• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

  Ostatnio zastanawiałam się nad dojrzałością. Próbowałam wywnioskować, czym ona jest i co przynosi, niestety bez prostego, klarownego i uniwersalnego wniosku. Można dojrzeć tak po prostu, ale można też dojrzeć coś. Albo doglądać kogoś. Czy te czynności nie wiążą się z dojrzałością? Język polski jest jednak dość logiczny. Mówiąc „dojrzałam to tej decyzji”, może chodzić o przemyślenia, w wyniku których powstały wnioski racjonalizujące wspomnianą decyzję. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej oczywiste mi się to wydaje. Być może, to wymysł zmęczonego umysłu kogoś, kto ma kota w głowie… Czy na pewno?
  Moim zdaniem dojrzałość z wiekiem ma niewiele wspólnego. Ilu formalnie dorosłych ludzi nie może wygrzebać się ze swojej piaskownicy? Odpowiedzialność za swoje życie i podejmowane przez siebie decyzje jest niestety dla wielu zupełnie niepotrzebną komplikacją, która na dodatek nikczemnie psuje zabawę. Będąc dojrzałym trzeba dojrzeć nie tylko siebie i swoje sprawy, ale również znać potrzeby innych, a przynajmniej mieć świadomość o ich istnieniu. Będąc dojrzałym trzeba czasem umieć rezygnować, przegrywać, odpuszczać. Liczyć. Kalkulować możliwe zyski i straty. Czasem się obawiać. I nie uciekać, mimo wszystko. Bycie bardzo, bardzo poważnym człowiekiem w garniturze też ma się daleko od prawdziwej dojrzałości. Gorączka zdobywania, płaszczyk niepodważalnych tez i badawczych min. Aktorstwo. Sądzę, że niektóre dzieci, takie jeszcze nieskażone konsumpcjonizmem, takie, którym nikt nie kazał uganiać się za prezentami i McDonaldem, są bardziej rozumne niż wielu dorosłych i zdecydowana większość nastolatków. Takie dzieci nie wszystko rozumieją, ale chcą zrozumieć. Ich naiwność wynika z prostolinijności, nieskażenia okrutnymi aksjomatami. Są dobre. Gdyby ludzie się z wiekiem nie zmieniali, stworzyliby prawdopodobnie najsensowniejsze społeczeństwo. Gdyby nie miał kto źle na nich wpływać, wmawiając, że do szczęścia potrzebują czekolady, lalek i wygranej… Mała dygresja.
  Ścierają się ze sobą dwa prądy. Z jednej strony idzie zauważyć dążenie ludzi do zapewnienia sobie przyszłości, chęć osiągnięcia czegoś, zmieniania świata. I to naprawdę zasługuje na pochwałę. Ale dla przeciwwagi, wielu ludzi stara się być skrajnie niepoważnymi. Sama nie lubię powagi, nadymania się. Nie chcę wyglądać jak kobieta, gdy czuję się dzieckiem. Nie będę nosić szpilek, bo wygodniejsze są trampki i  urocze balerinki z wyszytą kocią mordką. A mimo to, czuję, że jestem dojrzała. Podejmuję decyzję, jestem czasem aż nazbyt odpowiedzialna. Ale są też ludzie, którzy na pierwszym miejscu widzą tylko siebie i swoje przyjemności. Którzy muszą się wyzwalać, bo nie zniosą nawet najmniejszego wyrzeczenia. Którzy wmawiają sobie, że najlepiej żyć szybko, umrzeć młodo, nie pozostawić po sobie więcej, niż tylko atrakcyjne zwłoki.
  Och, dlaczego ciągle mam nieodpartą ochotę zbawiać świat?

