• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Nie wiem, co zrobiłabym, gdyby nie szkoła. To w niej rodzą się niemal wszystkie pomysły na teksty. Czyjeś emocje karmią moje emocje, czyjeś słowa stają się podszewką moich. I kiedy kilka dni temu, na biologii, usłyszałam zdanie „Sport to zdrowie, dopóki  nie jest wyczynowy” wiedziałam, że będę musiała o tym napisać.
Tak, przez siedem lat trenowałam sztuki walki. Można pokusić się o stwierdzenie, że wyczynowo. Jeździłam na zawody, z których przywoziłam do domu liczne medale i puchary, miałam sportową książeczkę zdrowia, stopień mistrzowski a także Puchar Europy. Związek ze sportem był najdłuższym związkiem w moim życiu. Rozstanie było dość przykre – byłam na niego strasznie obrażona, żałowałam tych wszystkich godzin spędzonych na sali treningowej, letnich dni spędzonych w garażu na biciu w worek treningowy, pieniędzy wydanych na sprzęt i wyjazdy na zawody… Nie trenuję od trzech lat. W tym czasie trochę się we mnie uspokoiło, doceniam swoją dawną pasję, czasem jakaś reminiscencja przyprawi mnie jeszcze o wzruszenie. Ale co we mnie ze sportu zostało?
Moja największa fobia – strach przed żyłami, igłami, pobieraniem krwi, mierzeniem ciśnienia i szczepieniami. Zawdzięczam ją copółrocznym badaniom, jakie trzeba było przechodzić, aby móc startować w zawodach. Pewnego razu zabrał mnie na nie wyjątkowo tata – nie mama. I nie potrafił mnie ani uspokoić, ani zwrócić uwagi pielęgniarce która wierciła igłą w moim zgięciu. Strach przyczepił się do mnie dość  mocno i muszę przyznać – czasem w codziennym życiu przeszkadza.
Trudności z zaakceptowaniem swojej wagi. Odkąd zaczęłam startować w poważniejszych, bardziej światowych niż Mistrzostwa Koziej Wólki, zawodach, uwierzyłam, że o moim powodzeniu decyduje w znacznej mierze to, ile wagi zbiję przed zawodami i czy dostanę się do jak najniższej kategorii wagowej. Normalna sprawa – jeśli na co dzień ważyłam 47 kilo i jakimś cudem udało mi się na zawodach wskoczyć do -45kg, miałam większe szanse, gdyż rywalizowałam często z przeciwniczkami drobniejszymi, słabszymi, naturalnie lżejszymi. Sprawa była jasna – najgorzej mają ci, którzy znajdują się na dolnej granicy kategorii i tego starano się unikać. Dużym szokiem było dla mnie odkrycie, że kategoria -50kg nie będzie ze mną na zawsze, trochę przeżywałam, ale pocieszałam się, że większość moich koleżanek z klasy już dawno przekroczyła tę magiczną granicę piątki z przodu. To była pierwsza gimnazjum. Kiedy przestałam trenować, moja świadomość własnej wagi trochę zeszła na drugi plan. Spokojnie żyłam sobie z myślą, że ważę jakieś 53-54 kilogramów, dopóki nie okazało się, że wcale nie – waga zaczęła wskazywać 61,5kg, a ja przerażona pomyślałam, jak ja mogłam przeskoczyć dwie kategorie?! Poczułam się naprawdę beznadziejnie, grubo, kluchowato i mimo że wzięłam się trochę za siebie i w tej chwili oscyluję w granicach 57 kilogramów, cały czas czuję, że to o jedną kategorię za dużo.
Waga to jedno, ale ciężko jest też przyzwyczaić się do innego ciała. W gimnazjum, kiedy trenowałam najintensywniej, potrafiłam wycisnąć niemal tyle, ile ważyłam sama. Jasne, wymagało to dużego wysiłku, ale dawałam radę. Podobnie, jak zrobienie sześćdziesięciu męskich pompek itp.. Kiedy w pierwszej  licealnej, czyli w dość krótkim czasie od przerwania treningów, okazało się, że nie wycisnę już nawet 35kg, czułam się bardzo, bardzo źle. Mam wrażenie, że moje ciało, to trochę nie ja, odkąd nie jestem tak rozciągnięta, tak silna i tak chuda, niż kiedyś. To znaczy – nie stanowi to problemu, kiedy patrzę w lustro, poruszam się między ludźmi, czy kiedy kupuję ubrania. Ale fotografie są już dużym problemem. Poza tym, mam stare stawy. Trzeszczą mi kolana i strzelają biodra. Bolą, kiedy przed dłuższy czas stoję, utrzymując ciężar na jednej nodze.
