• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Cześć!
Być może o mnie zapomniałeś, ale mam nadzieję, że ten post Ci przypomni - od początku marca zajmuję nową witrynę szczerekocisko.pl, na której kolejne wpisy pojawiają się w każdy poniedziałek i piętek.
Spokojnie, jest na niej całe archiwum i wszystkie, możesz więc czuć się jak u siebie.
Aby być na bieżąco, zapraszam Cię na fanpage bloga.
Do zobaczenia!
http://www.szczerekocisko.pl/2016/03/stawianie-na-glowie.html 
Lubię się czasem wybrać do biblioteki nie mając żadnego planu, co do tego, co chciałabym wypożyczyć.  Czasami wręcz rezygnuję z obmyślonej listy książek, na rzecz intuicyjnego szperania między regałami. W połowie lutego trafiłam w ten sposób na „Córkę dyrektora cyrku” Josteina Gaardera. Miałam już za sobą jego „Świat Zofii”, dwukrotnie, a także „Maję”.  Lubię Gaardera. Nie ulega wątpliwości, że można spodziewać się po nim pokręconych fabuł, które lubię najbardziej, całkiem zgrabnych fraz i domieszki refleksji filozoficznej z gatunku pop, która – choć pop – wcale nie jest zła. „Córkę” przeczytałam jednak jako ostatnią z wypożyczonego zestawu. Zastanawiałam się, czemu właściwie wybrałam tę książkę, skoro nie miałam wyraźnej ochoty jej czytać. Ostatecznie musiałam się zmusić.

I rzeczywiście, przez pierwszy rozdział trzeba było jakoś przebrnąć. Nie porwał. Potem było już tylko lepiej, choć pod koniec opowieść znów straciła swój urok. Ale to w sumie nieistotne.

Nakreślę, o co, najogólniej, chodzi. Bohater, Petter, zwany również Pająkiem, ma wyobraźnię. Tak bujną i tak intensywną, że zdarza mu się mylić wspomnienia rzeczywistych zdarzeń ze wspomnieniami snów i wymyślonych historii. Z jakiegoś powodu, gdy dorasta, nie chce jednak zostawać pisarzem.  Na swojej drodze spotyka za to wielu młodych piszących lub próbujących pisać. Którzy tak naturalnej dla niego fantazji są jednak pozbawieni.  Pająk snuje, najpierw wokół Skandynawii, potem i całej Europy, swoją sieć, podrzucając pisarzom o sztywnym umyśle, pomysły.

Mniej więcej w tym momencie w książce pojawiają się fragmenty, które najwyraźniej mają pozostać w mojej głowie na dłużej.

Niektórzy wydali jakiś zbiorek wierszy albo powieść, inni twierdzili, że „piszą” lub „chcą pisać”. Gdyby tego nie mówili, czuliby, że brak im usprawiedliwienia. Właśnie w tym środowisku rozpocząłem swoją działalność. Gdy któryś z kompanów od wina wspominał, że „pisze” lub „chce pisać”, od czasu do czasu pytałem, o czym. Najczęściej nie umieli odpowiedzieć. Wydawało mi się to dziwne. Już w owym czasie – a od tamtej pory w narastającym stopniu – dostrzegałem komizm w fakcie, że kultura rodzi ludzi, którzy umieją i chcą pisać, lecz nie mają nic do powiedzenia. Dlaczego niektórzy „chcą pisać”, skoro szczerze i otwarcie przyznają, że nie mają nic do przekazania innym? Nie mogą wymyślić sobie innego zajęcia?



Nieporozumieniem jest wiara, że można najpierw pisać, a dopiero potem żyć. Wielu młodych jednak pragnie zostać pisarzami przede wszystkim dlatego, że mają ochotę żyć jak pisarze. To stawianie wszystkiego na głowie. Przede wszystkim się żyje, a dopiero potem można ewentualnie ocenić, czy ma się coś do przekazania, a decyduje o tym samo życie. Zapis jest owocem życia, nie zaś życie owocem zapisu.