Szczere Kocisko
  Nadchodzą momenty, kiedy sięgasz pamięcią do lekcji historii. Zdajesz sobie sprawę, że ludzie przez wieki są identyczni, że jedyne, co się zmienia to kroje ubrań, style w sztuce i rzeczy, o których nie wypada mówić głośno. Ale oczekiwania określonych społeczności zdają się być rzeczą niezmienną. Jutro czeka mnie prawdopodobnie ostatnia lekcja historii w moim życiu i cieszę się, że od zawsze zamiast dat starałam się zapamiętać nastroje, ruchy i poglądy danych epok. Dlaczego nauczyciele historii są zwykle krytycznie nastawieni wobec współczesnych postaw oraz zachowania ludzi, których mają (nie)przyjemność uczyć. Bo znając przeszłość, mogą w przybliżeniu przewidzieć przyszłość. Czarodzieje? Nie, logicznie myślący, świadomi i wyciągający trafne wnioski ludzie…
  Często nie zgadzam się z poglądami ludzi w zbliżonym do mojego wieku. Są dwie możliwości, tłumaczące to zjawisko. Pierwsza – jestem niedojrzała i idealistycznie nastawiona do światła. No tak, wierzę, że ktoś kiedyś zdoła kopnąć w tyłki, zasługujących na kopniaka. Że złych ludzi czeka kara, a dobrzy, mądrzy i pracowici osiągną sukces. Ale jest też druga opcja. Według niej sama jestem dojrzała i wymagam tego samego od innych. Jestem przecież bardzo pragmatyczna i w moim idealnych świecie wszystko jest dopięte na ostatni guzik.  Można się kłócić na temat drzemiących we mnie sprzeczności, ale nie w tym rzecz.
  Za pozwoleniem, mózgu. Chciałabym powrócić do tematu. Czego od zawsze trzeba było ludziom? Chleba i igrzysk. Proste. Kiedy zabraknie jednego z tych elementów, zadowolenie spada. Trzeba coś wywołać, wzniecić burzę, rozpocząć wojnę. Każde młode pokolenie odczuwa potrzebę walczenia o coś. Ginięcia za coś, bicia się o swoje ideologie i swój byt. Kiedy zabraknie prawdziwego powodu do walki, wystarczy zacząć snuć teorie spiskowe dziejów albo zorganizować mecz piłki nożnej pomiędzy znienawidzonymi przez siebie drużynami. A kiedy zabraknie chleba? Niekoniecznie w znaczeniu dosłownym, chodzi o raczej o nijaki i spokojny byt ludzi, którzy więcej wymagają od otoczenia, niż od siebie. Tu na ratunek wkracza element igrzysk. Postawić się, zbuntować, pomachać szabelką, zaprotestować. Zgadzam się, czasem trzeba. Ale łatwo przekroczyć własne granice. Zbyt łatwo dochodzi do radykalizacji poglądów niezadowolonych mas. Rewolucja. Chyba każde pokolenie ma za sobą jakąś rewolucję.
  Tylko, co zrobić, gdy akurat się uda?! Gdy nie będzie można już narzekać na władzę, bo u władzy będziemy my sami. Dalej nie będzie porządku, zgody, utopii. Trzeba będzie stawić czoła problemom. Naprawdę, nie na sztandarach. Nie hasłami. Jeżeli zamierzacie dokonać przewrotu, jeżeli domagacie się czegoś i widzicie braki w rzeczywistości, w której żyjecie, zamknijcie na chwilę dzioby i zastanówcie się, co zrobicie, gdy odpowiedzialność spadnie na nas. Świat jest okrutny. Nikt nie mówił „Witaj! Tylko tu darmowy kotlet dla każdego. Utopia gratis!”. Poddawanie czegoś pod wątpliwość ma sens tylko, gdy naprawdę znamy problem i chcemy go rozwiązać.

Szczere Kocisko
  Zauważyłam, że gdyby wczytać się w większość blogów traktujących o życiu, nie angażujących się w żaden konkretny temat, bardzo prawdopodobne jest to, że odnajdzie się tam post poświęcony czytelnictwie. Autor często opowiada o tym, co czyta, dlaczego czyta i… że inni nie czytają. Wpadłam już na dość sporą ilość notek poświęconych narzekaniu na ludzi nieczytających książek. I nie do końca wiem, co o tym myśleć. Bo kim są ci inni, ci nieczytający? Ostatnimi czasy pojawiła się moda na czytanie. Szczere powiedziawszy, znam bardzo niewielu ludzi, którzy nie czytają w ogóle. W takim razie chyba nie jest źle. Na pewno?
