• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Nie lubię słuchać pod koniec każdego roku, jak to się ludziom postanowienia nie ziściły, i że już nigdy nie postanowią nic, że głupie to to i naiwne. No kurde, przecież to, co się z nami dzieje, co nas spotyka i co osiągamy (szczególnie to!) zależy w dużej mierze właśnie od nas. Nie sztuką jest zrobić coś z jakiegoś zewnętrznego powodu, bo nadarzyła się okazja, prawdziwą wartość ma raczej działanie pomimo czegoś. Niesprzyjające warunki sprzyjają ważnym krokom, tak myślę. I bez żadnej hiperbolizacji mogę stwierdzić – rok 2014 był dość… specjalny. Przełomowy? I udało mi się spełnić prawie wszystkie postanowienia. Co ciekawe, to był pierwszy raz, kiedy sobie coś wyraźnie postanowiłam...
Ćwiczyć regularnie. Regularnie to bardzo nieprecyzyjne określenie. Ruszałam się przynajmniej dwa razy w tygodniu. W tym miesiącu udało mi się ćwiczyć codziennie, jeść wedle potrzeb, nie z nudów i… od wakacji schudłam już cztery kilo. Ciężko mi stwierdzić, czy to dużo, czy mało, ważne, że ja widzę różnicę, i że po prostu przestałam przybierać.   
Raz w miesiącu z kimś gdzieś wyjść. Szaleństwo, nie? Naprawdę, moim marzeniem (!) rok temu była możliwość wyjścia na kawę z przyjaciółmi, odwiedzenia kogoś, posocjalizowania się przynajmniej raz w miesiącu. Teraz to się wydaje śmieszne, niemal co tydzień robię coś takiego, pozostając przy tym niezbyt towarzyską i bardzo nieśmiałą, jednak w przeszłości bywało, że przez kilka miesięcy nie widywałam się z nikim pozaszkolnie, czy „nadprogramowo”. Zdobyłam cudownych przyjaciół!
Bawić się wyglądem. Brzmi dziwnie, ale cóż poradzę. I tak, jestem obecnie o wiele bardziej zadowolona z tego, jak wyglądam, jak się ubieram. Przez jakiś czas kombinowałam z kolorowymi tonerami do włosów, potem drastycznie zmieniłam fryzurę i okazało się – w punkt. Nauczyłam się robić bardzo ładne kreski. Obrabowałam szafę mojej babci i regularnie buszuję po skandynawskim lumpeksie. Prawie całkiem zrezygnowałam z noszenia spodni. Czasem wyglądam bardzo staroświecko, czasem jak hipster, a czasem jak przedszkolak. I w ogóle jestem taka skromna.
Iść w pogo. Hej, co tu dużo mówić?
Zaśpiewać w szkole. Tak, bo w zeszłym roku jeszcze myślałam o śpiewaniu. Już nie myślę, ale i tak się udało – na wieczorze rosyjskim, kto widział, ten wie.
Robić sobie zdjęcia. Kolejne dziwne postanowienie. Kiedyś reagowałam alergicznie na selfies, nie pozwalałam innym robić mi zdjęć i w sumie trochę mi przez to umknęło. W dalszym ciągu nie poszłabym na sesję, może kiedyś to tego „dojrzeję”, ale jest chyba o wiele lepiej. No, i mam śliczne konto na instagramie!
Prowadzić kalendarz/pamiętnik.  I tutaj właśnie najlepiej sprawdza się instagram. Zapamiętuję dzięki niemu, co, kiedy i z kim, analizuję swoje stany emocjonalne, mam niezłą bazę do wspominania, a trochę się tych wspomnień namnożyło. Naprawdę sporo. Inni mają wgląd w mój „pamiętnik”? Jestem trochę ekshibicjonistką, trochę szukam zrozumienia, a trochę tworzę wizję siebie lepszej, takiej, jaką chciałabym być i tę wizję realizuję.
Tworzyć poezję, teksty, Kocisko. Rozwój tego bloga na przestrzeni roku czasem zbija mnie z tropu. Szczególnie, jak patrzę w statystyki, jak okazuje się, że ludzie mnie czytają, jak udzielam wywiadów (dobra, był tylko jeden, ale to strasznie miłe!), jak dostaję propozycje współpracy z firmami (cicho bądź, kocie!). Poezja – regularnie wysyłam swoje teksty na konkursy, mam już ponad 40 wierszy, które mogę bez żenady pokazywać, a jeśli ktoś będzie zainteresowany – wydać.  Bardzo mi miło, bo ostatnio coraz więcej osób wysyła mi swoje teksty. Trochę szok, bo to oznaczałoby, że moja opinia jest dla kogoś ważna, a poza tym, to wymaga chyba kawałka zaufania. Naprawdę, wielkie wow i wielki przytulas. No i zaczęłam pisać opowiadania. W styczniu jeszcze bym nawet nie brała tego pod uwagę – wszystko zaczęło się dopiero w czerwcu! Po raz kolejny: szaleństwo.
Wygrać coś. Tak, postanowiłam sobie, że wygram „coś”. I „coś” wygrałam – zostałam finalistką Olimpiady Literatury i Języka Polskiego, oraz Turnieju Psychologicznego, jedno z moich opowiadań zdobyło wyróżnienie na Pigmalionie Fantastyki, a inne – Grand Prix w tomaszowskim konkursie „O laur arbuza”.  Wiecie już co? Szaleństwo!
Pozwalać sobie na dobre samopoczucie, śmiech, przyjaciół. To bardzo smutne świadectwo przeszłości, nie? Teraz uważam, że mam dość fajne życie, dużo śmiechu i powodów do śmiechu ,i po raz kolejny – kochanych przyjaciół. Takich od gotowania i plotkowania, i snucia całkiem nieprawdopodobnych planów.
Dentysta. Ależ prozaicznie. Nigdy ani się dentysty nie bałam, ani nie odwiedzałam go zbyt często – nie było potrzeby. Dzień Wizyty U Dentysty wspominam jako jeden z najfajniejszych dni wczesnej wiosny. Pamiętam powoli puszczające znieczulenie, smak wody kokosowej, siedzenie na ławce w parku przez kilka godzin, pochłonięcie w całości książki o miejscu gier komputerowych w kulturze, potrzebnej mi do olijp-u.
Lekarz. I znów – poszłam, i to nie raz, nawet szczepienie przeżyłam, choć prawie udało mi się zemdleć ze trzy razy.
Koncert, zdarte gardło. Jeden? Zdarte gardło? Przecież ja zaliczyłam nawet szok akustyczny! Co prawda, słucham teraz trochę innej muzyki i nie zdzieram już z taką łatwością gardeł na koncertach, to byłam na wielu, raczej niewielkich, i wspominam je świetnie. Na kogo poszłam w tym roku? Między innymi: Curly Heads, Skubas, Król… Wiele niszowych spraw. Kilka koncertów filharmonicznych, w tym cudowny Thomas Hampson.
I z czego jeszcze jestem zadowolona? Prawie całe wakacje miałam kontakt ze sztuką, odbijałam się od galerii do galerii i nie mam na myśli galerii handlowych. Picasso, Dali, Goya, konceptualna sztuka tajska, sztuka indonezyjska, różne miejskie sprawy, szczególnie mój Gorzów, Zielona Góra i Dolny Śląsk, ale też hipsterskie popłuczyny i upupiona turystyka, o czym już w wakacje zdążyłam napisać. Masa niszowych filmów! I w ogóle filmy. Choć nigdy nie będę oglądać po trzech dziennie i uznawać się za znawcę, jestem zadowolona z mojej frekwencji w kinach studyjnych i na festiwalach. I mnóstwo świetnej muzyki. Trochę od znajomych, trochę przez przypadek, trochę  przez Spotify. Mam wrażenie, że słucham teraz dość nieoczywistych rzeczy i dość fajnie je zestawiam. I książki. Od kwietnia przeczytałam już ze 43, jak to wygląda w skali roku – nie wiem, wcześniej nie liczyłam. A teraz to nawet zdarza mi się rzetelnie notować! I zapisywać cytaty! Szok!
Co mi się nieudało? Przede wszystkim – ograniczanie internetu i to postanowienie wędruje na następny rok. Bo im bardziej denerwuję się, gdy ktoś patrzy na mnie z pobłażaniem i wzdycha „Uzależniona…” albo „Znowu ten telefon”, tym bardziej wyraźny jest to znak, że trzeba coś z tym zrobić.
Cieszę się z tego, jak wyglądały dla mnie ostatnie miesiące, ile się pozmieniało, ile  znormalniało, a ile mi się uszczęśliwiło. Tak, jest mi o wiele szczęśliwiej i tego samego Wam życzę! Rok 2015? Chciałabym znaleźć sobie dobre miejsce na świecie na następne parę lat, rozwijać to, co właśnie kiełkuje, pisać, pisać, coraz lepiej pisać, coraz szczęśliwiej żyć. No!