W obliczu tych słów, zapytałam siebie, czy mogę szczerze powiedzieć, że nie jestem kimś, kto tylko chce pisać. I nie umiałam udzielić odpowiedzi. Niewątpliwie, częściej tylko chcę i czuję rozrywającą potrzebę napisania czegoś, niż wiem, czym, o czym i po co, miałoby to być. Znam jednak stan, kiedy mam coś do przekazania naprawdę. Zdarza się. Zbyt rzadko, niż bym sobie tego życzyła.

Już dawniej podobał mi się pomysł wyciągnięty z burtonowskiej „Alicji w Krainie Czarów” (z której już chyba, co zaskakujące, wyrosłam), aby jeszcze przed śniadaniem wierzyć w dziesięć zupełnie niemożliwych rzeczy. Nigdy jednak nie podjęłam się tego zadania. Prawie nigdy nie kreowałam w głowie fantastycznych rzeczywistości, zdecydowanie częściej przeżywałam przebyte rozmowy na nowo lub planowałam przyszłe konfrontacje, których z jakichś powodów się obawiałam. Czasem, co chyba jest już naprawdę dziwne i nieco niepokojące, wyobrażałam sobie, że opowiadam jakiemuś anonimowemu słuchaczowi całą historię swojego życia. I w tych wyobrażeniach, co jeszcze bardziej osobliwe, kłamałam jak najęta.

I tutaj, pojawia się myśl, która wcale nie musi mieć z prawdą aż tak wiele wspólnego, żeby choć na moment sprowadzić wyobraźnię na ciekawsze tory – czasem stajemy się tak skupieni na sobie i swoim wnętrzu, że ciężko nam stworzyć nieco odleglejszą od naszego własnego świata, narrację.

Wracając jeszcze do samego autora i książki jako takiej, muszę przyznać sprawnie łączy on północ i południe. Pisanie na podobnej zasadzie zauważyłam już w „Mai” – bohater, w obydwu powieściach Norweg, w którymś momencie trafia do Włoch lub Hiszpanii i w jakiś sposób wstrzeliwuje się w nowe środowisko i to właśnie ono odgrywa tym, co się z nim dzieje, decydującą rolę. Zarówno w „Mai”, jak i w „Córce”, pojawia się postać małego mężczyzny, który ze świata fantazji w jakiś sposób przenosi się do rzeczywistości, aby w niej mieszać, pojawiają się również kobiety, które noszą w sobie tajemnicę. W końcu – obie książki podkreślają ważność słów i tworzenia narracji. Miałabym jeszcze polecać?
Poważnie zastanawiałam się nad tym, czy publikować lutowe „Dzielę się jedzeniem”. Z dwóch powodów – luty był krótki i w dużej mierze spędzony na wyjazdach. Oczywiście, w tym czasie też się jadło i też jadło się fajnie, nie wiedziałam jednak, czy mam wystarczająco dużo materiału na osobny post. Okazało się, że jest go naprawdę niewiele. Ostatecznie, pochwały, jakie zbiera ta seria, przekonały mnie, że nie warto pozwalać sobie na luki.
No to się dzielę!
Tutaj :)
Zaprawszam na

www.szczerekocisko.pl

Odtąd nowe posty będą pojawiać się pod adresem powyżej. Stare posty i komentarze przemigrowały już na nowy ląd :)

Chcę robić. Ostatnio czuję bardzo dużo inspiracji, motywacji, chęci. Chcę się rozwijać, uczyć się nowych rzeczy, tworzyć coś ładnego, choćby to miało być całkowicie nieważne i nieprzydatne z perspektywy studiów/przyszłej kariery/czegokolwiek. Dobrze podziałała na mnie ta sesja, bo podczas niej naprawdę bardzo zwolniłam i – pomijając  bardzo nerwowe momenty, ataczki paniki, które pojawiały się chyba gdzieś raz czy dwa razy na tydzień – uspokoiłam się. Zrobiłam miejsce na uważność, patrzenie, jak światło wpada mi do pokoju, na pisanie, marzenie, cieszenie się.