  Czy wystarczy samo czytanie? Naprawdę, czy pochłonięcie nawet kilkudziesięciu książek o niczym w przeciągu roku, jest więcej warte, niż nierobienie tego? Naprawdę, każda książka urozmaica słownictwo, rozwija, poszerza horyzonty? Czy ta forma rozrywki rzeczywiście zasługuje na swoją gloryfikację wobec bardziej nowoczesnych form spędzania wolnego czasu? Wydaje mi się, że niezupełnie. Nie będzie zaskoczeniem, gdy powiem, że nie ma nic niezwykłego w wybieraniu i popieraniu tego, co znamy. To co nowe, nieznane, innowacyjne często uznawane jest za złe i niebezpieczne. Książki też kiedyś były niebezpieczne. Umiejętność czytania charakteryzowała nieliczną grupę ludzi. A kiedy się rozprzestrzeniła, nie omieszkano obronić społeczeństwa przed nikczemnymi arkuszami papieru w skórzanej okładce. Kojarzycie może indeks ksiąg zakazanych? Taki Papież Leon XIII też wtrącił do niego swoje trzy grosze, dodał pewną dość znaną pozycję – Biblię. Teraz w dobie filmów, Internetu i gier komputerowych o fabule, której nie powstydziłoby się nie jedno wydawnictwo (Ba! Powstają książki na podstawie gier – np. seria powieści na podstawie Assassin’s Creeda – grze nie dorastają do pięt!) ostoją pewności i dobra są właśnie papierowe publikacje…
  Czy jesteś przeciw czytaniu?! Co z tobą nie tak, Kocisko?! Spokojnie… Uwielbiam czytać, ale często śmieszą mnie niektóre mole książkowe, dla których wartością jest obecność okładki i dobre recenzje znalezione w sieci, podczas gdy przeczytanie czegoś z kanonu lektur szkolnych graniczy z cudem. Moim zdaniem tu ujawnia się ignorancja. Bo jasne, fajnie jest przeczytać naleśniczyliard książek pisanych przed etatową kurę domową, nazwaną nagle pisarką książek dla młodzieży, które opierają się na ciągle tych samych utartych i wyświechtanych schematach, ale co to da? Książki promowane w „czasopismach edukacyjnych dla młodzieży” są często tak drewniane, szablonowe, uładnione i mają tyle błędów językowych, że wydaje mi się, że po prostu szkodzą i wypaczają. Gdzieś do końca pierwszej klasy gimnazjum czytywałam powieści w stylu „Ghost Girl - Zakochana zjawa” albo serię Melissy Marr o mrocznym świecie wróżek (serio?), ale nie czułam się nimi nasycona. Z pomocą przyszła mi mama i „Portret Doriana Graya” (jedyny akceptowalny Grey), „Mag”, „Lewa ręka ciemności”... Teraz jedynym językowym gniotkiem, na czytanie jakiego sobie pozwalam, są książki z Uniwersum Metro 2033.
  Dlaczego ludzie często pomijają pozycje proponowane przez szkołę? Z samego faktu obowiązku ich przeczytania. Niedobrze, bo wydaje mi się, że pewne motywy trzeba znać. Czytelnik, taki czytelnik pełną gębą potrzebuje zaplecza. Dlatego liczy się każda kanonowa ramota pokroju „Granicy” Zofii Nałkowskiej, z której – jeśli poświęci się odrobinę energii – można wysupłać jakieś tam przesłanie. Książki są dla mnie wielką skarbnicą i może właśnie dlatego tak boli mnie gloryfikowanie ich za pomocą bezsensownej argumentacji. I pamiętaj, co bardziej rozgarnięty czytelniku: nie wszystko książka, co ma okładkę i pozorną treść.