Nie jestem jeszcze całkiem pewna, co do zależności między sportem, a moją osobowością. Bo kiedy słyszę, że to dzięki treningom jestem tak zdyscyplinowana, sumienna, zasadnicza i uparta, budzi się we mnie sprzeciw, bo chciałabym wierzyć, że te cechy, to właśnie ja, ja w naturalnej postaci. Na korzyść sportu padały też argumenty, że zanim zaczęłam trenować, bardzo się wszystkiego bałam, a on mnie uspokoił i ułatwił mi kontakty w rówieśnikami. Cóż, nawet z perspektywy czasu, widzę to nieco inaczej… Nie wiem również, jak to jest z moją agresją – czy sport pomagał mi ją zamaskować, bo pozwalał się wyżyć i radzić sobie z negatywnymi emocjami, czy przyzwyczaił mnie do stanu mobilizacji i rywalizacji, co teraz od czasu do czasu uwidacznia się życiu, szczególnie w kłótniach, które traktuję jak rozgrywki.
Nie mogę się z tym jeszcze rozprawić, miesza mi to w tożsamości i sprawia, że nie mogę  ani się od tego całkowicie odciąć, ani spokojnie słuchać, jak ktoś wspomina o mojej dawnej pasji i o tej stojącej na podium, chudej, silnej mnie.

Szczere Kocisko
Dość często zdarza mi się rozmyślać o tym, jak jestem postrzegana przez innych. Raczej nie w kategoriach fajna/niefajna ani ojejkujejku, co ludzie powiedzą. O to w zasadzie nie dbam, interesuje mnie za to ogólne wrażenie, jakie sprawiam, to, jak oddziałuję na innych, czym wkurzam, czy jestem niemiła i czy w ogóle potrafię się zachować. Samemu ciężko to wyczuć – usprawiedliwiamy swoje zachowanie znajomością kontekstu wypowiadanych przez nas słów, samopoczuciem, warunkami atmosferycznymi i masą innych rzeczy, które reszta świata ma gdzieś. Kolejna sprawa – zawsze interesowało mnie to, jak mnie widzą w grupie. Grupa potrafi bowiem zblokować myślenie, nie jest to żaden zarzut, po prostu obecność ludzi nam przychylnych, z którymi czujemy się dobrze i bezpiecznie, może sprawić, że staniemy się mniej ostrożni.
Dobrze, teraz na serio – w zeszłym tygodniu natknęłam się w kinie studyjnym na film Anny Odell, szwedzkiej artystki, performerki, znanej głównie z tego, że w 2009 roku dokonała próby samobójczej i została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, co – jak się później okazało – było jedynie działaniem artystycznym i… pracą licencjacką kobiety. Brzmi choro? Też tak myślałam. Performance Odell nie był jednak zwykłym aktem znudzenia „normalną” sztuką ani desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi. Nie był też formą zabawy w śmierć, oczkiem puszczonym w stronę Tanatosa. Artystka nie chciała się zabić, była całkowicie zdrowa i poddana kontroli lekarza, a celem jej działania było zwrócenie uwagi na władzę policji, państwa, lekarzy i społeczeństwa nad jednostką, szczególnie jednostką z problemami i na jej nikłą pozycję w stadzie. Tak, została poddana przymusowemu leczeniu farmakologicznemu. Tak, ściągnęła na siebie falę krytyki. Tak, bazowała na własnych doświadczeniach i wiedziała, co robi. 
Ale nie o „Okänd, kvinna 2009-349701” miałam pisać, a o „Återträffen”, filmie występującym pod polskim tytułem „Zjazd absolwentów”. Cały projekt kręci się wokół faktu, że Odell czuła się w dzieciństwie szykanowana przez resztę swojej klasy. Po latach nie została zaproszona na zjazd absolwentów, postanowiła więc zaaranżować własny, podczas którego dała upust swoim emocjom – rozegrała z aktorami wcielającymi się w jej dawnych prześladowców najgorszy w możliwych scenariuszy. Taki z bójką, wyzwiskami, kopaniem leżącej i wyrzuceniem jej z lokalu. Nagrany materiał zostaje w drugiej części filmu skonfrontowany z pierwowzorami ukazanych w filmie postaci. I oto sedno sprawy. Ludzie po obejrzeniu filmu byli niejednokrotnie zszokowani, przerażeni świadomością tego, jak ich zachowania odbierała mała Odell. Zrzucali na siebie nawzajem odpowiedzialność za zniszczenie jej dziewięciu lat życia, nikt nie umiał odnaleźć winy w sobie i swojej bierności. Właśnie o bierność w dużej mierze chodziło, bo dziewczynie, pomijając kilka bardzo nieprzyjemnych akcji, tak naprawdę nie działo się nic szczególnego - nijak się to nie miało do, tak często powielanych np. w teledyskach zespołów takich, jak Rise Against, obrazków szkolnego szykanowania. Odell po prostu w swojej klasie nie istniała, bywała mniej, niż kozłem ofiarnym.