Szczere Kocisko
Nie zwykłam czekać na święta. Od kilku lat w domu raczej nie przejmujemy się choinką, nie myjemy okien dla jeżusia, kolacja wigilijna nigdy nie odbywa się u nas. Jedynym wyjątkiem był rok, kiedy okropnie nas zasypało i dosłownie nie byliśmy w stanie ruszyć się z domu. I w zasadzie każde odwiedziny u dziadków wypadają podobnie, niezależnie od okazji. Jest jedzenie, rozmowy, herbata, wspominki, słuchane po raz kolejny, ale zawsze nieco zmienione, anegdotki. Standard. I, o ile się nie mylę, w wielu domach wygląda to podobnie. Przy czym nie myślcie, że nie lubię świąt – w niczym mi nie przeszkadzają, a to, że się je obchodzi, jest bardziej oczywiste od pór roku. Szczególnie teraz. Na co też nie zamierzam narzekać, śnieg jest kompletnie niepraktyczny. Wizualnie przyjemny? Tylko przez pierwsze dni!
Ale muszę przyznać – jest przed świętami jakoś milej. Tak, wiecie, w mieście. Zmrok zapada szybko, wszelkie niedoskonałości krajobrazu maskowane są przez kolorowe światełka. To tak, jak z zapalaniem ich w pokoju – dzięki nim nawet rozrzucone skarpetki wyglądają jakoś ładniej. Nie? I te tłumy w centrach handlowych też jakieś milsze. Ekspedientki milsze. Nawet w tych droższych sklepach, szaleństwo!
Święta i bycie miłym to również, a może przede wszystkim, składanie szczerych i nie-zupełnie-nieszczerych życzeń tym najbliższym i najdalszym. I tu zaczyna się mój problem. Postawiona w konieczności złożenia komuś życzeń panikuję. Tak na rodzinnej, jak i szkolnej wigilii, na urodzinach przyjaciół, i wszystkich innych okazjach, których w tym momencie przypomnieć sobie nie umiem. W gimnazjum ułatwiliśmy sobie zadanie – mówiliśmy sobie wszyscy:
- Tego samego!
- Dziękuję, tego samego!
I nikt nie widział w tym jakiegokolwiek kłopotu, było śmiesznie, było naszo. Piekłam dziesiątki babeczek, aby potem móc patrzeć, jak ludzie rozsmarowują je sobie nawzajem na twarzach. Było granie na gitarach i genialne prezenty. Gimbaza była cudowna, ale nie przejmujcie się, to tylko niewinna dygresja.
To nie jest tak, że ja po prostu ludziom źle życzę. Nawet, jeśli kogoś nie lubię, nie życzę nikomu źle! Po prostu. Uważam się wręcz za mistrzynię w mówieniu o ludziach dobrze i ładnie – ta umiejętność wyszła na jaw, gdy przyszło do zbierania opinii do Księgi Rocznika. Okazało się, że nie tylko moi przyjaciele mają zalety, no kto by pomyślał! Ale życzenia to coś, czego nie przeskoczę i doskonale wiem, co jest winowajcą.
Uwaga, uwaga – nieśmiałość!
Nieśmiałość nie pozwala na złożenie bliskim takich życzeń, jakie bym chciała i jakie im tam niewerbalnie składam, bo tak sobie na nich patrzę i od razu boję się, że wyjdzie głupio, nagle jestem pod kolor do barszczu i tylko nerwowo burczę coś pod nosem. Nieśmiałość nie pozwala na wymyślenie na poczekaniu miłych, serdecznych życzeń mniej bliskim. Nie cierpię sztuczności i wolę nie silić się na oryginalność. W efekcie nie silę się na nic, poza… znów, nerwowym wesołych świąt, satysfakcji z pracy/sukcesów/zdrowia/czego tylko sobie zażyczysz.
I najważniejsze – nieśmiałość sprawia, że tak rozpływam się pod wpływem składanych mi życzeń, że nie jestem w stanie nic powiedzieć. Bo jak się tak nasłucham, że mam być dalej taka śliczna/mądra/zdolna/dobra/kocia i odnosić sukcesy, to, och, czegóż więcej chcieć od życia?
Wiec zwracam się z prośbą i apeluję – jeśli składam zupełnie nieudane życzenia, w odpowiedzi na Wasze – takie kochane, pełne ciepła i serca – to możecie być pewni, życzę  Wam jak najlepiej! Jeśli palę buraka – to samo! Jeśli głupio się szczerzę – a jakże, jesteście najlepsi! Postanowienie noworoczne – nauczyć się składać życzenia. Kiedyś by w końcu wypadało!

Szczere Kocisko
Lecz w rzeczy samej jest to tekst o tejże. Jak wiecie, nie mam w zwyczaju pisywać recenzji, nie umiem i nie czuję się w tym. Głównie dlatego, że najważniejsze są dla mnie takie strasznie subiektywne, osobiste wrażenia, skojarzenia i wpływ, jaki dane dzieło na mnie wywarło - na mnie wiele rzeczy wywiera bardzo wyraźny wpływ, jak może udało się wam już zauważyć. Ciężko opowiadać mi o sprawach technicznych, analizować formę i rzucać terminami, przez które kapcie wam spadną z nóg. Są jednak takie filmy, takie zespoły i takie książki, o których nie mogę nie napisać. Teraz, kiedy postanowiłam po raz drugi przeczytać wyżej wspomnianą książkę, czuję, że to dobry moment.
Nie często do czegoś wracam. Jedyne książki, jakie przeczytałam kilkukrotnie na różnych etapach swojego życia to „Alicja w Krainie Czarów”, „Mały Książę”, no i właśnie „Jeśli zimową nocą podróżny” (in progress). Planuję jeszcze przeczytać po raz drugi „Świat Zofii”, ale jest tyle bardziej naglących lektur!
Powróćmy do Calvina. To jeden z najważniejszych włoskich pisarzy XX wielu i jeden z niewielu, których znam. Przeczytałam dotychczas cztery książki jego autorstwa, czyli wszystkie, jakie udało mi się zdobyć w bibliotece. Na pozór nie mają cech wspólnych. „Podróżny” jest metafikcją, inne dwie książki wariacjami na temat historii: mamy Marco Polo, mamy średniowiecznego rycerza idealnego, jest też powieść osadzona w realiach Włoch podczas II wojny światowej, skupiona na kreacji dziecka wykluczonego spośród rówieśników i nie do końca przystającego jeszcze do dziwaczej rzeczywistości dorosłych. Calvino – wiewiórka pióra. Piękne, nie?
Jeśli miałabym wybrać jedną książkę, którą mieliby przeczytać wszyscy moi, byłby do zdecydowanie „Podróżny”. I tak, kazałam już wszystkim to zrobić, z czym okrutnie zwlekają. Nie przesadzę, jeśli powiem, że pan Calvino ma dzięki niej bardzo duży udział w tym, jaka teraz jestem. Była to pierwsza książka, którą przeczytałam po OLiJP-ie i to od niej wszystko się zaczęło: zaleganie w szkolnym kąciku czytelniczym, pisanie, zabawa słowami i… praktycznie wszystkie zmiany, jakie zaszły w moim życiu od tamtego czasu. Czyli opowieść o książkach, relacjach między autorem, narratorem, czytelnikiem, Czytelnikiem, Czytelniczką i tłumaczem spowodowała również, że mam krótkie włosy, przestałam nosić spodnie (no dobra, czasem mi się jeszcze zdarza…) i zrezygnowałam ze zdawania matury rozszerzonej z matematyki. No i stałam się o wiele lepszym, bardziej świadomym i wrażliwszym na literackie niuanse i kulturowe odwołania czytelnikiem. Ładny efekt góry lodowej.
„Jeśli zimową nocą podróżny” to zdecydowanie powieść-do-przeczytania i powieść-do-przeżycia. A właściwie jedenaście różnych powieści. I jest ergodyczna – można ją czytać nieliniowo, pomijając co drugi rozdział, można wybierać spośród wielu historii i czytać je jak niezakończone opowiadania należące do wielu nurtów i stylów w literaturze. Jednakże ja nie skupiałabym się zbytnio nad analizą tych parodii a niekiedy przeciwnie – literackich hołdów złożonych innym twórcom, jak choćby Kafka, ale tym, co dzieje się w miarę lektury z odbiorcą. Czytając powieść liniowo, zostajemy przez narratora zwodzeni – daje nam okazję do utożsamienia się z bohaterem, by za chwilę zmienić perspektywę lub przerwać akcję i wrzucić nas w zupełnie inne środowisko. Mnogość możliwości odczytywania tego tekstu, podobnie, jak nawiązująca do hipertekstów gra „The Stanley Parable” (o której też już miałam okazję tu pisać) udowadnia, że tak naprawdę, cokolwiek zrobimy i na cokolwiek się zdecydujemy, nie możemy przewidzieć, co stanie się dalej.
Książka poniewiera czytelnikiem (Czytelnikiem i Czytelniczką też). A ja wysuwam stąd taki wniosek – czytaj, może trafisz na coś, co, mimo że nie ukaże ci żadnej prawdy o świecie, zmieni twoje życie znacząco. I choć może lepiej, by nie zmieniło go tak, jak „Buszujący w zbożu” w „Rozdziale 27” albo jak książki w „Dzieciństwie wodza” Sartre’a, albo „Cierpienia młodego Wertera” w życiu (bądź nieżyciu) wielu młodych ludzi w czasie jej wydania,  ale spróbować warto. Prawda? 
Szczere Kocisko


