http://www.szczerekocisko.pl/2016/03/stawianie-na-glowie.html
Lubię się czasem wybrać do biblioteki nie mając żadnego planu, co do tego, co chciałabym wypożyczyć. Czasami wręcz rezygnuję z obmyślonej listy książek, na rzecz intuicyjnego szperania między regałami. W połowie lutego trafiłam w ten sposób na „Córkę dyrektora cyrku” Josteina Gaardera. Miałam już za sobą jego „Świat Zofii”, dwukrotnie, a także „Maję”. Lubię Gaardera. Nie ulega wątpliwości, że można spodziewać się po nim pokręconych fabuł, które lubię najbardziej, całkiem zgrabnych fraz i domieszki refleksji filozoficznej z gatunku pop, która – choć pop – wcale nie jest zła. „Córkę” przeczytałam jednak jako ostatnią z wypożyczonego zestawu. Zastanawiałam się, czemu właściwie wybrałam tę książkę, skoro nie miałam wyraźnej ochoty jej czytać. Ostatecznie musiałam się zmusić.
I rzeczywiście, przez pierwszy rozdział trzeba było jakoś przebrnąć. Nie porwał. Potem było już tylko lepiej, choć pod koniec opowieść znów straciła swój urok. Ale to w sumie nieistotne.
Nakreślę, o co, najogólniej, chodzi. Bohater, Petter, zwany również Pająkiem, ma wyobraźnię. Tak bujną i tak intensywną, że zdarza mu się mylić wspomnienia rzeczywistych zdarzeń ze wspomnieniami snów i wymyślonych historii. Z jakiegoś powodu, gdy dorasta, nie chce jednak zostawać pisarzem. Na swojej drodze spotyka za to wielu młodych piszących lub próbujących pisać. Którzy tak naturalnej dla niego fantazji są jednak pozbawieni. Pająk snuje, najpierw wokół Skandynawii, potem i całej Europy, swoją sieć, podrzucając pisarzom o sztywnym umyśle, pomysły.
Mniej więcej w tym momencie w książce pojawiają się fragmenty, które najwyraźniej mają pozostać w mojej głowie na dłużej.
Niektórzy wydali jakiś zbiorek wierszy albo powieść, inni twierdzili, że „piszą” lub „chcą pisać”. Gdyby tego nie mówili, czuliby, że brak im usprawiedliwienia. Właśnie w tym środowisku rozpocząłem swoją działalność. Gdy któryś z kompanów od wina wspominał, że „pisze” lub „chce pisać”, od czasu do czasu pytałem, o czym. Najczęściej nie umieli odpowiedzieć. Wydawało mi się to dziwne. Już w owym czasie – a od tamtej pory w narastającym stopniu – dostrzegałem komizm w fakcie, że kultura rodzi ludzi, którzy umieją i chcą pisać, lecz nie mają nic do powiedzenia. Dlaczego niektórzy „chcą pisać”, skoro szczerze i otwarcie przyznają, że nie mają nic do przekazania innym? Nie mogą wymyślić sobie innego zajęcia?
Nieporozumieniem jest wiara, że można najpierw pisać, a dopiero potem żyć. Wielu młodych jednak pragnie zostać pisarzami przede wszystkim dlatego, że mają ochotę żyć jak pisarze. To stawianie wszystkiego na głowie. Przede wszystkim się żyje, a dopiero potem można ewentualnie ocenić, czy ma się coś do przekazania, a decyduje o tym samo życie. Zapis jest owocem życia, nie zaś życie owocem zapisu.
W obliczu tych słów, zapytałam siebie, czy mogę szczerze powiedzieć, że nie jestem kimś, kto tylko chce pisać. I nie umiałam udzielić odpowiedzi. Niewątpliwie, częściej tylko chcę i czuję rozrywającą potrzebę napisania czegoś, niż wiem, czym, o czym i po co, miałoby to być. Znam jednak stan, kiedy mam coś do przekazania naprawdę. Zdarza się. Zbyt rzadko, niż bym sobie tego życzyła.
Już dawniej podobał mi się pomysł wyciągnięty z burtonowskiej „Alicji w Krainie Czarów” (z której już chyba, co zaskakujące, wyrosłam), aby jeszcze przed śniadaniem wierzyć w dziesięć zupełnie niemożliwych rzeczy. Nigdy jednak nie podjęłam się tego zadania. Prawie nigdy nie kreowałam w głowie fantastycznych rzeczywistości, zdecydowanie częściej przeżywałam przebyte rozmowy na nowo lub planowałam przyszłe konfrontacje, których z jakichś powodów się obawiałam. Czasem, co chyba jest już naprawdę dziwne i nieco niepokojące, wyobrażałam sobie, że opowiadam jakiemuś anonimowemu słuchaczowi całą historię swojego życia. I w tych wyobrażeniach, co jeszcze bardziej osobliwe, kłamałam jak najęta.
I tutaj, pojawia się myśl, która wcale nie musi mieć z prawdą aż tak wiele wspólnego, żeby choć na moment sprowadzić wyobraźnię na ciekawsze tory – czasem stajemy się tak skupieni na sobie i swoim wnętrzu, że ciężko nam stworzyć nieco odleglejszą od naszego własnego świata, narrację.
Wracając jeszcze do samego autora i książki jako takiej, muszę przyznać sprawnie łączy on północ i południe. Pisanie na podobnej zasadzie zauważyłam już w „Mai” – bohater, w obydwu powieściach Norweg, w którymś momencie trafia do Włoch lub Hiszpanii i w jakiś sposób wstrzeliwuje się w nowe środowisko i to właśnie ono odgrywa tym, co się z nim dzieje, decydującą rolę. Zarówno w „Mai”, jak i w „Córce”, pojawia się postać małego mężczyzny, który ze świata fantazji w jakiś sposób przenosi się do rzeczywistości, aby w niej mieszać, pojawiają się również kobiety, które noszą w sobie tajemnicę. W końcu – obie książki podkreślają ważność słów i tworzenia narracji. Miałabym jeszcze polecać?