Co mnie dość mocno uderzyło, z ust bohaterów filmu często padało mniej więcej takie zdanie – „Szanują twoją wizję mnie, ale mam inną”. No ok, czyli się szanujemy, fajnie, ale co z tego, jeśli przez przypadek, własną bezrefleksyjność i zaniedbanie, porobiliśmy komuś rany w psychice, z którymi się nie upora przez całe życie? Nie wiem, czy można obejrzeć ten film i nie zacząć się zastanawiać, czy przypadkiem kogoś nie zniszczyliśmy. Śmianiem się, kiedy inni się śmiali, nie okazaniem cienia zainteresowania, zwykłym dziecięcym okrucieństwem. Aż chciałoby się sięgnąć po „Dżumę” i już zawsze stawać po stronie ofiary…
Szczere Kocisko
Już jakiś czas temu zasugerowano mi, że pisząc, tak jak od jakiegoś czasu zwykłam tu pisać, czyli emocjonalnie i na dość osobiste tematy, odzieram się z prywatności. I na początku przytaknęłam. Że owszem – bawię się w emocjonalny ekshibicjonizm, że akceptuję to, bo jestem świadoma tego, że sama lubię, jak ludzie się uzewnętrzniają.  Myśl o tym siedziała mi w głowie przez ostatnie dwa tygodnie i choć nie spotykała się z żadnym wewnętrznym sprzeciwem, cały czas zdawała się nie pasować do innych elementów układanki. Bo jak ze świadomym rezygnowaniem z prywatności połączyć introwersję, kreowanie własnego, malutkiego świata, do którego nie wpuszczam nikogo i który znajduje realne odzwierciedlenie w moim pokoju - strefy sacrum, do której wstęp mam tylko ja i moi rodzice, w którym nie przyjmuję, nie chcę przyjmować żadnych gości? Może być ciężkawo. Jeśli jednak pisanie o swoich słabościach, radościach, nadziejach i spostrzeżeniach nie jest ekshibicjonizmem, to czym jest?
Pierwsze, co przychodzi mi na myśl – rodzajem kreacji. Pisząc opowiadania czy wiersze, mogę schować się za bohaterami, sytuacjami, mogę pozamykać w symbolach rzeczy najistotniejsze i pozwolić, aby osoba postronna nie miała do nich dostępu i była zdana na własną – w góry odmienną od mojej – interpretację. Uwielbiam to. Wystawianie żywej tkanki uczuć na widok publiczny ze świadomością, że mało kto ją dostrzeże. Jeszcze zabawniejsze jest pokazywanie w utworkach-potworkach sytuacji zupełnie oderwanych od mojej rzeczywistości, tak o, żeby zobaczyć, co się stanie i słuchać pytań, czy to jest o NIM?, było tak? tak rzeczywiście jest? Nie, zwykle nie jest. Tutaj jednak nie mogę pozwolić sobie na pisanie zupełnie z kosmosu. To znaczy – mogę, ale nie o to tu chodzi. W formie, jaką jest blog, najfajniejsza jest chyba właśnie autentyczność. Nie jest to jednak autentyczność porównywalna to tej, którą zdążyliśmy poznać z programów typu reality show. No dobra, tam o autentyczności ani intymności nie ma mowy, lepiej sprawdza się określenie mięcho. Nie ma tu u mnie ani kawałka mięcha, czegoś, co mogłoby odwrócić się przeciw mnie. Wszystko, co piszę, piszę w pełni władz umysłowych i zwykle z jakiegoś powodu. Oglądaliście doktora House’a? Wszyscy oglądali. W jednym z odcinków House leczył blogerkę lifestyle’ową, która opisywała w internetach wszystko – całe swoje życie – to, co jadła, z kim spała, jak spała, z kim się kłóciła, czemu się kłóciła, co ją bolało i jakie miała skarpetki. Chyba daleko mi do tego.