cytat życia!
 ... i spuszczam z siebie powietrze. Trzeba wam wiedzieć, że właśnie, po raz pierwszy w historii Szczerego Kociska, nie piszę do was w Wordzie. Tak, pisanie tekstu w Bloggerze zakrawa u mnie o szaleństwo.
Nie mam ochoty pisać na konkretny temat. Od konkretnych tematów jest gazetka szkolna (która - nareszcie - zaczyna się rozkręcać, dzięki fajnej ekipie, która się w tym roku na naszą redakcję zebrała). Zaczął się nowy trymestr, ostatni pełny trymestr, wypełniony po brzegi nikczemnym słowem na "M" a ja staram się nie stracić gruntu pod stopami. Robić wszystko, co do mnie należy, nie kolekcjonować czarnych dziur, pisać swoje, myśleć swoje, czytać swoje, wysyłać swoje wiersze, gdzie się tylko da w nadziei, że ktoś coś. I dbam o siebie, i traktuję siebie dobrze - ćwiczę, odżywiam się - nie tylko zaspokajam głód, śpię, unikam wszelkiej toksyczności, toksycznych ludzi szczególnie. Ale cały czas nie mogę poczuć spokoju.
To taki trochę zadanioholizm. Potrzeba sprawdzenia się na wszelkich polach. Strach przed porażką i przed byciem gorszym. Oczywiście, staram się z tym walczyć, ale cóż z tego, jeśli wywalczony zeszłorocznym olimpijskim wysiłkiem spokój i fakt, że wymarzone studia mam na wyciągnięcie ręki, gdyż kognitywistyka w Toruniu takich, jak ja chętnie przytuli do swojego serduszka, jeśli ktoś mówi mi "jak to, nie chcesz zdać rozszerzenia z matmy, myślałem, że jestem ambitna" i okazuje się, że to, co już zrobiłam nie ma dla ludzi żadnej wartości? (Wybaczcie za to wielokrotnie złożone, trudne do zrozumienia zdanie). 
Chcę. Naprawdę bardzo chcę. Wszystkiego na raz. Ludzi, sukcesów, spokoju, czasu, czasu, czasu, wiedzy, pomysłów, czasu. I jeszcze - chcę nie czuć presji, jaką na siebie narzucam. Albo lepiej, jaką myślę, że na siebie narzucam. Bo jakoś ludzie wokół dają radę ze znacznie ciaśniej zagospodarowanym czasem - jakieś korki codziennie, kółka (trójkąty, kwadraty...), prace, związki. Ja zostałam bez niczego takiego, a mam wrażenie, że nie mam nawet czasu myśleć. 
Nie, nie folguję sobie, nie oglądam seriali, nie pamiętam, kiedy ostatnio w coś grałam. Internet stał się z powrotem bardziej narzędziem, niż pożeraczem czasu. 
I gdzieś w tym wszystkim jest blog. Który zdecydowanie przestał być formą szlifowania własnego stylu pisania, ani miejscem na pokręcone obserwacje. Teraz mam od tego wiersze, opowiadania i gazetkę. Szczere Kocisko staje się odskocznią. I chyba jesteście zmuszeni czytać tu coraz bardziej osobiste refleksje. Wiem, to się mija z tym, co przed dwoma laty sobie założyłam. Wybaczycie? 
ukradzione stąd
Filmy dla młodzieży. To oficjalne – zrobiłam się za stara na filmy dla młodzieży. To znaczy, takiej gimnazjalnej. Bo Xavier Dolan też jest dla młodzieży, ale już zupełnie innej. No nieważne. Bo znowu będzie, że się wywyższam. Wróciłam przed chwilą (oczywiście w chwili pisania tego tekstu) z seansu „Kosogłosa” z przyjaciółmi. Tak, oglądałam dwie poprzednie części. Tak, podobały mi się. Tak, wzruszałam się. Nie, nie czytałam książek, nie przeszkadza mi jednak to w docenianiu „Igrzysk”. Może dlatego, że w tych filmach moją uwagę zwracają szczególnie dźwięki, których nie sposób sobie wyobrazić przy lekturze. No, chyba, że dołączają do książek zapis nutowy, w co jednak wątpię. Mam ciarki ilekroć słyszę kosogłosową melodyjkę. Co ciekawe – podobnie odbieram temat muzyczny z filmów o Harrym Potterze. I nie, na niego nigdy nie będę za stara. Na zawsze Potterhead. Czy coś.
Wracając do „Kosogłosa” – wydaje mi się, że wyłączając w sobie opcję „refleksje” film bardzo by mi się podobał. Bo chwytał za serce, nie pozwalał obojętnie patrzeć na zgliszcza dystryktów, na bombardowany szpital, na cierpiącego Peetę, na kierowaną sprzecznymi emocjami Katniss. Ale pozostawiłam mózg włączony i śmiać mi się chciało, gdy słyszałam dumne mowy o wspólnym dobrobycie, który nastanie, gdy wszystkie dystrykty zjednoczą się, by powstać przeciwko Kapitolowi. I czy tylko mi nazwa Kapitol niebezpiecznie kojarzy się z kapitalizmem? I z niesprawiedliwością społeczną, nierównościami i tym, że jedni żyją w nędzy, aby inni mogli pławić się w luksusie? Ech…
Fakt, że fabuła całej serii o Igrzyskach Śmierci nawiązuje do historii, wydaje się być oczywisty, i to jest super, i tę myśl zamierzam jeszcze rozwinąć, ale wydaje mi się, że ktoś czegoś nie przemyślał – to znaczy, pokręcił się nieco w wyborze strony, którą popiera. Bo kierowanie do młodych ludzi komunikatu „uważajcie na antyutopie” stawiając w opozycji… utopię, jest co najmniej nierozsądne. Mam nadzieję, że to się jeszcze jakoś odkręci w następnej części tej ekranizacji,  może mi ktoś kochany zaspojlerować, jakie jest zakończenie w książce, aby mogła spać spokojnie.
Cieszy mnie to, że przez ostatnie lata w filmach i literaturze młodzieżowej wyodrębniło się coś na kształt nowego gatunku – antyutopii młodzieżowej. Pojawia się krytyka systemu, walka o wolność, o prawo do odmienności. Promocja oporu i walki. No i właśnie – nawiązywanie do historii, która może jeszcze potencjalnych odbiorców nie zdążyła zainteresować. Z kolei popularność tego nurtu jest znakiem, że jednak nie wszystkim zależy na młodych – bezrefleksyjnych, którzy potulnie będą siedzieć w domu i spłacać kredyty. Racja, to wszystko jest z reguły okropnie schematyczne, bo zwykle mamy zakochaną protagonistkę, która nieco różni się od reszty społeczności, mamy wadliwy system, ogłupionych ludzi. Chwile zajęło mi przypomnienie sobie wszystkich filmów, które przez ostatnie lata obejrzałam lub o których słyszałam, a które się na tym schemacie opierają. Lub podobnym – czasami zamiast protagonistki, jest protagonista i czasem film okazuje się nie być ekranizacją bestsellera. Tak, już pamiętam: „Intruz”, „Niezgodna”, „Elizjum”, „Dawca pamięci”. I „Igrzyska”
I wiecie co do mnie dotarło? Za ich sukcesem kryje się ich oderwanie od rzeczywistości. To znaczy, osadzenie w zupełnie innej, futurystycznej, post-apokaliptycznej, majaczącej ludziom jako przestroga. Bo kiedy mamy film, którego akcja toczy się w, że tak powiem, środowisku historycznym, narzekamy, że bohaterowie mają ładne włosy, czyste zęby i że są naiwni, i że już pięć razy powinni zginać. Mam na myśli oczywiście „Miasto 44” – skierowane w ten sam target i posługujące się tymi samymi środkami. I niewmawiające, że powstania są super i że jest szansa ma wszech-dobrobyt. Nie, ostatniej sceny tego filmu nie należy brać na serio. Topos rzeki, moi drodzy.
Ale wiecie, pomijając to całe moje narzekanie, cieszę się, że gimnazjalistki są dziś bardziej zainteresowane silnymi bohaterkami walczącymi z systemem, niż miłością wampirów, wilkołaków i innych uroczych stworzonek.

Szczere Kocisko
Felieton. Prawie dwa lata temu poproszono mnie o to, bym napisała felieton. I to słowo brzmiało absolutnie magicznie. Felieton. Oczywiście już wcześniej niejednokrotnie miałam z nim styczność – słyszałam od mamy, że ma do napisania jakiś albo, że w którejś gazecie ukazał się szczególnie ciekawy. I jasne – czytałam felietony. Ale  f e l i e t o n  i  ja?  Czy to możliwe? Jak to możliwe? Co zrobić? Od czego zacząć? O czym? Nie czekając, aż znajdą się odpowiedzi na te pytania, siadłam i napisałam. I od razu po kociemu – złośliwie, kąśliwie, hiperbolizując i podśmiewając się. Poszło. I doszło, to jest, trafiło. Postanowiłam: to ja może się przy tym zatrzymam.
Ale to słowo wydawało mi się za duże. Łatwiej było – wpis, post, coś, cokolwiek, nic – bez zobowiązań machnąć. Można się było za tym schować. Bezpiecznie. Bo wydawało mi się, że za  f e l i e t o n e m  idzie jakaś tajemnicza, bliżej nieokreślona, ogromna odpowiedzialność. Bo to już takie prawie dziennikarstwo. Nie, ja nie piszę felietonów, piszę wpisy.
I nagle zaczęłam słyszeć, że jednak nie. Od nauczycieli, że felietony. Od znajomych, że felietony. Od obcych, że felietony. No bo niby co innego, skoro tak złośliwie i tak subiektywnie. W dodatku lekko. A ja wybałuszałam oczy i jak to, lekko? Bo wcale nie pisze mi się lekko. Gdyby przychodziło mi to z łatwością, pisałabym dwa razy częściej i trzy razy bardziej rozwlekle. W zasadzie, mogłabym stanąć w konkursie na najpowolniej piszącą blogerkę. Choć wątpię, czy zdążyłabym się do takiego konkursu zapisać (żarcik). Już się trochę z tym pogodziłam – piszę powoli. Chyba, że w grę wchodzą silne emocje, czy jakaś potrzeba natychmiastowego podzielenia się z całym światem wszystkim, co w głowie. Tak, jak ostatnio na prywatnym Facebooku w sprawie „Miasta 44”. Ale wiecie, co? Właściwie to nigdzie mi się nie śpieszy.
Dużo łatwiej jest powiedzieć – napisałam opowiadanie, napisałam miniaturę, napisałam wiersz. Bo nawet jeśli wyszło beznadziejnie trzeba przyznać, że ta kupka gruzu tu obok to właśnie opowiadanie/miniatura/wiersz (niepotrzebne skreślić). Bo przyjmuję do wiadomości istnienie beznadziejnych wierszy, drętwych, gimbusiarskich opowiadań. A felieton siedzi mi w głowie jako coś, podstępnego, co zdaje się mówić - To ja, zajawka, rozkmina, podjarka, EP-ka i wprawka, przymiarka, zabawka, a z drugiej przypomina słowa ulubionego nauczyciela, że słaby, źle napisany, nietrafiony, niewyczuty felieton to nie felieton. No i jak ja mam ufać swoim plączącym się słowom?
Cały czas staram się opanować technikę składania sylab, wyrazów i zdań tak, aby ktokolwiek miał przyjemność z tego, że je słyszy/czyta i abym ja miała przyjemność z tego, że je wypowiadam/piszę. I wydaje mi się, że jeszcze nie idzie mi najlepiej. A potem bez  przygotowania wychodzę na środek klasy, gadam – sama nie wiem, czy mądrze – a potem klaszczą i mówią, że super. I komu ufać?

Szczere Kocisko
Nie, to piękne San Marino nie ma żadnego związku z tematem ;)
<3
Odważne wyznanie? W końcu ja tylko takie. Ale nauczeni doświadczeniem moglibyście się spodziewać, że tytuł okaże się zgrabną hiperbolą. My, blogerzy, lubimy zwracać uwagę. Oczywiście bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że nie mam nic do chłopców w  rurkach, ale proszę, kto by to przeczytał?
To prawda, nie mam nic do chłopców w rurkach. Podobnie, jak nie mam nic do dziewczyn w leginsach. Dopóki nie wyglądają obscenicznie, nie ma się do czego przyczepić. Bo i po co? Już dawno oduczyłam się takiego oceniania innych. Nie widzę potrzeby, skoro jest tak wiele innych powodów by ich nie lubić.
Może powinnam zacząć od tego, że zupełnie gdzieś mam to, jak powinien wyglądać „prawdziwy mężczyzna”, czego powinien słuchać, jak się zachowywać i czy może nosić ze sobą jakąkolwiek torbę poza tą sportową, wypchaną żarciem, ubraniami w siłownię, białkiem w proszku i ręcznikiem. W zasadzie to skłaniałabym się nawet ku ocenianiu pozytywnie cech uznawanych w pewnych kręgach za „niemęskie”. Bo niech człowiek o siebie dba, lepszy jest pedantyzm, niż bycie fleją. I niech będzie pozytywny, wrażliwy i miły, bo samczości, toporności i porywczości nie trawię. I długo tak można wymieniać…
A same rurki? Ludzie zwykle krytykują je na zasadzie co to się dzisiaj ze światem dzieje, chłop jak baba chodzi. Tylko wiedzie co? To nie jest wynalazek ostatnich lat. Przypomnijcie sobie chociaż średniowieczne, przylegające do ciała nogawice, renesansowe łydeczki w pończoszkach. Tak, historia spodni zaczęła się od „prototypu” rurek. Co mamy dalej? Żołnierskie, kawaleryjskie bryczesy, znów obcisłe, nawet w swojej szerszej wersji ciasno opinające łydkę. Albo znajdujące swoje źródło już w pierwszej połowie XX wieku spodnie „cygaretki” lub „rury”. Brzmi znajomo? No to dalej - bikiniarze nosili wąskie spodnie, punki nosili wąskie spodnie, skinheadzi nosili wąskie spodnie – potwierdzone info. W latach 70. rurki nosili głównie mężczyźni. Taki Mick Jagger, na przykład. Strasznie zniewieściały typ, co?
Czy obecni skini chcieliby
wklepać tym oryginalnym?
Ale wiecie? W sumie mogłabym nawet olać cały kontekst historyczny i powstrzymać się od tłumaczeń, że Maja Koman w swojej piosence "Babcia mówi" przesadza, że rurki, te biedne, hejtowane niemiłosiernie rurki, wcale nie są tu oto bardzo niepokojącym sygnałem, że cała populacja niebawem wymrze, że nie ma już prawdziwych facetów (cokolwiek to okropne określenie oznacza!), tylko – uwaga, uwaga – krojem spodni! Niczym więcej. Nie są czynnikiem wartościującym człowieka, określającym jego płeć, tożsamość, orientację, nic zupełnie! Są częścią garderoby, która jest popularna, gdyż podkreśla cechy preferowane w społeczeństwie – szczupłość. Bo tak, niby wszyscy jesteśmy teraz all about that bass, ale nie oszukujmy się, większość tę szczupłość ceni. Źle mówię?
Jedyny problem pojawia się, kiedy ktoś nie potrafi dostosować swojego ubioru do sytuacji – i dotyczy to zarówno dziewczyn, kiedy śmigają po szkole w prześwitujących leginsach i przykrótkiej bluzce, szczątkowej formie spódniczki lub sukience, która więcej odsłania niż zasłania, jak i chłopców, którzy notorycznie na uroczystości oficjalne ubierają jeansy -nieważne jakiego kroju. Tyle ode mnie.