Szczere Kocisko
  Opium dla mas. Podobno stanowi je religia, ale czy to wciąż prawda? Wydaje mi się, że o wiele łatwiej manipulować ludźmi z ekranu – nie z ambony (choć manipulowanie z ambony wbrew pozorom wciąż jest popularne). I nie, nie zamierzam narzekać na dziennikarzy. Obnażanie głupoty wielu panów i pań opowiadających o nieistniejących sensacjach przy akompaniamencie kawy i ciastka to nie temat na dziś. Dziś na warsztat biorę marketingowców, copywriterów i innych speców od reklamy, którzy niewiele wynieśli z lekcji historii... A o ile się nie mylę copywriting to zajęcie dotykające nauk humanistycznych. Bywa.
  Nie jestem specjalistką od historii, nie potrafię zapamiętywać dat. Za to z zapamiętaniem haseł, ogólną periodyzacją wydarzeń i osiągnięć kultury nie mam zbyt wielkich problemów. Lubię też rozumieć historię, łączyć fakty i odkrywać, co z czego wynika. I szlag mnie trafia, gdy widzę reklamy nieumiejętnie nawiązujące do historii. Lenin promujący nowe, tanie taryfy? Rewolucja francuska w supermarkecie? Serio? Jak ma się zniżka na produkty mleczne do śmierci tysięcy ludzi, terroru jakobińskiego i kraju w ruinie? Nie wiem, czy ktokolwiek czułby się dumny z tego, że jego śmierć służy opchnięciu kolejnych niepotrzebnych bubli ignorantom z nadwyżką gotówki. Rozumiem, człowiek lubi to, co zna. Gdy coś obiło mu się o uszy, automatycznie staje się atrakcyjniejsze. Fajnie jest, kiedy może połączyć dany produkt ze znaną i lubianą twarzą pani-z-serialu. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy coś brzmi mądrze i odwołuje się do (elementarnej) wiedzy. I tu przydają się postaci historyczne. Ale nie tylko one. W spotach można usłyszeć też wiele pseudonaukowych określeń, które są naprawdę komiczne, dla kogoś kto choć trochę orientuje się w temacie. Naturalny cement włosa. Molekuły czystości. Serce włosa. Otulanie zakończeń nerwowych. 10 warstw w głąb skóry. Krem działający jak laser i/lub zmieniający materiał genetyczny komórki. Lifting w kremie. Pasta tworząca barierę ochronną dla zęba. Ceramidy, koenzymy, drobinki. I „ziarno giemo dodajom do paszy”.
  Wracając do reklam „historycznych”. Co by zrobili nasi drodzy polscy konsumenci gdyby jakaś firma zaczęła reklamować swoje produkty za pomocą powstań narodowo-wyzwoleńczych? Albo gdyby z w radiu poszło hasło „To ostateczne rozwiązanie kwestii samochodów z zeszłego rocznika! Likwidacja getta w salonach X! Śpiesz się!”, „Ogłaszam stan wojenny na terenie całego hipermarketu Naleśnik. Na ulice wjeżdżają niskie ceny!”. Już widzę protesty zbulwersowanych zakupowiczów. Spadki sprzedaży, afery, czystki na stanowiskach firm, które podjęły się stworzenia tak oryginalnych reklam. Co za różnica którą epoką się posłużysz? Dlaczego z czasem krwawe i niewesołe wydarzenia historyczne przestają budzić emocje, stają się przedmiotem, który odpowiednio użyty może być zabawnym przerywnikiem między pogodą, a serialem?