Dlaczego w ogóle uznaję, że warto dzielić się swoimi przemyśleniami? Czy sądzę, że jestem już tak genialna i wybitna, że świat się zawali, jeśli nie dowie się, co myślę o Marii Goniewicz, czy słucham Die Antwoord i za co szanuję Kwiatkowskiego? No też niekoniecznie. Jednak wydaje mi się, że nic mi po przemyśleniach, których nie mogę skonfrontować z rzeczywistością. Których nie mogę zestawić z innymi punktami widzenia, systemami wartości, gustami. Przecież dopiero w ten sposób dochodzi się do zdania na jakiś temat – zestawiając wiele różnych punktów widzenia ze swoją własną wiedzą, intuicją, przekonaniami i doświadczeniami. W ten sposób można również dowiedzieć się nieco o sobie – tak, oglądanie swojego odbicia w reakcjach innych bywa pomocne, jesteśmy dorosłymi ludźmi, przestańmy się krygować i w końcu to przyznajmy.
Na koniec najważniejsze. Coś, co tłumaczy zachowanie celebrytów na Instagramie i innych portalach społecznościowych, coś co wyjaśnia, dlaczego tak chętnie spamujemy na fejsie ulubionymi piosenkami i zdjęciami zagraconych biurek, książek i jedzenia – samodzielne prezentowanie swojego życia, nawyków, najogólniej mówiąc, siebie, wytrąca ludziom z ręki ważną broń – pomawianie. Tak, poniekąd, może nawet trochę podświadomie, sami uchylamy rąbka tajemnicy, aby nikt nie musiał robić tego za nas. Czy nie pozwala to właśnie na stworzenie sobie prywatnej kryjówki, o której nikt nie może się dowiedzieć?

Szczere Kocisko
Wlazł kotek na płotek i Mruga.
- Spadaj kłaku! – krzyknęła oburzona dziewczynka. 
Oczywiście, nie było żadnego płotka, nie było właściwie nic poza komputerową klawiaturą, usadowionym na niej spasionym kocurem i pogrążoną w rozmyślaniach Mrugą próbującą delikatnie, aż stanowczo skłonić go do zmiany położenia.
- Nie jest łatwo żyć, będąc tylko Mrugą – myślała Mruga – żadnej grupy społecznej, do której można byłoby przynależeć, żadnej trafnie określającej cechy ani oczywistego rysu charakterologicznego.
Rzeczą straszną jest wieczne nurzanie się w nieokreśloności i Mruga dobrze o tym wiedziała. Dlatego też, przy każdej możliwej okazji, każdej rewolcie dokonującej się w jej życiu, próbowała stworzyć siebie na nowo. Budowała swoją postać cierpliwie, atom po atomie, komórka po komórce, włókno po włóknie, organ po organie, skurcz po skurczu i w ten sposób dochodziła do sytuacji, w której stawała przed swoim nowym dziełem i stwierdzała, że było ono dobre. Może nie idealne, trochę koślawe, nazbyt hermetyczne i nieco karykaturalne, ale na pewno dobre.
***
Dlaczego imiona rzeczy nic nam o ich nie mówią? W jaki sposób funkcja pełniona przez krzesło objawia się w jego nazwie? Czy nie lepiej byłoby określać je mianem puposiedzacza? Takie pytania pojawiały się w umyśle Mrugi wyjątkowo często. Mówiono, że zdecydowanie częściej, niż w umysłach innych dziewczynek w jej wieku. Nie wiadomo tylko do końca, co miało oznaczać to drażniące określenie „inne dziewczynki w jej wieku”  i właściwie nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ minęły dziesiątki lat, odkąd ostatnia grupa wiekowa przestała przejmować się inteligentnymi pytaniami. Tak, zawiedli nawet najmłodsi. Z tego właśnie powodu Mruga pozostawała w ukryciu przed rozkrzyczanymi dziećmi, ich zatroskanymi rodzicami, mądrymi pedagogami, całymi zastępami humanoidalnych tworów pochłoniętych bezmyśleniem, rozmowami o pogodzie i uśmiechaniem się do siebie nawzajem. 