Szczere Kocisko

Dziś będzie inaczej. Zapraszam Was na kawę. Jeśli nie pijacie, może być herbata. I ciastko – wszyscy lubią ciastka. Chcę porozmawiać z Wami wielką literą i poopowiadać trochę o sobie, małą. No tak, robię to nagminnie, robię to stale i robię to z rosnącym upodobaniem. Bo lubię siebie coraz bardziej. Na przestrzeni kilku miesięcy fajna dziewczyna ze mnie wyrosła.
Jestem introwertykiem, dla którego głównym i najbezpieczniejszym kanałem wypowiedzi jest tekst. Nie, nie internet, choć to w nim dzieje się cała magia i słowa trafiają do adresata. Internet nie jest dla mnie żadnym innym, fajniejszym, bardziej kolorowym, bardziej ciekawym światem. Jest narzędziem. Mówię tak na wypadek, jakby ktoś miał wątpliwości. Tak, jestem introwertykiem, ale lubię ludzi, lgnę do nich, chętnie poświęcam im uwagę, dbam i cieszę się, gdy czasem okazuje się, że to działa w obie strony. Funkcjonowanie w grupie traktuję trochę jak grę, skomplikowaną rozgrywkę. Bo nie jest mi wszystko jedno, co robię, z kim robię i jaki będzie tego skutek. Planuję. Wyznaczam cele. Nie na zasadzie odhaczania zadań do wykonania i nie po to, aby bezrefleksyjnie zebrać określoną ilość doświadczenia. Raczej po to, aby ciągle się udoskonalać, aby się przełamywać, aby móc się czegoś nauczyć. Aby być świadomą swoich czynów, tego, jak się na mnie odbijają i czy czynią mnie szczęśliwą. I muszę przyznać, że pierwsze dwa lata w liceum rozegrałam źle. I jest mi wstyd, że tak konsekwentnie odpychałam od siebie ludzi. Uciekałam przed wszelkimi konfrontacjami, zachowywałam się głupio i dziecinnie, nie dawałam się poważnie traktować. Pełna kreacja na zagubionego bachorka. Udało mi się - po pewnym czasie przestali próbować…
…a ja zaczęłam narzekać na brak znajomych. No cóż, nieźle się na to napracowałam. I kiedy wszyscy chodzili na szkolne (i pozaszkolne) imprezy, bawili, nawiązywali znajomości, miksowali się między sobą, kłócili, godzili, żyli, ja kisiłam się we własnym sosie, często uderzając w płacz, pełna świadomości, jak bardzo marnuję czas.
Czuję, że dopiero kilka miesięcy temu, dokładniej mówiąc, po olimpiadzie, dojrzałam do liceum. Tak, jakbym gdzieś w konstancińskim hallu u Pallotynów porzuciła wewnętrznego gimbusa. Wybaczcie, uderzyłam w patos, sama tego nie znoszę. Jednakże nie da się ukryć - wydoroślałam, zrozumiałam, w czym jestem dobra i co jest we mnie dobre, zaczęłam się rozwijać. Nauczyłam się uśmiechać się do ludzi, przytulać ich na pożegnanie (tak, to wcześniej był wielki problem), spotykać się, bawić. I poszłam w zeszły piątek na, odbywający się w mojej szkole co roku, bal niepodległościowy, tańczyłam, śmiałam się i w moim odczuciu wyszło fajnie, ale wciąż czuję się mniej pewnie, niż bym chciała. Ciągle okropnie boję się wyglądać głupio. Najchętniej cały czas miałabym przed sobą lustro, by widzieć się w nim tak, jak widzą mnie inni i kontrolować to, bo nie potrafię przejrzeć się w czyichś oczach. Dalej obawiam się ośmieszenia. I podchodzenia do ludzi. Tańczenia. Nie chcę być jedną z tych osób, które są stałymi obiektami drwin (nie udawajmy, że nie ma takich, jesteśmy przecież razem na kawie) i znoszą je jak męczennicy z podniesioną głową i stale próbują się wpasować. Nie chcę też dać wepchnąć się w szereg i zrezygnować ze swojej podmiotowości. Czego więc chcę? Przede wszystkim tę podmiotowość pielęgnować i nadawać jej kształt. Poczuć się swobodnie i pozbyć męczącego poczucia, że ciągle wszystko na marne.
Działam. Mam tu jeszcze kilka miesięcy. I daję radę! Z każdym tygodniem jestem trochę bardziej i trochę lepsza. I mam trochę zdrowsze podejście. Małe kroczki. Do przodu. I chociaż klasa maturalna to dla wielu ludzi czas na uspokojenie się, czas zawiśnięcia nad książkami i rozwiązywania próbnych matur, ja mam inne zaległości do nadrobienia. Nie chcę wyjść z tej szkoły pozbawiona wspomnień.
Aha, pamiętajcie - nie dajcie sobie wmówić, że ludzie są nie dla Was. Że bycie przy nich, między nimi, to dyshonor, jakieś minus sto do inteligencji i całkowita kaszana. Czasem da się ich lubić. Kubek stoi smętnie pusty, idę. Czasem da się mnie lubić. 

Szczere Kocisko
Złe Kocisko, próbujące ukryć złe włosy
Fryzjer to problem. Straszny problem. I przy moich krótkich włosach – niestety – nie do ominięcia. Bo o ile przycinać końcówki na równo mogła mi mama, a grzywką zarządzam ja sama, to obecnie bez codwumiesięcznej wizyty w zakładzie fryzjerskim, tym smutnym miejscu, gdzie kończy się moje ładne wyglądanie, się nie obejdzie. I choć pierwszą wizytę u fryzjera po mojej kilkuletniej nieobecności spowodowanej zapuszczaniem tych połamanych kłaków i nadzieją, że kiedyś będą przecudne i równe, wspominam bardzo dobrze, muszę to powiedzieć: każda następna jest gorsza.

Krąży po internecie i w literaturze taka opinia, jakoby kobieta, zmieniając swoją fryzurę, manifestowała zmiany, które zachodzą w jej życiu, światopoglądzie, sercu. Coś w tym niewątpliwie jest. Moim zdaniem jednak, nie chodzi tu o komunikat kierowany w stronę całego świata, że hej, jestem wolna/szczęśliwa/inna/dojrzalsza/mniej dojrzała/zagubiona czy cokolwiek w tym guście, ale o przekonanie siebie, że zmiana NASTĄPIŁA, że coś się zaczęło, zmieniło, skończyło i że trzeba o tym pamiętać. Że trzeba to trochę celebrować, nie przechodzić tak od razu do porządku dziennego.

I kiedy nadszedł moment, w którym uznałam – chcę mieć włosy jak Daisy Buchanan w nowym „Gatsbym” skrzyżowana z Louise Brooks, skrzyżowana z Eleną Tonrą z zespołu Daugther (do której mi chyba wizualnie najbliżej, ze względu na epokę chociażby, mimo że usilnie staram się być nieco anachroniczna) nie poczekałam nawet dwóch dni, tylko siadłam na tym niewygodnym, fryzjerskim krześle, zademonstrowałam zdjęcia i po chwili pozbyłam się tego niepotrzebnego balastu w postaci kilkudziesięciu centymetrów tych nitkowatych tworów naskórka, uznawanych w naszym społeczeństwie z niewiadomego powodu za ładne. Było przegenialnie! Włosy fajnie „skakały” tył był króciutki, reszta lekko za brodę, żadnego niepotrzebnego cieniowania, grzywka nietknięta. Szkoda, że następnym razem ta sama fryzjerka nie potrafiła już powtórzyć tego efektu. Zapytała robimy znów taki garnuszek?, ja wydukałam, że tak, ale garnuszek wyszedł już zupełnie inny. Brakowało mu bowiem lekkości, struktury, z której byłam tak dumna, no i… symetrii!

Tydzień temu poszłam ciąć się po raz kolejny, bo od początku roku szkolnego zarosłam jak stary rower w krzakach. I dopóki włosy były mokre, pracę miłej, roześmianej pani oceniałam pozytywnie. Aż zaczęła mnie suszyć i… chwyciła za nożyczki do cieniowania. Ałć. Zrobiła ze mnie Kiwaczka bez uszu (ja wiem, że i tak wyglądam jak tenże stworek), ewentualnie kota w czapce z grejpfrutowej skórki. Jeszcze tego samego wieczoru sama sięgnęłam po nożyczki, bynajmniej nie fryzjerskie, i z pomocą mojej mamy zaprawiłam nieco… to coś.

I teraz – o co mi chodzi? A no o to, że nie rozumiem, dlaczego dziewczyny z internetu mają trzy razy większą wiedzę na temat tego, jak i co się z włosami robi, niż panie trudniące się fryzjerstwem. Dlaczego, kiedy wiadomo, że nie lepiej włosów nie cieniować, robią to? Dlaczego, kiedy klient wie dokładnie czego chce i jaki będzie uzyskany efekt, olewają go? Dlaczego tną, jakby zapatrzyły się na katalogi z samego początku XXI wieku, który moim zdaniem był najgorszym stylistycznie, najbardziej wieśniackim momentem kiedykolwiek?