Szczere Kocisko
  Zasady. Instytucja. Tradycja. Instytucja z tradycją. Instytucja, która powinna mieć zasady. Zasady, które wynikają z tradycji. I wskazywanie na tradycję dla zasady. Czy już wiadomo, o czym mówię? Nie? Dziś na lekcji historii i społeczeństwa padło bardzo ładne stwierdzenie – łowcy pozorów. W pierwotnym znaczeniu wypowiedzi nauczyciela chodziło o uczniów, którzy starają się, ale tylko do pewnego momentu. Kiedy kończy się wymierzalny zysk, zwijają się, bowiem belfrowie mają już określone, pozytywne zdanie na ich temat. Proste?
  Ale to nie tylko domena uczniów. Choć w sumie wszyscy kiedyś nimi byli. Może to właśnie umiejętność robienia wrażenia i wykorzystywania pozytywnej opinii jest zagadnieniem, które przez pokolenia było i jest najskuteczniej wpajane? Chyba każda instytucja, jakąkolwiek branżą by się nie zajmowała, ma swoje trupy w szafie, których nie może się pozbyć. Bo po pierwsze, jak wytłumaczyć niespodziewane wyciągnięcie trupa z szafy, a po drugie, kiedy już trup zostanie bezszelestnie wyciągnięty, nie znajdzie się dla niego tak bezpiecznej kryjówki, jak przytulna szafa. Ktokolwiek nadąża? Chodzi mi o to, że czasem określony system funkcjonuje, nie dlatego, że jest doskonały, tylko dla tego, że nikt nie wie, jak bardzo doskonały nie jest… I chyba jestem bardzo naiwna cały czas wierząc, że znajdę kiedyś instytucję o dobrej opinii, która ma czyste szafy.  Wszyscy jakoś akceptują to, że są takie zakamarki, do których z czystej przyzwoitości się nie zagląda. Sprawy, których się nie porusza ani nie rozwiązuje, aby wedle starej, powszechnie znanej zasady nie narobić smrodu.
  W sferze publicznej żyjemy głównie pozorami. Bez względu, na to co o tym myślisz, też czasem je stwarzasz, co bardziej rozgarnięty czytelniku. Próbujesz wyglądać groźniej lub głupiej, niż w rzeczywistości. Ubierasz się w pewność siebie albo w radość bez powodu. Niektórzy mogą stwierdzić – „och, to takie ludzkie” i niestety będą w wielkim błędzie. Tak wiele organizmów osiągnęło sukces ewolucyjny właśnie dzięki stwarzaniu pozorów, graniu na zwłokę i udawaniu. Stroszenie sierści, piór, „nadymanie” się, rozmaite odgłosy, ubarwienie maskujące, symulowanie śmierci – wpisana w naturę gra aktorska. Istnieje skorupiak o wdzięcznej nazwie – rawka błazen, który potrafi uderzyć swoim odnóżem z prędkością 100km/h. W wyniku tego uderzenia powstaje bardzo dużo energii, impuls elektryczny, występuje kawitacja – zjawisko niszczycielskie na przykład dla turbin wodnych. Nie śmiejcie się, rawka błazen to prawdziwy mocarz w królestwie zwierząt. I nawet on „leci na opinii”, gdy musi zregenerować swoje szczękonóża.
  To była mała dygresja, godna prawdziwego miłośnika biologii, jednak ciekawostki ze świata skorupiaków nie są powodem, dla którego to wszystko piszę. Moja konfrontacja z trupami w szafach i łowcami pozorów z początku wywołała we mnie chęć buntu i obnażenia tego, o czym i tak każdy wie. Ale, gdy pomyślę, że bardzo poważne i odpowiedzialne urzędy mają tyle wspólnego ze skorupiakiem mierzącym od 3 do 18 centymetrów… Po prostu się szczerzę.

Szczere Kocisko

***
Wiem, że mało to na temat, ale postanowiłam przerzucić się na Google+ , więc teraz jestem po prostu Szczerym Kociskiem, już nie KaLee ;c
  Ogólne przyzwolenie na destrukcję mózgów. Tłumaczenie ludzkiej głupoty problemami, niezrozumieniem, pragnieniem wolności. Młodość rządząca się własnymi prawami i „wszystko jest dla ludzi”. Plakaty o treści „Brałeś? Nie jedź!” w liceach.  Ułaskawiony diler – „malarz, podróżnik, pisarz”, jego wzruszająca historia, jego hipsterska córka, jego ckliwa książka. Czy ja jestem nienormalna? Czy to w nikim nie budzi jakiegoś sprzeciwu?