***
Głównym zajęciem, któremu od lat oddawała się Mruga, było pielęgnowanie kota w jej małej, napęczniałej myślami główce. Szło jej to na tyle dobrze, że pewnego dnia ów kot postanowił wyjść ze swojego przytulnego inkubatora wypełnionego wprost idealną, miękką, różową, naelektryzowaną do granic możliwości włóczką i zstąpić na klawiaturę, na ramię, na brzuch, na but, na wszystko, co okazało się godne kociego błogosławieństwa. Kocur nie musiał zadawać pytań, znał odpowiedzi na wszystkie. Trzeba wam wiedzieć, że ta właściwość jest charakterystyczna dla wszelkich wytworów umysłów genialnych… Warto zaznaczyć również, że kot, który wypełzł z głowy Mrugi miał niewiele wspólnego tymi puchatymi zwierzątkami o zdziwionych pyszczkach, które tak dobrze znamy. Jego spojrzenie  przeszywało na wskroś, kłuło w duszę, sprawiało, że wątpić zaczynali nawet najwierniejsi. Nieregularnie wzory zdobiące miękką sierść hipnotyzowały tak, jakby zawierała się w nich cała prawda o świecie. Drobne łapki niosły go z niebywałą lekkością – pytanie o to, czy zwierzak mógłby stąpać po wodzie, było po prostu nie na miejscu. Mruga postanowiła, że nigdy nie nada kotu imienia. Jakakolwiek próba określenia jego natury jednym słowem wbrew jego woli byłaby aktem nieskończonej głupoty. Zamachem na jego nieskończoną mądrość.
Tworzyli zgrany tandem – ona szukała odpowiedzi w ramach, które mogłyby ją objąć, on udowadniał, że nie ma nic bardziej szkodliwego. Wydawać by się mogło, że mowa teraz o dwóch postaciach równych wobec siebie. O partnerach? Nie dajcie się zwieść – kot był tworem, którego istnienie w pełni zależało od woli Mrugi. Wyhodowała go – choć przecież mogła to zrobić jakakolwiek inna dziewczynka, której intelekt skrywał choć małą cząstkę geniuszu – a dopiero potem pozwoliła mu rozpocząć swoją materialną egzystencję i robić, co mu się żywnie podoba…
W tym momencie podobało mu się leżenie na klawiaturze rozgrzanego laptopa i pomimo usilnych próśb, Mruga nic nie mogła na to poradzić.   
- To z zazdrości – pomyślała – zawsze jesteś zazdrosny o słowa!
Miała rację. Kocia zaborczość nie pozwalała stworzeniu pogodzić się z faktem, że głowa Mrugi nieustannie i w wielkich bólach rodzi słowa - struktury, które zdecydowanie nie są nim, kotem. Nie są nawet żadną kotką mogącą idealnie spełnić się w roli jego życiowej partnerki, której tak potrzebował. No cóż, jedyną rzeczą, którą mógł zrobić, aby zatrzymać ten niecny proceder, było mechaniczne utrudnianie Mrudze dalszego produkowania sylab, słów, a w końcu zdań. Kocur zdawał sobie sprawę w tego, że nie mógł powstrzymać jej umysłu, ale palce – zawsze!  
Wiedział najlepiej, że pomysły, wymysły i inne produkty aktywności mózgu umierają wyjątkowo szybko, jeśli nie znajdują swojego ujścia w świecie materialnym, więc każda, nawet najmniejsza, zwłoka w przelewaniu produktów aktywności neurostrad na papier – nawet jeśli mowa o papierze elektronicznym – powoduje ich znaczne upośledzenie. To stąd na świecie tyle poronionych pomysłów.
***
- Ty kłaku, kołtunie śmierdzący, darmozjadzie! – krzyczała w niebogłosy rozwścieczona dziewczynka – nie po to opuszczałeś moją głowę, abym teraz nie mogła nic wymyślić! Miałeś być przestrzenią, miałeś inspirować i wyciągnąć mnie wreszcie z twórczej stagnacji, w której tkwię od lat!