Chcę więcej. Więcej czytać, więcej pisać, więcej się ekscytować, więcej się w coś wciągać i nadciągać prawa czasoprzestrzeni, mniej zastanawiać się, co jeszcze powinnam zrobić. O, to problem. Czasami, i to wcale nie rzadko, siadam przed komputerem i próbuję sobie przypomnieć, czego jeszcze nie zrobiłam lub co chciałam zrobić. A przecież tak skrupulatnie wszystko zapisuję, planuję, oka nie spuszczam. Sęk w tym, że zapisując dużo błahych, nieangażujących rzeczy na liście łatwo ulec złudzeniu, że robi się wiele, a zapisując trzy ważne – że robi się mało, przecież to tylko trzy rzeczy, tak mi się wydaje. Choć rzeczywiście – czepiam się, nie mając w rzeczywistości na co narzekać. Jest przecież pięknie, naprawdę! Gdyby nie było, nie byłoby również chęci. A ja chcę próbować, sprawdzać się.

 Nowy semestr daje mi oczywiście możliwości wprowadzenia swoich planów w życie. Trochę nowa tematyka zajęć, bardziej ścisła, bardziej konkretna, bardziej indywidualna (nareszcie, co?) może być jednocześnie wyzwaniem i miłą odmianą. Cieszę się na to wszystko, bardzo. A mimo to myśli mi się nauka czegoś zupełnie innego! Kaligrafii, tworzenia grafik komputerowych, nieco bardziej profesjonalne zaangażowanie się w aktywność na blogu! Patrzę z podziwem na Olę w bloga Wolniej i postęp, jaki wykonała przez ostatni rok. Patrzę na Riennaherę i widzę, do czego mniej więcej chciałabym dążyć, do jakiego bycia-w-sieci (internetowe Dasein?). Mam ambicje, ale coś im czasami daję cichnąć, usuwam na dalszy plan, jakbym wolała być zestresowana kolejnym mailem, który mam wysłać do wykładowcy lub faktem, że muszę kupić filtr do wody/pendrive/wyczyścić żelazko. Głupio i bez sensu.

Zamierzam rozciągnąć czas i zacząć tworzyć. Poczułam się bezpiecznie.
Ostatnio, nakreślając tu mniej więcej, jak miło minęła mi sesja, wspomniałam, że wyruszam w podróż. Nie powiedziałam, dokąd, jednak chyba nie tak trudno domyśleć się, że do Szwecji. Do jej pięknej stolicy - Sztokholmu, uściślając. 

Nie zamierzam dokładnie opowiadać tu, co robiłam przez ten tydzień. Po pierwsze, musiałaby to być naprawdę długa, obszerna i szczegółowa opowieść. Świadczy o tym nawet ilość kilometrów, jaką pokonywało się codziennie. Średnio 16-17. Sporo. Po drugie, część tego doświadczenia chcę zatrzymać dla siebie. Po prostu. Z chęcią opowiem jednak co nie co. Na przykład to, że odkryłam, jaką przyjemnością jest dla mnie lot samolotem. Śmieję się przy starcie i lądowaniu, wysoko w górze trzaskam zdjęcia chmurkom. Po raz pierwszy miałam też okazję spróbować semlę, czyli tradycyjne szwedzkie ciastko na bazie pszennej bułeczki z kardamonem, marcepanem i kremem. Zwykle, szwedzkie wypieki robiłam samodzielnie, nie znając ich oryginalnego smaku, tym razem jednak zostałam zabrana do kawiarni Vete Katten przy Kungsgatan, gdzie mają najlepsze semle w mieście. Jadłam również najpopularniejszy sztokholmski falafel, piłam kawę w najstarszej cukierni i objadłam się do granic możliwości w wegańskiej restauracji w klimacie na Gamla Stan. Zobaczyłam, co tam u króla, marzyłam o Nagrodzie Nobla pod ratuszem i w muzeum, przejechałam się metrem, zaciągnęłam specyficznym, skalnym zapachem stacji oraz zapachem schnącego już od ponad pół wieku okrętu Vasa. Zadziwiałam się porządkiem, jaki panował nawet w najbardziej zatłoczonych miejscach. Oglądałam zrozumiałe i niezrozumiałe wystawy. starożytne dzieła sztuki liczące wiele tysięcy lat, sztukę dwudziestowieczną, a także tą najwspółcześniejszą. Więdły mi uszy, gdy słyszałam Polki w metrze, jeździłam koleją dla dzieci w Junibacken, zachwycałam się żyrandolami i zegarami na Zamku Królewskim, szukałam kamienia runicznego w fundamentach kamienicy, ukrytych przed wzrokiem większości przechodniów drobiazgów, rzeźb, symboli, liczyłam osoby z plecakami Fjällräven Kånken (cóż, bo sama taki noszę), a także kobiety w chustach lub burkach. I tak, plecaków było o wiele więcej,