  Zdaję sobie sprawę, z tego, że cywilizacja wyrosła na środkach odurzających. Że wiele kultów, wierzeń i religii wzięło się z narkotycznych wizji. Że w starożytnym Egipcie na piwo i chleb istniało jego słowo, a budowniczowie piramid dostawali spory dzienny przydział jednego i drugiego. Wiem, że jeszcze stosunkowo do niedawna (no kilkaset lat wstecz) najpopularniejszym napojem było wino, bowiem w alkoholu nie rozwijały się bakterie, było to bezpieczniejsze niż picie skażonej odpadami komunalnymi wody. Rozumiem nawet to, że moje ulubione słówko „asasyn” wzięło się pierwotnie od haszyszu, dzięki któremu zabójcy wierzyli w swoją misję i o zagwarantowane miejsce w niebie, czy gdzieś. Znam prawdziwe znaczenie związku frazeologicznego „cicho, jak makiem zasiał” oraz pierwotny składnik Coca-Coli. Nawet słonie potrafią wybierać sfermentowane jabłka, więc nie sądzę, że wywoływanie stanu odurzenia czyni nasz świat bardziej rozwiniętym, niż świat słoni. To nasze lenistwo pcha nas ku odkryciom, ale to inna sprawa. Temat substancji odurzających jest ważny, kiedy mowa o rozwoju naszej cywilizacji i chyba powinno się zdawać z tego sprawę, jednak uważam, że zasługuje na większe potępienie.
  A nie jest potępiany? No nie! Co z tego, że istnieją akcje nawołujące do niećpania, Straight Edge i panowie policjanci, co naiwnie przychodzą do szkół, aby opowiedzieć o tym, że chłopcy w podstawówkach wciągają nosem oranżadę i że jest to bardzo, bardzo złe? Co może zmienić słuchanie o oranżadkach w proszku, kiedy przemytnik urasta do rangi bohatera? Mowa o Michale P., Polaku, który w Tajlandii został skazany na śmierć za przemyt narkotyków. Podobno jego wyrok był dwunastokrotny, za 12 kopert z ecstasy. Po sześciu latach czekania na wyrok został ułaskawiony – Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Jarosław Kaczyński stawili się za nim.  I co? Miło, że nie zabili człowieczka, zabijanie człowieczków nie jest fajne, chyba że jesteś postacią z gry Assassin’s Creed. Ale ów człowieczek zbija teraz niezłą kasę na historii swojego pobytu w wiezieniu. Niczym celebryta pojawia się w mediach, udziela wywiadów. Jego książka jest w Polsce bestsellerem. Wszyscy mówią o piekle jakie przeżył, o jego córce, o listach, które wysyłali do siebie. Uratowany człowiek opowiada o tym, jakie prawo w Tajlandii jest straszne na tle swoich „arcydzieł”, które też mu się teraz sprzedadzą. Nikt nie mówi o tym, jakim idiotą trzeba być, żeby dilować i to w państwie, które za przemyt oferuje śmierć po uprzednim pobycie w miejscu, które nie przypomina norweskich więzień.
  Najbardziej w tej historii boli mnie to, z jaką bezwstydnością ten facet opowiada o tym, jaką jest ofiarą i jakie straszne zapalenie woreczka żółciowego przebył w Tajlandii. Wkurza mnie też, że dziewczyna, która przez 6 czy 7 lat wychowywała się bez ojca jest teraz używana to nadania historii kolorytu. Można powiedzieć, że pobyt w więzieniu był dla P. inwestycją na lata. Witamy w kraju, gdzie eksprzemytnik zbija kasiorę na ludzkich, miękkich sercach.