Proszę, zrozumcie ją dobrze, trwająca od lat twórcza stagnacja, to prawdziwa tragedia dla ośmiolatki. Umysł z dnia na dzień robi się coraz bardziej skostniały, perspektywa coraz węższa, szczytową sprawność Mruga miała już dawno za sobą. Czas uciekał, a sukces, tak przez małą wyczekiwany, nie nadchodził. Tak, sukces, nie jakieś tam trywialne pięć minut sławy. Prawdziwy pomnik, trwalszy niż ze spiżu, rylec zostawiający ślad na ludzkich umysłach przez setki lat. Tak… To by ją urządzało. Można powiedzieć, że przejście do historii było obsesją Mrugi. Motywacją, praprzyczyną wszystkich podejmowanych przez nią działań… ale i największym hamulcem. Z potrzeby wiekopomności Mruga odrzucała od siebie wszystko, co udało się jej stworzyć. Czasami, po wielu godzinach ciężkiej pracy, ustawała i stwierdzała, że nie może już kontynuować swojej rozbebeszonej opowieści z góry pozbawionej możliwości rozkwitania. Wciąż zaczynała od nowa, zdając sobie przy tym sprawę z tego, że jest śmieszna jak Grand, ten stary nieudacznik z wizji Camusa, ten, który nie skończywszy ani jednego zdania, czekał na swoje wymarzone „panowie, kapelusze w głów!”. Świadomość irracjonalności swoich zachowań i powierzchowności marzeń nigdy nie robiła na niej wrażenia. Ale hej, przecież dopiero co dokonała się w jej życiu przemiana i to, co dotychczas było jej obojętne, postanowiło okazać się kluczowe.
- Może tak musi być – dumała – może bycie Mrugą to ciągła walka, to z przeciwnościami losu, takimi jak kot leżący na klawiaturze, to z własnymi ograniczeniami, a w końcu ze swoimi wizjami, planami i pomysłami – tak, te słowa brzmiały dość wygodnie i zachowywały pozory głębokiej refleksji natury egzystencjalnej, toteż Mruga postanowiła na nie przystać.
- Czyżby to oznaczało, że nie powinnam mieć sobie nic do zarzucenia? Czy wystarczałoby pogodzić się ze swoim losem i już nic nie zmieniać, i iść jedynie z wysoko podniesioną głową? Może powinnam przerwać swoją pogoń za nieuchwytnym i uchwycić to, co pewnie okaże się tak blisko i może wtedy udałoby się…
- Brzmisz doprawdy pretensjonalnie i głupio! – przerwał kot – Ale nie przestawaj, znaj moją cierpliwość i wyrozumiałość, jesteś na dobrej drodze, aby…
- Co mówisz? Jesteś głodny? Poczekaj, w lodówce jest chyba trochę pasztetu, już ci…
- Nie chcę żadnego pasztetu, słuchaj mnie czasem! Pogoń za perfekcją zgniata cię, ściska jak aluminiową puszkę, oddala cię od twoich celów. Jesteś sfrustrowana, bo jedyną sensowną rzeczą, jaką udało ci w życiu stworzyć, jestem ja – gruby kot, który swoim intelektem przewyższa cię po stokroć, rozumiem, ale posłuchaj mnie! Nie lubię twojej gonitwy za słowami, sądzę, że marnujesz w ten sposób energię, która należy się mnie. Nie cieszy mnie również fakt, że nie potrafisz docenić korzyści płynących z mojej upierdliwości. Co mam zrobić, byś zauważyła, że jestem wystarczającą przeszkodą, abyś zdecydowała się wreszcie działać skutecznie wbrew mnie i ponad mną?
- Kocie, słyszę cię wyraźnie, ale nie rozumiem, o co to całe miałczenie!
- Naprawdę, nigdy nie zastanawiałaś się, dlaczego powstałem? Muszę przyznać, że byłaś na dobrej drodze, mówiąc o przestrzeni, którą miałaś odnaleźć w swojej głowie po tym, jak mnie stworzyłaś. Ale nie jesteśmy maszyną, Mrugo. Racja, jesteśmy sprzężeni, jednakże nie działamy automatycznie, zapamiętaj to. Przestrzeń, o której mówiłaś może powstać jedynie w odniesieniu do całego mojego natręctwa, do aktów przemocy, których dokonuję na twoich pomysłach i do przeprowadzanego przeze mnie sabotażu twoich myśli!
- Skoro przyznajesz się do sabotowania moich myśli, nie powinnam przejmować się twoimi słowami. I jeszcze mnie będzie pouczać taka tłusta kula cynizmu, lenistwa i sierści… Stworzyłam cię! Dzięki mnie, dzięki mojej myśli możesz teraz ocierać się o meble i pożerać zbyt drogie konserwy rybne na cudzy rachunek! Jesteś dziełem tego, czego istnienie kwestionujesz, wiesz? Jasne… Zdajesz sobie sprawę z tego, co to znaczy? Mógłbyś zniknąć! – dodała, aby zakończyć tę uroczą etiudę wzajemnego niezrozumienia.