Sytuacja podobna, jak z opisywanymi przeze mnie w poprzednim wpisie przewodnikami. Tak, jak oni, mogą nie mieć gustu, mogą być niezainteresowane/ni (choć zauważyłam, że faceci fryzjerzy są z jakiegoś powodu chyba trochę lepsi) swoją pracą, mogą lecieć mają w głębokim poważaniu klienta i mieć nadzieję, że swoim donośnym głosem, śmiechem i ekspansywną osobowością odepchną od siebie wszelkie pretensje i zatuszują swoje błędy.

Co mi pozostaje? Prosić o jak najprostsze cięcie, wracać do domu i przez następne dni nanosić poprawki, sprawdzać, jak włos zachowuje się sam z siebie, jak się układa i… czym można zamaskować przedmiot swojego niezadowolenia. Tak, ostatnio kupiłam sobie wałki i kręcę niechlujne loki… Jest lepiej!
Chyba nie muszę nikomu przedstawiać?
Zawsze twierdziłam, że wiele mi do szczęścia nie potrzeba. Naprawdę, jestem jedną z tych osób, które potrafią cieszyć się jak głupi do sera… no właśnie, do sera; które cenią sobie szczegóły, niepowtarzalność i ulotność chwili… Coś za ładnie się o sobie wypowiadam, pozwólcie więc, że przejdę do sedna. Mój tygodniowy pobyt we Włoszech z pierwszej połowy października nie mógł nie odcisnąć na mnie jakiegoś piętna. Z tymi moimi reminiscencjami, skłonnością do hiperbolizacji, toną sentymentów i rosnącą chęcią zmiany otoczenia?
Najbardziej bawi mnie w tym wszystkim to, że po to pojechałam na zorganizowaną wycieczkę, pełną miast, miejsc, kościołów, pomników, fasad, fontann, historii, relikwii, aby docenić urok zapyziałego miasteczka, obskurnego albergo (czyt. hotelu) bez okien ani kabin prysznicowych i kradzionych owoców granatu. Bardziej ironicznie i hipstersko wyjść nie mogło. I nie chciałabym zostać zrozumiana w tym momencie źle – nie chodzi o to, że ta cała masa zabytków, dzieł sztuki i świadectw historii nie zrobiła na mnie wrażenia – zrobiła! Wzruszyłam się w kaplicy sykstyńskiej, rozpłynęłam się z radości, dotknąwszy po kryjomu (tak, jasne) Jezusa Zmartwychwstałego Michała Anioła, denerwowałam się na przewodniczkę, gdy nie chciała zatrzymać się przy Piecie… To coś znaczy. Ale nie zaskakuje – na długo przed zajęciem miejsca w autokarze, który szczęśliwie woził nas po Italii, wiedziałam, co mniej więcej będę miała okazję zobaczyć i jak bardzo będzie mnie to napełniać radością. Czekałam na tę konfrontację moich wspomnień, wyobrażeń, Włoch wykreowanych przez Assassin's Creeda i rzeczywistości. O wielkiej burzy w Montecatini, granatach, Fiano Romano i hotelowych schodach pożarowych nie miałam pojęcia. Nie wiedziałam też, że będę miała okazję dowiedzieć się, jak to jest, gdy ktoś rzuca kamyczkami w czyjeś okno. Nawet jeśli kamyczki okazały się orzeszkami ziemnymi, a osnuty tajemnicą ktoś, kumplem, zdecydowanie jest co wspominać. I choć te wszystkie rzeczy mogą brzmieć trywialnie, to właśnie one wybijały się spomiędzy tej całej zabawy w turystę. I to jest autentyczne. I będę powtarzać to do zdechu: to jest odkrywanie!
Lubię podróżować. Podróżowanie nie jest już niczym dziwnym, masa ludzi to robi, masa ludzi to lubi, ale masa wciąż nie zauważa jednego – nie poznasz niczego we słuchawką w uchu i oczkami wlepionymi w majtającą się w oddali chustkę na patyku, próbując nie zgubić się w tłumie i nie zostać okradzionym (chowajcie nerki!). Nie kupuję tego na dłuższą metę. Choć to i tak lepsze niż smażenie się na leżaku przed hotelem i popijanie drinków z palemką, bo all inclusive, więc jak szaleć to szaleć.
Nie lubię przewodników. Współczuję im. Bo są w pracy i nic nie mogą na to poradzić. Bo rzeczy, które pokazują, nie budzą w nich już chyba żadnych emocji. Bo mają swoje gusta i może zdarzyć się, że oleją jedną z genialniejszych rzeźb, jakie w ogóle istnieją, bo co to to takie za szybą jakieś niewyraźne. Bo swoją niewiedzę próbują zakryć pewnością w głosie. I mylą daty. A przecież na siedmiu wzgórzach piętrzy się Rzym i to wcale nie jest takie trudne!
Naprawdę bardzo cieszę się, że miałam okazję tam pojechać. Dzięki temu nabrałam przekonania, że trzeba będzie kiedyś powrócić, obejść wszystko po swojemu, swoim tempem i swoim zachwytem. Nauczyłam się również (po raz kolejny), że aby komfortowo przespać kilka nocy w jakimś miejscu, niepotrzebne są ładne meble w pokojach, kołdry ani kabiny prysznicowe, a śniadanie w postaci dwóch suchych bułek z nutellą daje radę, podobnie jak bruschetta na lunch i dwudaniowy, przesolony obiad w godzinach mocno popołudniowych (19-22). I nie ma tu ani krzty sarkazmu z mojej strony! I wiecie, co okazuje się najważniejsze w podróży? Ludzie! Bo bez tych odpowiednich, ani posiłki, ani zabytki, ani wieczorne spacery, ani tym bardziej wygłupy wszelakie nie miałyby sensu. No kto by pomyślał?

Szczere Kocisko


Asyż


Laguna Wenecka


Florencki street-art
Najpyszniejsza kawa pod Panteonem

Wiecie, próbowałam nie pisać. Poważnie. Przygnieciona ciężarem obowiązków, jakie spadły na mnie w tym miesiącu, postanowiłam – odpuszczam, niech kocięta głodne czekają, niech zatęsknią, z tęsknotą każdemu do twarzy. Zapytacie pewnie – lub nie zapytacie, bo co was to – jakież to obowiązki spadły na mnie tak dotkliwie, że nie byłam w stanie poświęcić dwóch do trzech godzin w tygodniu na pisanie. Już tłumaczę – okazało się bowiem, że nie tak łatwo zdać z matmy (jeśli czyta to moja wychowawczyni z gimnazjum, pragnę zaznaczyć, że bardzo, bardzo mi przykro!), że pomysły się kończą, że czasem (ale tylko czasem), aby osiągnąć zamierzony rezultat, trzeba jednak trochę popracować, a brodzenie w internecie nie jest (jeszcze) moją pracą. Kocisko odwróciło się ogonem i usiadło do książek. Do dobra, nakłamałam. Przy książkach nie siedziałam aż tak wiele. W październiku przeczytałam tylko cztery pozycje. W tym jedną… tak nie do końca. No, „Zielony dom” mi nie podszedł.
Wyłączyłam się. Olałam rosnący ruch sieciowy na blogu i fanpage’u.  Wystartowałam w turnieju jednego wiersza. Zachorowałam. Spędziłam popołudnie w ambulatorium, obserwując policjantów pilnujących młodocianego w kajdankach i pewną toksyczną rodzinkę. Wybyłam do Włoch, gdzie spędziłam tydzień wart kilku miesięcy w szkolnej ławce (za którą jeszcze nie tak dawno śmiałam tęsknić, uwierzylibyście?). Wróciłam i okazało się, że nie jest tak źle. Nie ma w końcu takiego bałaganu, którego nie dałoby się uporządkować, prawda? I wiecie co jeszcze? Przez cały ten czas coś pisałam!
Bo w jednej chwili okazuje się, że cztery osoby o zróżnicowanym poziomie zażyłości z tobą chcą kilka słów do księgi rocznika. I korektę szkolnej gazetki trzeba zrobić. I wywiad napisać. I że kolejne pół tuzina wierszy wymyśla się praktycznie samo, bo i o jabłku można, i o flegmie. A na angielski dwa artykuły, więc skoro już piszesz, to tak, jak na blogu, a że po angielsku to żadna różnica i tak usłyszysz, że great article.
Niepisanie kompletnie mi nie wychodzi. Niepisanie kompletnie mi nie w smak. I kto by się spodziewał? Na pewno nie polonistka z czasów podstawówki. Ostatnio lubię się ze słowami bardziej, niż kiedykolwiek. I nawet, jeśli się z nimi nie liczę lub moje liczenie się z nimi ogranicza się do liczenia ich liczby, która ustawicznie jest nie taka, jak być powinna (do wyboru: zbyt duża i wymaga niezwłocznej kastracji lub zbyt mała i wymaga rozcieńczenia w roztworze bylejakości).
Dlatego powracam. Na jak długo i z jakim skutkiem? O tym przekonamy się w poniedziałek.

Szczere Kocisko
Lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć w postanowienia noworoczne. Ot tak, żeby zobaczyć, jak mi idzie wypełnianie kolejnych punktów. Ale nie tylko - to również świetny sposób, aby zobaczyć, jak się zmieniam. Bo niektóre z punktów, które w grudniu uznałam za kluczowe dla swojego przyszłego (czyli obecnego) szczęścia, już od dawna są przeterminowane. Ich data przydatności do spełnienia minęła bezpowrotnie, podobnie jak właśnie mija data przydatności do spełnienia tych marzeń/planów/dziwacznych projekcji, które przyszły po nich. Szaleństwo!
Dziesięć miesięcy temu marzyłam o tym, aby robić muzykę elektroniczną. Robiłam muzykę elektroniczną, choć właściwie powinnam napisać, że uczyłam się robić muzykę elektroniczną. Najważniejszym z moich materialnych marzeń było posiadanie klawiatury sterującej i drum padów. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pójść na Moto Racing Show (dla ludzi spoza Gorzowa – to taka impreza motoryzacyjna, na której można oglądać Subaru jeżdżące po moście i palące gumy i zdobyć darmowe Monstery), a kiedy przyszło co do czego, okazało się, że w międzyczasie porzuciłam wszelkie gazowane napoje, w tym energetyki, i wolę iść do kina studyjnego, niż na tego rodzaju imprezę. Dziesięć miesięcy temu nie śniłam nawet o tym, że będę mieć znajomych od rozmów o poezji, znajomych od rozmów o filozofii, znajomych od rozmów o sztuce i że ta liczba mnoga rzeczywiście będzie na miejscu. Dziesięć miesięcy temu nie podjęłabym decyzji o wzięciu udziału w turnieju jednego wiersza, nie myślałabym o partycypacji w slamach poetyckich ani o tym, że być może skończę na studiach w Toruniu. Tak, bo moje „Jaka piękna ta Warszawa, będzie hajs i love, i sława!” też już powoli mija…
Mam wrażenie, że zbyt szybko przechodzimy ze zmianami do porządku dziennego. Marzymy, planujemy, wymyślamy coś sobie i nawet nie jesteśmy w stanie zauważyć, jak ulotne były nasze ambicje. Dlatego lubię wracać, być sentymentalna i dziwić się, jak to wszystko śmiesznie wyszło. Nie mogę, niestety, pozbyć się wrażenia, że każda przeszłość to stracony czas i że przyszłość ma zbyt małą objętość, aby zdołała zawrzeć w sobie choć część moich planów. A potem mija data ważności…
Moim ulubionym płynem jest osobowość. Moja osobowość. I to nie tak, że zmieniam się wraz z otoczeniem, przystając do pojawiających się na horyzoncie ludzi, czy ludzi za horyzontem znikających. Potrzeba zmiany i wizja tego, czego oczekuję od siebie i od świata pcha mnie na różne ścieżki. A potem jeszcze dalej i na boki, i w górę, i w dół. Konsekwentnie pędzę trochę we wszystkie strony. Staram się ciągle czymś fascynować, co czego dążyć, coś uwielbiać i o czymś ciągle myśleć. Chyba jestem zakochana w przyszłości (choć czasem się jej boję).

