, że nie wycisnę już nawet 35kg, czułam się bardzo, bardzo źle. Mam wrażenie, że moje ciało, to trochę nie ja, odkąd nie jestem tak rozciągnięta, tak silna i tak chuda, niż kiedyś. To znaczy – nie stanowi to problemu, kiedy patrzę w lustro, poruszam się między ludźmi, czy kiedy kupuję ubrania. Ale fotografie są już dużym problemem. Poza tym, mam stare stawy. Trzeszczą mi kolana i strzelają biodra. Bolą, kiedy przed dłuższy czas stoję, utrzymując ciężar na jednej nodze.
Nie jestem jeszcze całkiem pewna, co do zależności między sportem, a moją osobowością. Bo kiedy słyszę, że to dzięki treningom jestem tak zdyscyplinowana, sumienna, zasadnicza i uparta, budzi się we mnie sprzeciw, bo chciałabym wierzyć, że te cechy, to właśnie ja, ja w naturalnej postaci. Na korzyść sportu padały też argumenty, że zanim zaczęłam trenować, bardzo się wszystkiego bałam, a on mnie uspokoił i ułatwił mi kontakty w rówieśnikami. Cóż, nawet z perspektywy czasu, widzę to nieco inaczej… Nie wiem również, jak to jest z moją agresją – czy sport pomagał mi ją zamaskować, bo pozwalał się wyżyć i radzić sobie z negatywnymi emocjami, czy przyzwyczaił mnie do stanu mobilizacji i rywalizacji, co teraz od czasu do czasu uwidacznia się życiu, szczególnie w kłótniach, które traktuję jak rozgrywki.
Nie mogę się z tym jeszcze rozprawić, miesza mi to w tożsamości i sprawia, że nie mogę ani się od tego całkowicie odciąć, ani spokojnie słuchać, jak ktoś wspomina o mojej dawnej pasji i o tej stojącej na podium, chudej, silnej mnie.
Tak, przez siedem lat trenowałam sztuki walki. Można pokusić się o stwierdzenie, że wyczynowo. Jeździłam na zawody, z których przywoziłam do domu liczne medale i puchary, miałam sportową książeczkę zdrowia, stopień mistrzowski a także Puchar Europy. Związek ze sportem był najdłuższym związkiem w moim życiu. Rozstanie było dość przykre – byłam na niego strasznie obrażona, żałowałam tych wszystkich godzin spędzonych na sali treningowej, letnich dni spędzonych w garażu na biciu w worek treningowy, pieniędzy wydanych na sprzęt i wyjazdy na zawody… Nie trenuję od trzech lat. W tym czasie trochę się we mnie uspokoiło, doceniam swoją dawną pasję, czasem jakaś reminiscencja przyprawi mnie jeszcze o wzruszenie. Ale co we mnie ze sportu zostało?
Moja największa fobia – strach przed żyłami, igłami, pobieraniem krwi, mierzeniem ciśnienia i szczepieniami. Zawdzięczam ją copółrocznym badaniom, jakie trzeba było przechodzić, aby móc startować w zawodach. Pewnego razu zabrał mnie na nie wyjątkowo tata – nie mama. I nie potrafił mnie ani uspokoić, ani zwrócić uwagi pielęgniarce która wierciła igłą w moim zgięciu. Strach przyczepił się do mnie dość mocno i muszę przyznać – czasem w codziennym życiu przeszkadza.
Trudności z zaakceptowaniem swojej wagi. Odkąd zaczęłam startować w poważniejszych, bardziej światowych niż Mistrzostwa Koziej Wólki, zawodach, uwierzyłam, że o moim powodzeniu decyduje w znacznej mierze to, ile wagi zbiję przed zawodami i czy dostanę się do jak najniższej kategorii wagowej. Normalna sprawa – jeśli na co dzień ważyłam 47 kilo i jakimś cudem udało mi się na zawodach wskoczyć do -45kg, miałam większe szanse, gdyż rywalizowałam często z przeciwniczkami drobniejszymi, słabszymi, naturalnie lżejszymi. Sprawa była jasna – najgorzej mają ci, którzy znajdują się na dolnej granicy kategorii i tego starano się unikać. Dużym szokiem było dla mnie odkrycie, że kategoria -50kg nie będzie ze mną na zawsze, trochę przeżywałam, ale pocieszałam się, że większość moich koleżanek z klasy już dawno przekroczyła tę magiczną granicę piątki z przodu. To była pierwsza gimnazjum. Kiedy przestałam trenować, moja świadomość własnej wagi trochę zeszła na drugi plan. Spokojnie żyłam sobie z myślą, że ważę jakieś 53-54 kilogramów, dopóki nie okazało się, że wcale nie – waga zaczęła wskazywać 61,5kg, a ja przerażona pomyślałam, jak ja mogłam przeskoczyć dwie kategorie?! Poczułam się naprawdę beznadziejnie, grubo, kluchowato i mimo że wzięłam się trochę za siebie i w tej chwili oscyluję w granicach 57 kilogramów, cały czas czuję, że to o jedną kategorię za dużo.
Waga to jedno, ale ciężko jest też przyzwyczaić się do innego ciała. W gimnazjum, kiedy trenowałam najintensywniej, potrafiłam wycisnąć niemal tyle, ile ważyłam sama. Jasne, wymagało to dużego wysiłku, ale dawałam radę. Podobnie, jak zrobienie sześćdziesięciu męskich pompek itp.. Kiedy w pierwszej licealnej, czyli w dość krótkim czasie od przerwania treningów, okazało się, że nie wycisnę już nawet 35kg, czułam się bardzo, bardzo źle. Mam wrażenie, że moje ciało, to trochę nie ja, odkąd nie jestem tak rozciągnięta, tak silna i tak chuda, niż kiedyś. To znaczy – nie stanowi to problemu, kiedy patrzę w lustro, poruszam się między ludźmi, czy kiedy kupuję ubrania. Ale fotografie są już dużym problemem. Poza tym, mam stare stawy. Trzeszczą mi kolana i strzelają biodra. Bolą, kiedy przed dłuższy czas stoję, utrzymując ciężar na jednej nodze.
Nie jestem jeszcze całkiem pewna, co do zależności między sportem, a moją osobowością. Bo kiedy słyszę, że to dzięki treningom jestem tak zdyscyplinowana, sumienna, zasadnicza i uparta, budzi się we mnie sprzeciw, bo chciałabym wierzyć, że te cechy, to właśnie ja, ja w naturalnej postaci. Na korzyść sportu padały też argumenty, że zanim zaczęłam trenować, bardzo się wszystkiego bałam, a on mnie uspokoił i ułatwił mi kontakty w rówieśnikami. Cóż, nawet z perspektywy czasu, widzę to nieco inaczej… Nie wiem również, jak to jest z moją agresją – czy sport pomagał mi ją zamaskować, bo pozwalał się wyżyć i radzić sobie z negatywnymi emocjami, czy przyzwyczaił mnie do stanu mobilizacji i rywalizacji, co teraz od czasu do czasu uwidacznia się życiu, szczególnie w kłótniach, które traktuję jak rozgrywki.
Nie mogę się z tym jeszcze rozprawić, miesza mi to w tożsamości i sprawia, że nie mogę ani się od tego całkowicie odciąć, ani spokojnie słuchać, jak ktoś wspomina o mojej dawnej pasji i o tej stojącej na podium, chudej, silnej mnie.
Szczere Kocisko