***
Wydawać by się mogło, że ta poważna i niezwykle szczera rozmowa z mistycznym kotem, władcą rzeczywistości i najwyższą formą dziecięcej fantazji, oświeci Mrugę i – mimo kilku pojawiających się w niej nieścisłości i całej parady frustracji – pozwoli jej geniuszowi rozkwitać. Och, jesteście doprawdy naiwni. Czy nie zauważyliście, że każda cywilizacja, która wdaje się w konszachty w tymi stworzeniami lub, co gorsza, stawia je na boskim piedestale, musi w końcu upaść? Czyż nie tak stało się ze Starożytnym Egiptem? Czyż nie tak skończyli ci wszyscy zapatrzeni w wyświetlane na ekranach komputerów koty, kociska i koteczki nieszczęśnicy?
Mruga, będąc już tak blisko odnalezienia swojej drogi, powodowana nieufnością wobec swojego cynicznego kompana odrzuciła od siebie wszystko, co miała w zanadrzu. Nie uratowała jej nawet umiejętność zadawania pytań – niepielęgnowana zmurszała, straciła swój blask i świeżość. Słowa obraziły się na Mrugę. Atomy, które zwykły ją budować, zbuntowały się okrutnie.
Osoby, które cały czas się zmieniają, na zawsze pozostają takie same. Zaczynają ciągle od nowa i w swojej niecierpliwości nie mogą posunąć się dalej, niż zdołały dobrnąć za pierwszym razem. Powielają wciąż te same błędy, ubierając je w nowe, śliczne ubranka.
Prawdziwa tragedia nie dotyczy jednak Mrugi, a kota. Biedny, zdradzając swoje zamiary, stracił wiarygodność. Takich rzeczy się nie robi. W byciu wszechwiedzącym kotem trzeba wykazywać się konsekwencją. Szczególnie, kiedy jest się tylko produktem czyjejś fantazji…
Wlazł kotek na płotek i Mruga. Ładna to historia, niedługa.  
Sztuczne Fiołki
Tak, posłużyłam się cytatem z najlepszych polskich pierogów. Przecież sama z siebie nie powiedziałabym, że – tfu-tfu – lubię ludzi! Prawda?
Z tym, że jednak lubię. Zauważyłam to w momencie, w którym próbowałam znaleźć część wspólną moich pasji, jakieś spoiwo umożliwiające połączenie zainteresowania literaturą, muzyką, filmem, sztuką w ogóle (zainteresowanie, nie żebym się na tym jakoś szczególnie znała!), a do tego filozofią (i znów - na ten temat moja wiedza jest tak nikła, jak silna jest moja fascynacja), psychologią i patologiami funkcji poznawczych, pamięcią, neurodegeneracyjną teorią depresji. Jejku, to tak fajnie brzmi, że trochę przybijam w tym momencie piątkę sama sobie.
Ludzie to moje hobby. Nie tylko treści o ludziach, nie tylko badania nad ludźmi. Także ludzie w relacjach. I anonimowi ludzie w autobusach. I ludzie nieszczęśliwi. I ci pogubieni. I ci szczęśliwi, i inspirujący – bardzo! I być może to nieładnie z mojej strony, ale chętnie podglądam ich przez dziurkę od klucza. Podobnie, jak książkowymi, czy filmowymi kreacjami, żywię się anegdotami, tajemnicami i zwierzeniami. Ale chyba jestem w tym całkiem nieszkodliwa, prędzej organizm symbiotyczny, niż pasożyt. Bo staram się nie narzucać swoich racji, trochę pomilczeć, przemilczeć, nie nieść w świat radosnej nowiny, że ktoś, coś (staram się), a czasem i uda mi się pomóc. Pomóc – brzmi wzniośle, ale nie, ja tylko słucham…
Umiem słuchać i może powinnam być w tego dumna, bo podobno to rzadkie – potakiwać w odpowiednich momentach, a oprócz tego rozumieć i jeszcze zapamiętywać. A pamięć mam doskonałą. Czasami. Bo o ile zapamiętanie daty dowolnego wydarzenia historycznego lub nazwiska jakiegoś dowódcy i tego, z kim i o co się bił przychodzi mi z gigantycznym trudem, tak opowiastki z życia ludzi gdzieś we mnie zostają.