Łapałam słońce, a przez pierwsze dwa dni było go tyle, że bałam się, że się opalę, cieszyłam, zachwycałam, zadziewałam głowę wysoko, by jak najlepiej przyjrzeć się miastu. Pokonywałam długie dystanse trzymając za rękę mojego ukochanego. Tak, jeszcze nie raz tam zawitam. 
Trzy słowa, jakimi mogłabym podsumować swoje wrażenia? Życzliwość, ład, styl.



































Przeżyłam i jestem. Już całkiem po sesji, ponadto z ocenami właściwie jak z liceum. No, to się teraz trochę pomądrzę. Kto mi zabroni, co?
Racjonalnie i całkiem na chłodno rzecz biorąc, było mi łatwo. Wspominałam już o tym, z dużo większym stresem musiałam się mierzyć w listopadzie, kiedy był wysyp jak zwanych prac w grupach, odpowiadało się  nie tylko za siebie, ale i w imieniu, trzeba było trzymać ludzi w ryzach, lub myślało się, że trzeba. Życiowe podobno. Niefajne. Wolę tylko siebie trzymać w ryzach i wychodzi mi to, muszę przyznać, lepiej niż dobrze. Choć na żywo myślę coś zupełnie przeciwnego.

Sesja to był czas, w którym czułam się, w płaszczyźnie akademickiej, najbardziej doceniana w całym semestrze. Naprawdę często polegam na odroczonej gratyfikacji i mogę sobie odpowiednio długo czekać, aż zbiorę owoce swojej pracy. To znaczy, może nie zawsze, ale zdarza się, że bardzo. Miło jest zyskiwać, choć na chwilę, świadomość, że widać, że się staram, że coś dla kogoś może z tego wynikać. Wyszło na to, że z trzech egzaminów zostałam zwolniona z oceną bardzo dobrą, czego naprawdę, i mówię teraz całkowicie szczerze, się nie spodziewałam. To znaczy, no, zdarzało mi się o tym myśleć, ale raczej w kategoriach fajnie by było, w zasadzie wcale w to nie wierzyłam. Okazało się również, że choć mi się może wydawać, że to co piszę jest z reguły gadaniną pozbawioną nie tylko tematu, ale i treści, naprawdę nie musi tak być. Zastrzyk egzogennego zadowolenia z siebie.

Coraz lepiej rozumiem swój stres, swoje wpadanie w panikę, że nie zdążę, nie dam rady, nie umiem. Gdyby tylko móc wyciszyć to, w jaki sposób odbija się on na moje reakcje w kontaktach, naprawdę mogłabym się z nim zaprzyjaźnić. Na razie to szorstka przyjaźń. Gdy odchodzi, dziękuję mu za to, ile dla mnie zrobił. Mam wrażenie, że gdybym się nie stresowała i od początku była przekonana, że ze wszystkim sobie poradzę, w rezultacie naprawdę nic być nie robiła, tylko siedziała zadowolona z siebie i… no właśnie. A potem musiałabym kombinować, kuć na ostatnią chwilę i męczyć się. No nie fajnie.

Nie lubię, gdy ludzie chwalą się swoją niewiedzą. Rozumiem, czemu to robią, chyba. Wydaje mi się, że to intuicyjna próba obrócenia sytuacji w żart i nie wykluczam, że i mnie się to zdarza. Z tym, że ja chyba częściej mówię, że po prostu nie dam rady, niż że czegoś nie wiem. Bo niby coś tam wiem, ale że dam radę – nie wierzę. Nie jest żadna kokieteria, niestety. Przed egzaminami najgorsze jest słuchanie ludzi opowiadających, po raz który podchodzą i czemu to całkowicie bez sensu. Najlepsza jest za to głupawka ogarniająca mnie i chyba ludzi w ogół również, kiedy już wiadomo, że nic się nie da zrobić, że trzeba się zmierzyć i co?