  Walić studia, przemycać!

Szczere Kocisko
  Chciałabym zacząć pisać o czymś innym. Przestać krążyć wokół jednego tematu i odkryć nowe źródło inspiracji. I pewnie niebawem je znajdę. Ale jeszcze nie dziś ani nawet nie w tym miesiącu. Póki co, trwa rok szkolny, dokładniej jego najtrudniejszy moment i ciężko skupić się na czymkolwiek. Ale jedna rzecz, nie może dać mi spokoju. Sprawia że moja wszechstronna duma cierpi! No, Kocisko, już nie przesadzaj… Tym wątpliwej jakości wstępem, chciałam przedstawić nurtujący mnie temat. Wiele razy rozprawiałam na o naśmiewaniu się z humanistów, denerwowałam się, że ludzie masowo widzą swoją przyszłość w bardzo niepewnych dziedzinach, a innym wróżą pracę przy frytkownicy, ale czy kiedykolwiek znalazłam źródło takich zachowań? No niekoniecznie, bowiem dziś odkryłam nowy ośrodek propagandy antyhumanistycznej (wcale nie wpadam w patos!). A może raczej uzmysłowiłam sobie, że cały czas miałam go pod nosem…
  Na mojej specjalizacji, jakakolwiek by ona nie była, królową nauk jest biologia. Nie przesadzam, jest to przedmiot, którego w różnych ujęciach będę uczyć się dzień w dzień (oczywiście mam na myśli lekcje!) aż do końca mojej edukacji w liceum. I powoli dochodzę do pewnej granicy, przy której ciche komentowanie słów nauczyciela i wzrok wyrażający dezaprobatę wobec słuchanych treści, nie wystarcza do wyrażenia swojego sprzeciwu. Dlaczego? Czyżbym nie mogła zaakceptować budowy wtórnej korzenia i jego przyrostu na grubość pokazanego w przekroju poprzecznym? Nie, korzenie są całkiem w porządku. To, co mnie wkurza, to stały tekst, powtarzany po każdym sprawdzianie niczym mantra. Brzmi tak: „Nie możecie wypisywać, co wam się podoba na tych sprawdzianach, to biologia, trzeba odpowiadać konkretnie. Na polskim humaniści sobie mogą lać wodę i pisać trzy strony o tym samym!”.
  Co ja słyszę? Od kiedy pisanie prac, czy to na języku polskim, wiedzy o kulturze, czy czymkolwiek opiera się na laniu wody? No dobra, źle zadane pytanie. Od kiedy pisanie DOBRYCH prac opiera się na laniu wody? I dlaczego nastawia się większość społeczeństwa, że przedmioty humanistyczne opierają się na opisywaniu niczego i grafomanii, ewentualnie na bezmyślnym wkuwaniu? Idźmy dalej. Rozumiem, że wielu ludzi nie jest wszechstronnych. Po prostu mają ściśle określone zainteresowania, inna sprawa, że czasami to wynika z lenistwa lub braku wiary w siebie. Ale nie zrozumiem nauczycieli, którzy jeszcze bardziej podżegają do zamknięcia umysłu i patrzenia z góry na osoby o innych zainteresowaniach, czy umiejętnościach!
  Nie mówię tu - wbrew pozorom - o jednym nauczycielu, to zjawisko dotyczy całej społeczności szkolnej, a może nawet międzyszkolnej? Jedni nasłuchają się o tym, jaką są elitą. Drudzy zakodują sobie, że pierwsi tylko bezmyślnie leją wodę. I najpierw to funkcjonuje w żartach. Ale w końcu wyewoluuje w faktyczne przekonania. W każdym razie widzę takie zagrożenie i… martwi mnie to.