Pisząc to, pomyślałam, że historia to oczywiście humanistyka, humanizm jakiś średni. Bo jeśli w humanizmie, a może tylko w potocznym sposobie rozumienia tego słowa, centrum zainteresowania stanowi człowiek, tak w historia kręci się głównie wokół zamachów na człowieka. W każdym razie ta historia, której uczą w gimnazjum lub na podstawie w liceum. Osiągnięcia człowieka i kontekst kulturowy przez cały tok mojej nauki historii stanowiły mały procent i były traktowane po macoszemu w stosunku do nauki o tym, że był sobie jakiś facet (w znakomitej większości), co mógł, lub był przekonany o tym, że mógł, kazać innym umierać i próbach zapamiętania, jak nazywali się jego kumple i kogo kiedy zabili. No dobra, rozumiem, że spłycam, i że wiedza o tym jest potrzebna, aby móc zrozumieć, dlaczego odkrywano nowe lądy, rozwijano technikę i kształtowano kulturę, że związki przyczynowo skutkowe i tak dalej, ale naprawdę, zupełnie mnie to nie kręci. Jednak z cieniem zazdrości patrzę na tych, których  – i owszem – kręci.
Ale mam swój humanizm. Mój humanizm to angażowanie się w życie bohaterów literackich, słuchanie w szkolnej ławce ploteczek i – uwaga, to najważniejsze – empatia.

Szczere Kocisko
Nie zawsze muszę być najlepsza. Albo chociaż tak dobra, jak w poprzednim wpisie. Naprawdę, podsumowując swój rok, naładowałam się bardzo pozytywną energią, która poszła dalej. I to było super! Wiecie, przepływ. Ale z początkiem nowego roku, na przekór wszystkim zabierających się właśnie za swoje nowe wspaniałe życie, siadłam. Jak zakalec. Tak, jestem zakalcem.
I wiecie? Jestem sobie zakalcem, ale doskonale wiem, że niczego mi nie brakuje. W dalszym ciągu mam przecudownych przyjaciół, świetny rok za sobą, szanse na wiele następnych świetnych lat. W dalszym ciągu staram się realizować swoje cele i nie odpuszczać, w każdym razie, nie całkowicie. Ale przez chwilę nie chce mi się uśmiechać. Moje upragnione dni wolne właśnie się kończą, a ja mam wrażenie, że absolutnie nie potrafiłam dobrze ich wykorzystać. To nic, że przez te dwa tygodnie spotykałam się z ludźmi, naprawdę sporo czytałam, ćwiczyłam, upiekłam najlepsze babeczki w życiu, kupiłam wreszcie buty na studniówkę (wow, co nie?), to nic, bo czuję się naj zakalec. Bo nie mam pomysłów, bo nigdzie nie udało mi się wyrwać i z każdym dniem czuję się coraz mniej gotowa na maturę. Kurczę, chciałabym wrócić do mojego podejścia do tego tematu z wakacji. Możliwe, że to byłaby nawet mądra opcja. Naprawdę, zostawianie uczniów na święta z myślami o tym, jak beznadziejne poszły próbne i jak trzeba będzie zmierzyć się z niezadowoleniem ze strony nauczycieli, nie było dobrym pomysłem.
Uwielbiam celebrowanie, rytualiki, niegroźne zaklinanie rzeczywistości – będę to powtarzać do zdechu. Nie przemawiają do mnie argumenty, że niby od tego przestaje się działać lub, co gorsza, myśleć. Ważna jest dla mnie przepyszna zielona herbata w tymi wszystkimi pąkami róży, pieprzem, wanilią, jeżynami, ważna jest dla mnie kawa z kawiarki. I ważne  są dla mnie pyszne, słodkie śniadania. Albo chociaż ładne kanapki. I to, jak kroję ananasa. Chodzi przede wszystkim o wagę, jaką przykładamy do codzienności, o niebylejakość. Jak się pozwoli na bylejakość to momentalnie robi się na świecie brzydziej. Ale uwaga, zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba też czasem odpuścić. Posmutnieć. Pobyć niezadowolonym. Pomarnować trochę czasu. I pożałować, i pocierpieć.

I, że to wszystko tylko po to, aby mieć powód do wzięcia się w garść. Aby się uprzeć i przyoszczędzić raz i drugi na śnie, dla odmiany wydłużając dni-nie-na-zmarnowanie. I żeby pomyśleć sobie, że ok, pewnie nigdy nie będę Poświatowską, ale mogę próbować być chociaż w połowie tak pracowita jak ona w Northampton. Prawda?
Szczere Kocisko
Smutna Poświatowska, że niby na temat.

  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ▼  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ▼  stycznia (6)
      • Sport to zdrowie?
      • Zjazd absolwentów
      • Kurtyna w dół!
      • Mruga
      • Lubię ludzi i na nich patrzeć
      • Nie jestem Poświatowską i płaczę
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.