Za każdym razem bardzo i z wytęsknieniem czekam na koniec, na chwilę, w której nie trzeba będzie nic, na moment przejściowy, na ulgę. A potem niezbyt umiem sobie z tym poradzić. Bo z jednej strony, czuję że to taki trochę stan podstawowy, więc w sumie niewiele da się z niego wyciągnąć, z drugiej, nie wiem, co ze sobą zrobić. Na szczęście jutro wyruszam w podróż i zamierzam bawić się wyśmienicie. Spodziewajcie się wielu zdjęć budynków i jedzenia. Typowa ja.
Potrzebuję książek. Potrzebuję książek, które mnie wciągają, inspirują, zmuszają do znalezienia chwili oddechu. Na szczęście już w zeszłym roku przeszły mi wszelkie czytelnicze kompleksy i narzucanie na siebie presji w stylu nie spocznę dopóki nie będę znać wszystkich klasyków, wszystkich arcydzieł i nie zacznę rozpoznawać wszystkich nawiązań, kontekstów i odniesień. Po pierwsze, dlatego, że trzymam się z dala od snobów. Choć sama czasem jestem trochę snobką. Po drugie, trochę nadgoniłam. Serio, okazuje się, że żeby z poziomu bardzo, bardzo podstawowej znajomości literatury wyskoczyć do poziomu, w którym można czuć się już w miarę pewnie, rozmawiać dość swobodnie, wiedzieć, co się lubi, czego chce się szukać i w co zagłębiać, wystarczy mniej więcej półtora roku czytania jednej książki tygodniowo. No, w moim przypadku wystarczyło, jestem świadoma tego, że jest to sprawa mocno indywidualna.

Nadstawiam uszu, gdy ktoś komuś coś poleca. I lubię biografie, autobiografie, wspomnienia, zbiory listów. Przede wszystkim te związane w moimi idolami. Czyli Tove Jansson, Haliną Poświatowską… Jednak, kiedy na zakończenie nauki w liceum dostałam zebrane listy Lennona, też przeczytałam je z wielką przyjemnością. Nie zaskakuje więc to, że kiedy rok temu (!) na fizyce usłyszałam o książce „Pan raczy żartować, panie Feynman!” postanowiłam  sobie, że kiedyś będę musiała ją przeczytać . No i w końcu, co prawda po dość długim czasie, przeczytałam.

Podoba mi się portret normalnego, żywego, realnego geniusza. Żyjącego z radością, z pasją, bez jakiegokolwiek patosu, bez obnoszenia się ze swoim poświęceniem nauce, bez krzywdzenia i lekceważenia innych.  Bez krztyny tragizmu.  Bez skarżenia się na dolegliwości (rak zdjął go później), za to z masą innych, niezwiązanych z fizyką, zainteresowań, z masą przygód.

Jednak ta książka zwróciła też moją uwagę na jeden problem (a raczej, przypomniała o nim), problem z edukacją, który był dla Feynmana niezwykle istotny (i który jest niezwykle istotny w ogóle). Feynman mówi  - nie widzę sposobu, by ktoś się miał czegokolwiek nauczyć w tym samonapędzającym się systemie, w którym ludzie zdają egzaminy i uczą innych zdawać egzaminy, ale nikt nic nie wie.

To zawsze budzi we mnie sprzeczne emocje. Nie chodzi o to, że wątpię w prawdziwość tych słów, nie wątpię. To moja postawa stanowi tu problem.

Czasem wydaje mi się, że zbyt dobrze się uczę (w sensie, zbyt dobrze spełniam oczekiwania) aby móc być naukowcem. Bo to, co robię, nie jest ani byciem niesfornym geniuszem, ani tytanem pracy, nie uosabiam żadnej z tych wielkich postaw. Osiągam nieco więcej, niż przeciętny dobry uczeń i nieco mniej, niż uczeń wybitny. I wyjątkowo mocno denerwuje mnie chwalenie się niewiedzą. To jedna z tych rzeczy, których nie potrafię ignorować.