Szczere Kocisko
Zacznijmy od tego, że nad wyraz sentymentalna ze mnie bestia. Szczególnie jeśli chodzi o wspomnienia sprzed jakichś czterech lat. Gimnazjum. Tak się składa, że jeden z moich kolegów z gimnazjalnej klasy nieźle sobie teraz radzi. Ma na imię Dawid, śpiewa piosenki i bardzo lubi biegać. Spełniło mu się również jedno z marzeń astronomów, zatańczył bowiem z gwiazdami. Czy już wiadomo, o kogo chodzi?
Był dość ważną postacią w klasowej społeczności. W szkolnej również, choć chyba na trochę innej zasadzie. Zapamiętałam go jako fajnego, inteligentnego chłopaka, kogoś otwartego, skłonnego do pomocy innym, nie tylko swoim najbliższym  przyjaciołom. Gdy jego kariera rozkręciła się na dobre, nie opowiedziałam się ani za jego hejterami, którzy, jak wiadomo, made him famous, ani za fanami, kwiatonatorami. Ot, czytałam od czasu do czasu, co tam u niego, przesłuchałam kilka z jego piosenek, obejrzałam teledyski. Szału nie było, w mój gust nie trafiły, spodziewałam się po nim więcej, ale mimo to nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, gdy widziałam go reklamującego Empik czy tańczącego w telewizorze. Jak przepuścić kolegę z klasy tańczącego w telewizorze? Mając w głowie te wszystkie przerwy spędzone w damskim kiblu na przepisywaniu ćwiczeń z geografii?
No i wpadło mi w łapki zaproszenie na jego koncert w naszym rodzinnym mieście. I poszłam. Trochę dla śmiechu, trochę z sentymentu, trochę z czystej ciekawości, z czym to się je na żywo.  I udało się Kwiatkowskiemu mnie zaskoczyć! Jak najbardziej pozytywnie!
Pierwszym zaskoczeniem na pewno był klimat. Ciężko zakochane dziewczynki, emocje, rodziny kiwające głowami i przytupujące nogami w takt muzyki. Dziesiątki telefonów rejestrujących sylwetkę idola, aby starczyło na później. Autentyczne łzy w oczach tych, którym udało się złapać kontakt wzrokowy z wokalistą. Ja naprawdę te dziewczynki (rzadziej dziewczyny lub chłopców) rozumiem! Sama mam skłonności do wpadania w fandom, miałam w ich wieku swoich idoli, których nigdy nie było mi dane zobaczyć na żywo. Nie wstydzę się tego przyznać, byłam wielką fanką zespołu Panic! at the Disco. Mój pokój był niemalże wytapetowany zdjęciami śpiewającego tam Brendona Urie i gitarzysty zespołu, Ryana Rossa. Jasne, wiem teraz, że nie jest to muzyka z najwyższej półki, że są lepsi wykonawcy, bardziej udane projekty, ale co z tego? Nie zamierzam wkręcać komukolwiek, że słuchałam tego, bo byłam głupią gimbusiarą lub że już nigdy nie zdarza mi się wkręcić jednej z ich piosenek do playlisty. Po co? Dzięki temu mogę teraz powiedzieć, że rozumiem takie fenomeny. Kurczę, gdybym teraz miała możliwość pójść na koncert 30 Seconds To Mars albo Die Antwoord, zachowywałabym się dokładnie tak, jak zachowują się Kwiatonatorki, Directionerki, Belieberki. Przedmiot fascynacji to tylko kwestia gustu, a ten, jak wiadomo, będąc subiektywnym, nie podlega dyskusji. Nie miałabym serca, gdybym patrzyła krzywo na dziewczyny stojące z transparentami z napisem „Dobrze, że jesteś!” lub na ojców skaczących wraz ze swoimi pociechami. Szczerze mówiąc, wzruszyłam się, gdy to zobaczyłam. I paradoksalnie, najbardziej lekceważącą częścią publiczności na koncercie byli lansiarscy gimnazjaliści tak do wokalisty, ze strony choćby wizualnej, podobni…
Po drugie, muzyka! Tak, serio! Bo o ile piosenki Dawida w wersjach studyjnych to dość typowy dla polskiego mainstreamu, podkręcamy komputerkami pop z domieszką umpa-umpa, to na żywo zespół serwuje nam taki zestaw: dwie gitary elektryczne, bas (świetna solówka na koniec koncertu, panie basisto <3) i perka. Wychodzi naprawdę profesjonalnie i smacznie, więc jeśli nie gardzicie niezłym pop-rockiem, powinno się wam spodobać!
No i w końcu – Dawid! Na scenie nie widziałam gwiazdora, celebryty, bożyszcza gimnazjalistek. Widziałam chłopaka cieszącego się jak głupi, że może robić to, co kocha; tego samego, który w gimnazjum kłuł dziewczyny szpilkami w tyłek, rzucał cyrklem na geografii i zjednywał sobie wszystkie nauczycielki; tego samego, który rozwalał lekcje śpiewając Ewę Farną lub Rihannę; głównego bohatera szkolnych przedstawień. Cholera, jak ja tęsknię za moim gimnazjum!  Wracając do tematu – czego się Kwiat nie dośpiewał, to doskakał, dotańczył. Cały czas się ruszał, w przerwach między piosenkami raczył publiczność anegdotami z dawnych czasów, banan mu z twarzy nie schodził. Cały czas z uszu wypadał mu odsłuch, tyle się nabiegał! Pod koniec postanowił coś z tym zrobić – odłączył słuchawki i dokończył set śpiewając bez odsłuchu, przy czym cały czas dawał radę! Może to i komercha, może to i wyciąganie kasy z portfeli rodziców zakochanych trzynastolatek (choć w sumie to nie, dycha za bilet to bardzo niska cena!), ale jeśli to daje radość tak dużej ilości ludzi i nikogo nie krzywdzi (wszystkie teksty mają nieco płytki, acz pozytywny wydźwięk), nie śmiem krytykować. Trochę znam Dawida i sądzę, że gdyby nie menadżer, wytwórnia itd. ciężko byłoby mu się ogarnąć, pracować nad sobą i odnosić takie sukcesy, jakie odnosi. Widać przy tym, że jest naprawdę szczęśliwy…
Nie oznacza to jednak, że jutro wybiorę się do Empiku i kupię jego album, nie będę słuchać jego piosenek do poduszki. Nie powieszę na ścianie jego plakatu. Ale muszę przyznać, przez ponad godzinę zdołałam doświadczyć tych emocji, powspominałam, powzruszałam się, pozazdrościłam mu fanów, a fanom – idola, z którym mogą mieć tak dobry kontakt. Ja nigdy takiej możliwości nie miałam i mieć nie będę. To był przyjemny wieczór zwieńczający dość ciężki tydzień. Dzięki, Dawid!


Szczere Kocisko
Zrobiłam się ostatnio jakaś antyszkolna. I jasne, można próbować to podpiąć pod zbliżającą się maturę, pod moje domniemane wypieranie się tego, jakobym się nią przejmowała, o zmęczenie wynikające z kiszenia się w jednym budynku trzeci rok. Bo racja, lubię zmieniać otoczenie. Jednakże nie w tym rzecz. Skończyłam wczoraj osiemnaście lat, to wprost idealny moment, aby poskarżyć się na infantylizację edukacji. Tak, tak...
Wyrosłam już, z tak charakterystycznego dla wieku, powiedzmy, wczesnoszkolnego bezkrytycznego uwielbienia kierowanego w stronę nauczycieli. Zapewne wiecie o czym mówię, nie jestem jedyną osobą, która słowa wychowawczyni w szkole podstawowej traktowała śmiertelnie poważnie i zapamiętywała je w takiej formie, w jakiej zostały wypowiedziane, bez żadnych odstępstw, żadnych modyfikacji. Podkreślam, te czasy już minęły. I mam wiele zastrzeżeń, co do tego, co i w jaki sposób mówią nauczyciele.
Pierwsza sprawa – co z tego, że twoją dziedziną nie są nauki humanistyczne? Jeśli masz przekazywać swoją wiedzę komukolwiek, nie ważne, czy chodzi o klasę pełną przyszłych studentów medycyny, czy czegokolwiek innego, czy może jako zdolny uczeń udzielasz komuś korepetycji , dbaj o poprawność wypowiadanych przez ciebie zdań. Mówienie ładną polszczyzną to nie jest jakiś przywilej humanistów, ale obowiązek każdego wykształconego Polaka, czy nie? Jak ktokolwiek ma nauczyć się czegokolwiek z notatek zawierających rażące niejasności i błędy logiczne? No kurde! I nie przyjmuję do wiadomości, że przecież mogę wszystko sobie doczytać w podręczniku i napisać notatkę po swojemu, gwiżdżę na to! Jeśli mam wszystko doczytywać swoje po lekcjach i wyjaśniać na własną rękę błędy popełniane na lekcji przez nauczyciela, w takim razie po co chodzę do szkoły? Żeby się przez kilka godzin dziennie powkurzać? Przecież wysokie stężenie kortyzolu utrzymujące się przez dłuższy czas to nic dobrego…
Nie lubię też, czy robi się ze mnie (i innych uczniów, rzecz jasna) idiotów. Jak inaczej nazwać wyjaśnianie pewnych zagadnień na poziomie delikatnie rzecz biorąc, gimnazjalnym, przy jednoczesnym wciskaniu kitu, że to takie trudne lub że gimnazjum jest z założenia pomyłką. Chyba, że tylko moje nie było pomyłką. Tym gorzej, bo teraz na paru przedmiotach, w klasie maturalnej, uczę się dokładnie o tym samym, o czym uczyłam się trzy lata temu. Mało tego! Ta wiedza jest mo przekazywana w dokładnie ten sam sposób. A pamięć mam dobrą, więc razi mnie to tym bardziej.
Jeśli uczę się biologii na poziomie rozszerzonym i zamierzam w jakimś stopniu związać z nią moją przyszłość, nie mogę się zadowolić żywcem wziętymi z podręcznika do gimnazjum metaforami rzucanymi zamiast naukowych definicji. Dobra, już dam spokój z odnoszeniem całej sytuacji do siebie, ale co z ludźmi, którzy planują zostać lekarzami? Czy naprawdę słuchanie, że „translacja to odczytywanie informacji genetycznej z mRNA i tłumaczenie jej na język aminokwasów” może dać im cokolwiek? Przecież już nawet definicja podana w Wikipedii jest bardziej fachowa. Jeśli nie jest to jakieś wypaczenie, to proszę, co nim jest?
Chcę rzetelnej nauki. Rzetelnie przygotowanych nauczycieli, nie takich, którzy drapią się po głowie zastanawiając się, jak nazywał się dany związek. Nie takich, którzy nadrabiają miną, byciem cool, i żartobliwym dopytywaniem – i co? nie było tak strasznie? nadążacie?
To za dużo?