Szczere Kocisko
  Wkroczyliśmy w erę darmowej komunikacji na odległość. Jedyne, czego nam potrzeba to smartfon, laptop, tablet czy inne cudo. Niemalże każdy posiada Facebookowy profil, Skype, cokolwiek, co w bezpłatny sposób łączy go ze światem, z ludźmi oddalonymi od siebie nawet o tysiące kilometrów. I co? Jak z tego korzystamy? Rozwijamy literackie skrzydła i wzbijamy się na wyżyny naszych możliwości? Nasze komunikaty stają się pełniejsze, nieograniczone zasobnością portfela? Być może, ale…
  Pamiętacie czasy rozkwitu epistolografii? Pięknego pisania, dokładnego formułowania zdań, aby jak najlepiej wyrazić swoją myśl? Ja też nie. Moja dokładność, umiejętności kaligraficzne oraz dryg do trzymania się szablonów są na tak wysokim poziomie, że pisania listów nigdy nie lubiłam. Dla mnie, funkcję epistolografii pełniło wysyłanie SMS-ów. Naprawdę. Robiąc to, myślałam dokładnie nad zawartością wiadomości, zwięzłością i jednocześnie przekazaniem myśli. Ponadto, dopóki pakiety SMS-ów nie znały pojęcia nieskończoności, gdzieś z tyłu głowy zawsze był mały liczniczek, który nie pozwalał przekroczyć ustalonej wcześniej granicy. Przez długi czas te wiadomości pełniły dla mnie rolę głównego nośnika wspomnień. Jeszcze kilka miesięcy  temu rozmowy z ukochanym potrafiłam po kilka razy czytać przed snem, analizować i interpretować na rozmaite sposoby, uwzględniając inne odpowiedzi i reakcje. Czasem, gdy nastawała konieczność opróżnienia skrzynki odbiorczej, robiłam to z ciężkim, bardzo ciężkim sercem. I co? To już nie potrzebne. Nie mamy ograniczeń, jesteśmy uwolnieni od rozmyślania, jak tu się zmieścić w 140 znakach i… obrządki znikają, a wiadomości, jak na złość, stają się coraz bardziej skrótowe.
  Wystarczy, pójdźmy krok dalej. Czy da się zauważyć zależność między wprowadzaniem ułatwień, a coraz mniejszym wykorzystywaniem potencjału danej rzeczy? Uważam, że tak. Oczywiście, jest to niewymierzalna zależność, której nie będę wam przedstawiać na wykresie, przykro mi. Ale pomyślmy: w dzisiejszym świecie poziom technologii jest tak wysoki, że np. domowe sprzęty powinny być praktycznie niezniszczalne, w porównaniu do takich samych urządzeń, wykonanych 15 lat wcześniej. A jak jest? W tajemniczy sposób wszystko od sucharki, po samochód, kończy swój żywot niemalże z dniem wygaśnięcia gwarancji. Pomijając kwestię napędzania gospodarki i wypychania kieszeni firmom, które sprzedały nam te badziewia, jest to okropne pójście na łatwiznę. A potencjał leży sobie cichutko w kąciku i płacze.
  Więc skoro za każdym razem, gdy coś staje się dla nas łatwiejsze do uzyskania, bardziej dostępne i zwykłe, budzi się w nas leń, który marnuje to, co sam stworzył, trzeba znaleźć sposób, by temu zapobiec, tak? Wydaje mi się, że nie wolno zapominać o pracy, którą się włożyło w doskonalenie i samo stworzenie ów cosia. I znów wracamy to starego tematu, dotyczącego trudnej sztuki doceniania. A może te ułatwienia, nie tylko technologiczne, wcale nie były potrzebne? Co wy sądzicie na ten temat?

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ▼  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ▼  czerwca (8)
      • Aby dojrzeć, trzeba coś dojrzeć.
      • Darmowy kotlet dla każdego. Utopia gratis.
      • Głos w sprawie czytelnictwa
      • Historyczna prawda w supermarkecie
      • Łowcy pozorów
      • Destrukcja mózgów i kariera pewnego przemytnika
      • Ściśnięty umysł ścisłowca?
      • Epistolografia, SMS-y i pralki
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.