Bardzo wiele radości daje mi fakt, że okazuje się, że docenia się tutaj obowiązkowość, zaangażowanie w zajęcia i naukę na bieżąco. Nie mogę jednak zacząć iść dalej, wychodzić z inicjatywą, wpadać na własne pomysły, kombinować i bawić się zdobytą wiedzą, bo wciąż jestem przekonana, że wiem, o wiele za mało, by być w stanie coś zaproponować. Nie potrafię zrozumieć osób, które twierdzą, że już im się wszystko rozjaśniło. Nie jestem naukowcem. Na razie wiem, czego chciałabym się uczyć dalej. I – co chyba jest nieco niepokojące zważywszy na to, że za pół roku z kawałkiem skończę dwadzieścia lat – nie potrafię sobie wyobrazić siebie w żadnym konkretnym zawodzie, na żadnych konkretnym stanowisku, czy to w ośrodku badawczym, czy na kasie w Tesco. To znaczy, rozumiem, że tu nie ma co sobie wyobrażać, tylko wykorzystywać okazje, działać, ale dla mnie i tak pozostaje to jakąś abstrakcją i nie czuję się z tym najlepiej. Pracowity leniuch.

Ale może to dobrze? Że nie tworzę sobie nierealistycznych wyobrażeń, że wiem, że wiele jeszcze muszę się dowiedzieć, zanim zacznę orzekać, że tak naprawdę na razie zdołałam tu jedynie uporządkować i uzupełnić wiedzę, którą już  de facto miałam, że nie zamykam się i skupiam na tym, aby jak najlepiej wykonywać swoje obecne zadania i zbliżać się do swojego własnego celu? To chyba dobra hipoteza robocza.
Niby już luty, a ja ciągle o styczniu. No bo po co opowiadać o sesji i egzaminach, których nie pisałam, skoro wciąż przede mną są te, które napisać muszę? Swoją drogą, to budujące, że wykładowcy doceniają indywidualne zaangażowanie, systematyczność i jakieś zainteresowanie tematem samo z siebie. Nie, żebym nie doświadczyła wcześniej ulg i nagród. Doświadczyłam. I jestem na nie łasa. W tej chwili apetyt mam zaspokojony.
Apetyt, czyli znów wracamy do tematu jedzenia. Oto i ono :)

Mój klasyk, ale trochę urozmaicony. Pierwszy obiad w Toruniu w 2016. Szpinak z suszonymi pomidorami, sezamem, pędami babusa i z ryżem, oczywiście.

A  to nie moje, tylko nabyte na Wolnym Jarmarku, który odbywa się co dwa tygodnie w Toruniu. Kotlet z kaszy gryczanej i wegański bigos z szałwią.


Jejku, jakie to było proste! I szybkie! Sałata masłowa, marchewka i samodzielnie zrobiony hummus.

Inspiracja KUKBUK-iem. Jaglanka i sałatka z ogórka, awokado i limonki.

Gryczanka i cieciorka duszona ze szpinakiem.

Zupa marchewkowa z kaszą jaglaną i migdałami. Pyyycha!

Przedegzaminowe smoothie. Banan, pomarańcza i szpinak,

Ryż i sos pieczarkowo-groszkowy. Odkąd nie jem mięsa, przekonałam się do pieczarek. Bardzo pozytywnie.

Śniadanie. Jaglanka na mleczku kokosowym, gruszka, cynamon, migdały.

O, to akurat dzisiejsze. Makaron z sosem pomidorowo-pieczarkowym. Z dużą ilością podsmażonej cebulki, bazylii i czosnku.

To też z Wolnego Jarmarku. Witariańskie ciasto kokosowe. Spód z fig i daktyli. Jadłam je na mrozie, więc spód był miękki a tłuściutki krem całkiem ścięty, było zabawnie.


Owsianka na wodzie z tahini i bananem.

Spring rollsy, które absolutnie nie chciały się zawinąć, ale smakowały cudownie! Z rukola, pomarańczową papryką, papryczką chili, pomidorem, awokado, tofu i sosem z melasy, octy balsamicznego, sosu tabasco i słodko-ostrego gotowca do dań azjatyckich.
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ▼  2016 (18)
    • ▼  marca (3)
      • szczerekocisko.pl
      • Stawianie na głowie
      • Dzielę się jedzeniem - luty
    • ►  lutego (7)
      • Blog przeniesiony
      • Więcej
      • Semle i kilometry
      • Przejście
      • Podważanie
      • Dzielę się jedzeniem - styczeń
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.