Szczere Kocisko
Dyskusje, uwielbiam inteligentne dyskusje! Nie ma nic zdrowszego dla światopoglądu niż porównywanie swojego punktu widzenia, swojej hierarchii wartości i swoich poglądów, z tym, co do powiedzenia mają inni, często (choć nie jest to warunek konieczny) mądrzejsi ludzie. Chętnie rozmawiam ze specjalistami w danej dziedzinie, z pasjonatami, ludźmi, którzy wypowiadają się dopiero wtedy, gdy mają coś ciekawego do powiedzenia. I nawet jeśli nie zgadzam się z nimi, nie chcę ulec ich sugestiom, a ich słowa budzą we mnie wewnętrzny niepokój (czy coś), staram się ich zdanie szanować, próbuję przez chwilę myśleć tak, jak oni, wykorzystując te, co oni, ścieżki.
Cenię sobie asertywność, szczególnie ten jej rodzaj, dzięki któremu uniknąć można utuczenia przez babcię, tańca z podejrzanym typem na imprezie, a także ten, który czasem skazuje na ostracyzm na lekcji, bo ja wolałabym jednak napisać ten sprawdzian trochę wcześniej. No ale, moi drodzy, nie zawsze mi ta asertywność wychodzi. Po pierwsze, dlatego że mało jest we mnie cierpliwości, a sporo neurotyczności i agresji, więc moje próby dyplomatycznego tłumaczenia ludziom rzeczy, których uparcie nie chcą sobie dać wytłumaczyć, kończą się fiaskiem i przemieniają w jatkę. Po drugie – lubię się jarać, być kimś zafascynowana, mieć wzór, zmieniać się pod jego wpływem. No, bo hej, skoro jakaś osoba mi czymś imponuje, dlaczego nie miałabym czerpać z niej tego, co najlepsze? Czyż nie na tym polega autokreacja? Czyż nie tak robią bakterie w procesie koniugacji, transdukcji i biolog wie, czego jeszcze?
I tu się pojawia problem, bo wielu ludzi, inteligentnych, docenianych przez otoczenie ludzi, robi z siebie pomniki. Stawia siebie i swoją rację na piedestale. Swoje lubię i nie lubię. I rozdaje dyspozycje. Śmiej się z „Małego Księcia” – od dawna jest passe, „Buszujący w zbożu” nie ma żadnej wartości literackiej, ot, grafomańskie ględzenie pokroju „Zmierzchu”. Nie czytaj Bursy jeśli skończyłeś gimnazjum, Dehnela też nie, bo przebiera się za panicza. Baczyński? Widzę, że innych poetów gimby nie znajo. Zainteresowałeś się filozofią po przeczytaniu „Dżumy”? Doprawdy, żal mi cię, robaczku…. I nagle okazuje się, że w gąszczu rzeczy, które eksperci lubić odradzają, ba, nawet przyznawać się do tego, jakoby się je kiedyś lubiło, nie pozostaje nic, zgodnie określonego pezez nich wartym uwagi. No, może z wyjątkiem rosyjskich klasyków, jazzu i wysmakowanej ironii.
Jestem w stanie zdzierżyć wiele – pozę na głupiutkie, śliczniutkie dziewczątko, uważanie się za przyjaciela całej populacji, maskę zgorzkniałego hejtera, dwulicowość też bywa nawet urocza – ale pretensjonalność i ten dobrze wszystkim znany ton nieznoszący sprzeciwu, to coś, czego nie przeskoczę. Uważnie słucham ludzi, którzy mają wątpliwości, szukających inspiracji i odpowiedzi na pytania. Ciągle zadających pytania. Tych, co słuchają w zamian, takich, co nie mordują potoczystym monologiem bez zwracania jakiejkolwiek uwagi na rozmówcę. Doceniam niepewnych siebie, mówiących cicho a mądrze. Niepozornych. To od nich można dowiedzieć się najwięcej, tak myślę. Może to dlatego jeszcze nie wygrałam życia? Nawet jeśli, to niewielka strata – nie czułabym się ze sobą dobrze, będąc kimś, kto buduje swoją wartość i swój autorytet, deprecjonując tych nieśmiałych, stawiając ich w roli sługi/fana/niepojętnego ucznia, którego od święta można połechtać w ego i powiedzieć, że ma potencjał; kimś, kto stale i namiętnie uprawia intelektualną masturbację. Dlatego nalegam, nie sugerujcie się opiniami zasłyszanymi z ust takich osobników, nie dajcie zasiać w sobie ziarna wstydu za swoje poglądy, swoje poszukiwania, swoje pomyłki i swoje inspiracje. O!

Szczere Kocisko
Powiedziałabym, że w tym roku szkoła daje mi w kość. Ale to bzdura. Prawda jest taka, że to ja sama daję sobie w kość. Lubię to, jestem nadgorliwa i nawet nie próbuję przed tym uciekać ani temu zaprzeczać. Bycie porządną, gdy inni pozwalają sobie na nieporządek, ogarnianie, gdy inni nie chcą ogarniać – to moja ambicja, moja obsesja. Moje hobby? Pewnie w jakiś sposób też - świadomość, że zrobiłam coś, choć wcale nie musiałam, sprawia, że jest mi trochę lepiej. Bo skoro robię coś nadprogramowo, to daję radę, jestem w grze, jestem w natarciu.
Lubię działać, uporządkowywać, zapisywać w tabelkach, odhaczać na listach. Lubię widzieć, że coś robię. Nawet jeżeli nie chodzi o wymierne efekty mojej pracy, a jedynie o ślad, jaki po niej pozostaje. Lubię być zmęczona i nakręcona.
Ostatnio działam. Napisałam pierwszy felieton (jakbym od dwóch lat nie pisywała podobnych średnio co tydzień…) do szkolnej gazetki, poszłam na pierwsze zajęcia z pilatesu, co by wrócić do formy, uzbierałam jedenaście niezłych wierszy, odważyłam się pokazać je mojej mamie, poddać się jej ocenie, a na dniach będę decydować, jaki wiersz ma obstawić jaki konkurs. Dużo drukowania.

Daję radę. A coś porządnego pojawi się tu niebawem. Tak myślę J
Czepiam się. Upierdliwie łapię za słówka. Wszystkich – speców od reklam środków czystości i suplementów diety, znajomych, przemawiających urzędników. Także nauczycieli. Właściwie, ich w szczególności. Trzeba mieć coś od życia, jak już się je spędza w szkole. I żeby nie było – nie czepiam się byle czego, nie naśmiewam się, nie jestem złośliwa. Ale czasem coś się aż prosi. Jakieś „w każdym bądź razie” czy „i ta komórka jest w tym momencie komórką, która…”, tego typu kwiatki. Jednak ostatnio ubodła mnie jedna, niezwykle popularna i często wykorzystywana przez nauczycieli fraza, nad sensem której nikt się nie pochyla.
Jeśli napiszecie mi tak na maturze! A spróbujcie mi tak zrobić! Nie chcę, żeby mi to ktoś w ten sposób rozwiązywał! Mi, mi, mi, mi!
Mam rozumieć, że uczeń pisze maturę nie dla siebie, ale dla swojego belfra? To nie chodzi przypadkiem tu o papierek, za okazaniem którego możemy lub nie możemy iść na te, czy inne studia, tylko o dobre samopoczucie nauczyciela, jego świadomość, że umiejętnie wykonuje swój zawód? O, no nie wiem, honor szkoły, który z jakiegoś, bliżej nieokreślonego powodu winniśmy bronić?
Ach, jak dobrze to w końcu wiedzieć!
Nie przypisuję maturze praktycznie żadnej wartości. Myślę o niej tak samo, jak o sprawdzianie, który po prostu muszę napisać, aby pokazać komuś, że już umiem to i to, i tamto. Bo rzeczywiście, ludzi uczących się, aspirujących do zdobywania wyższego wykształcenia, jest sporo i ciężko byłoby selekcjonować ich, gdyby trzeba było poznawać ich osobiście i tą drogą sprawdzać ich wiedzę. Uważam przy tym, że lepiej sprawdzałyby się egzaminy wstępne na konkretne kierunki. To wymagałoby trochę więcej determinacji i trochę mniej YOLO, a determinacja wydaje mi się konieczna, jeśli ktoś chce się rzeczywiście czegoś nauczyć. Głęboko w to wierzę i zdaję sobie sprawę z własnej naiwności.
Odpowiadaliście kiedyś na pytanie, kim jesteście i czego chcecie? U nas, na polskim, odpowiadaliśmy. W kontekście „Gadających głów” Kieślowskiego i choć to w zasadzie informacja nieistotna, polecam. I wiecie, zszokowały mnie odpowiedzi , które miałam okazję usłyszeć. Już wyłączając to już z kontekstu Kieślowskiego, bo nie lubię gadania, że kiedyś ludzie byli szlachetniejsi, altruistyczni, obdarzeni wielką mądrością. Otóż gros osób odpowiadało „jestem maturzystą i chcę dobrze zdać maturę”. I pewnie było to poniekąd wynikiem choroby zakaźnej zwanej tumiwisizmem, bo taka odpowiedź absolutnie nie wymaga myślenia, ale…
…co, jeśli ktoś tak na poważnie? Jeśli ktoś definiuje siebie wyłącznie przez pryzmat jakiegoś testu, tylko dlatego, że wszyscy mówią mu, że powinien IM go dobrze napisać? Jeśli ktoś uważa, że oto właśnie matura otworzy mu o-knonaświat (Yes, my father smokes the pipe…), jeśli tylko napisze ją nie sobie, ale komuś, według czyichś poleceń, niemalże czyjąś ręką? Nie widzę tego. Nie widzę w tym przyszłości. Nie nazwę się maturzystką i nie będę „im” niczego pisać. Po prostu zdam maturę.

Szczere Kocisko
Nie umiem grać w karty. Nigdy nie umiałam i raczej się nie nauczę z racji tego, że postrzegam grę jako dość stresujące zajęcie. Dlaczego? Tak naprawdę, nie mam pojęcia, ale ilekroć ktoś próbował nauczyć mnie grać w makao, remika albo kuku, nie mogłam przestać mylić poszczególnych figur i kolorów. Wychodziłam na głupiutką i się utrwaliło. Raz, kilka lat temu, wspięłam się na wyżyny swojego karcianego intelektu, opanowując zasady gry w oszusta. Z tym, że nie oszukiwałam a co najwyżej myliłam się. Ale wygrywałam. Czasami. Teraz pewnie nie pamiętałabym już, jak się w to gra.
Nie potrzebuję kart. Wolę zwykłą kartkę, choć przyznaję, że najchętniej sięgam po  telefon lub laptop. A bywa tak, że po nic nie muszę sięgać. Wystarczy odpowiedni człowiek obok.
Gram w słowa. Trochę właśnie tak, jak gra się w karty. Albo w szachy, w które nomen omen również grać nie potrafię. Gram w słowa i chyba nie mam tu na myśli standardowej rozmowy.  Lubię to. Strzelanie krótkimi seriami z szybkostrzelnej broni. Oczekiwanie na odpowiedź oponenta. Obezwładnianie go, ośmielanie, stawianie go w sytuacji bez wyjścia. Uciekanie. Celowanie. Strzał. Trafienie. Wygrana. Przegrana.
Tak, bo dość często przegrywam. Chyba nawet zbyt często, jak na pasjonatkę. Sęk w tym, że przez cały pojedynek szanse mogą wydawać się równe, ale wystarczy chwila nieuwagi, bym poległa. Bo niektóry partnerzy do gry w słowa to podstępne bestie. Asy chowają po rękawach, skrywają swój prawdziwy zamysł, ścieżkę, którą chcą podążyć. A ja bywam naiwna i dostaje mi się. Strzał. Uczucie ciepła w żołądku i chłodu w głowie. Następnie płonące policzki. Nerwowy śmiech, coraz głośniejszy i coraz bardziej niepasujący do całego anturażu. Mój śmiech nigdy nie pasuje, ale widać to najlepiej właśnie w takich sytuacjach. Rysa na szkle. Kamień rzucony w wodę. Rozchodzące się naokoło fale. Dźwiękowe. Bez skrupułów niszczą gładką taflę.
Gra w słowa ma wiele twarzy. Bywa lekka, słodka, jak rozkwitające powietrze wiosną, może wprowadzać w stan euforii. Ale nie wolno zapomnieć o jej drugim, okrutnym obliczu. Choć najchętniej bym usunęła je z listy rzeczy istniejących.
Często udaje mi się uwierzyć, że nie jestem dobra w słowa. Że nie potrafię się z nimi zaprzyjaźnić, że wszystkie patrzą na mnie wilkiem. Ale coś mi mówi, że jestem na dobrej drodze, by zasłużyć na ich uznanie. Przyjaźń ze słowami to nie taka prosta relacja.

Szczere Kocisko
Nikt nie wątpi w mój rozum tak, jak szkoła. No dobra, nie tylko w mój. Nikt nie wątpi w młody, pełen zapału (przy sprzyjających okolicznościach) umysł tak, jak szkoła. W klasie maturalnej jestem dopiero od niespełna tygodnia, a już zaczęłam obawiać się, że jej głównym celem jest uczynienie jak największej ilości ludzi w jak najmniejszej ilości czasu skończonymi idiotami!
No dobra, sięgnęłam po koślawą hiperbolę, wybaczcie rozemocjonowanej prawie-maturzystce. Ale jeśli wiecie, co znaczy lubić ładne słowa i nietypowe pomysły i musieć przystać na uczestnictwo w lekcji na temat „Jak napisać rozprawkę?” (co napisawszy, wyczuwam już wejścia pochodzące z wyszukiwania w Google właśnie tego hasła) powinniście choć trochę mnie zrozumieć. Warto dodać, że w takiej lekcji uczestniczyłam już przynajmniej czwarty raz. Wcześniejsze? Pierwsza gimnazjum i właściwa nauka pisania okropnych, szkolnych rozprawek, trzecia gimnazjum i przygotowania do egzaminu gimnazjalnego, druga liceum, kiedy to okazało się, że na maturze możemy spotkać się w właśnie taką formą. To chyba naprawdę wystarczająco, aby zapisać te – nie takie słuszne – wiadomości w pamięci długotrwałej! Nie chcę wierzyć w to, że ktoś jeszcze rozpoczyna argumentację od słów „Po pierwsze…” lub „Moim następnym argumentem będzie…”, a pracę kończy zwrotem „Podsumowując moje wcześniejsze rozważania, stwierdzam że…”. Wiecie jaka sensacja rozstała odkryta wczoraj przede mną i mnie podobnymi półgłówkami? Że pytanie stanowiące temat rozprawki nie musi zaczynać się od słowa od pytania „czy?”, ale także od „jak?”. Wpadlibyście na to? Ja nie!
Ja wiem, że mogę brzmieć jak okropny, pozbawiony empatii zarozumialec, który kipi z zazdrości, bo okazało się, że nie jest w stanie otrzymać wysokiej liczny punktów w zadaniach z czytania ze zrozumieniem, gdyż jego przekombinowane odpowiedzi nie wstrzelają się w klucz, ale to wynika tylko i wyłącznie z mojej zachłanności. Bo nie jestem w stanie siedzieć spokojnie, gdy ktoś marnuje mój czas. Przez najbliższe trzy miesiące stracę około 60 godzin.  Bo polski mam codziennie. I nie zapowiada się na to, abym mogła się nauczyć na nim czegokolwiek. I jeśli już pozostajemy przy mojej (już nie tak) skromnej osobie, nawet nie jest mi to potrzebne, matury, jak wiadomo, nie piszę. Ale siedzieć na lekcjach muszę. Trochę moja wina, bo nie ogarnęłam w porę żadnego papierka na to, aby móc ten podstawowy polski ominąć, ale nie wiem też czy w moim przypadku byłaby w ogóle ku temu jakakolwiek możliwość – przecież nie rozszerzam polskiego, toteż w tym wypadku nie miałabym tego przedmiotu wcale. Nie jestem dobra w załatwianiu takich spraw, nie chcę robić kłopotu. Czyli aż tak zarozumiała też chyba nie jestem.
Wracając do szacunku szkoły wobec czasu uczniów, należałoby zauważyć jedną rzecz. Lekcje nie są intensywne. Większość wypowiedzi nauczycieli można byłoby bez większego uszczerbku wywalić, można byłoby też raz kiedyś wykazać się jakąś stanowczością i nie czekać dziesięciu minut, aż wszyscy dadzą znać, że np. wykonali konkretne zadanie. Ci, co je wykonali, zrobili to już dawno, reszta chyba i tak nie zamierza się uaktywnić. No, chyba, że nauczyciel zada do rozwiązania „coś prostego, tak na pięć minut” - wtedy okazuje się, że czasu nigdy nie wystarcza. Nie wiem w jaki sposób nauczyciele oceniają, co będzie dla uczniów proste, a co trudne, ale prawie nigdy nie trafiają…
Pewnie znajdą się i tacy, co stwierdzą, że przesadzam, że nie może być na lekcjach zbyt ambitnie, że trzeba czekać, aż mniej uzdolnieni sobie ze wszystkim uporają itd., ale to do mnie zwyczajnie nie trafia. Bo najczęściej o żadnych mniej uzdolnionych nie chodzi, ale o tym, którym po prostu się nie chce. To źle, że nie zamierzam płacić swoim czasem za to, że komuś się nie chce uważać?
Bo na lekcjach nie muszę robić prawie nic. Ot, słuchać, czasem coś zanotować, rzadko – pomyśleć i próbować zrozumieć. A nie mogę przy tym sięgnąć po książkę, czegoś pisać, już nawet nie mówię o blogu, który pewnie w tym roku ucierpi, ale i o tym, że wypadałoby w końcu wysłać coś porządnego na jakiś konkurs literacki, najlepiej taki z wysoką pulą nagród pieniężnych. Jeśli nie po to, żeby wygrać, to po to, aby się chociaż ładnie łudzić.
80% wysiłku umysłowego, który generuje szkoła, muszę podjąć w domu. W praktyce wygląda to tak, że wczoraj był jedyny dzień w tym tygodniu, kiedy udało mi się skończyć odrabiać lekcje przed godziną 18, co było dla mnie wielkim powodem do radości i niemałym zaskoczeniem. 
Szkoła zjada mi dwa razy więcej czasu, niż jest to potrzebne. Sprawia, że nie mam siły czytać ani „Charakterów”, ani „Kultury Liberalnej”, a ledwo daje mi przeczytać książkę na tydzień. Sprawia, że od okropnych, pulsujących światłem świetlówek, moje oczy nie przestają być czerwone. Sprawia, że psuje mi się humor, spada poczucie własnej wartości i tego, że mogę cokolwiek zrobić ze swoim życiem. Mam prawo być zła.
Ostatnia rzecz  – jeśli przez cały tok edukacji, począwszy od podstawówki, na liceum skończywszy, dawałam radę, otrzymywałam dobre oceny, wygrywałam konkursy, nie wagarowałam, nie miałam żadnych znaczących i utrzymujących się przez dłuższy czas zaległości i po prostu ogarniałam, nie zamierzam ulec presji i nie dam sobie wmówić, że powinnam się bać matury. Spadajcie więc ze swoim szaleństwem, grzecznie proszę.

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ▼  2014 (72)
    • ▼  grudnia (4)
      • Koci rok
      • Czasami koty są w kolorze barszczu
      • To nie jest recenzja powieści Italo Calvina „Jeśli...
      • Stawiam pytania...
    • ►  listopada (6)
      • Gimbusy i dystopie
      • To nie jest felieton.
      • Lubię chłopców w rurkach!
      • Jak w dwa lata zrazić do siebie ludzi i odzyskać i...
      • Znudzone cięcia
      • Co piętrzy się na siedmiu wzgórzach?
    • ►  października (2)
      • Nie liczę się ze słowami
      • Patrz, jak się zmieniam!
    • ►  września (8)
      • Rzucam wszystko, dołączam do Kwiatonators!
      • Wymagający uczeń
      • O moim uczuleniu na nieznoszący sprzeciwu ton
      • Kot prywatnie
      • A spróbuj mi tego nie przeczytać!
      • Gra w słowa
      • Szkoła, co w rozum ucznia wątpi
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.