• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

ukradzione stąd
Filmy dla młodzieży. To oficjalne – zrobiłam się za stara na filmy dla młodzieży. To znaczy, takiej gimnazjalnej. Bo Xavier Dolan też jest dla młodzieży, ale już zupełnie innej. No nieważne. Bo znowu będzie, że się wywyższam. Wróciłam przed chwilą (oczywiście w chwili pisania tego tekstu) z seansu „Kosogłosa” z przyjaciółmi. Tak, oglądałam dwie poprzednie części. Tak, podobały mi się. Tak, wzruszałam się. Nie, nie czytałam książek, nie przeszkadza mi jednak to w docenianiu „Igrzysk”. Może dlatego, że w tych filmach moją uwagę zwracają szczególnie dźwięki, których nie sposób sobie wyobrazić przy lekturze. No, chyba, że dołączają do książek zapis nutowy, w co jednak wątpię. Mam ciarki ilekroć słyszę kosogłosową melodyjkę. Co ciekawe – podobnie odbieram temat muzyczny z filmów o Harrym Potterze. I nie, na niego nigdy nie będę za stara. Na zawsze Potterhead. Czy coś.
Wracając do „Kosogłosa” – wydaje mi się, że wyłączając w sobie opcję „refleksje” film bardzo by mi się podobał. Bo chwytał za serce, nie pozwalał obojętnie patrzeć na zgliszcza dystryktów, na bombardowany szpital, na cierpiącego Peetę, na kierowaną sprzecznymi emocjami Katniss. Ale pozostawiłam mózg włączony i śmiać mi się chciało, gdy słyszałam dumne mowy o wspólnym dobrobycie, który nastanie, gdy wszystkie dystrykty zjednoczą się, by powstać przeciwko Kapitolowi. I czy tylko mi nazwa Kapitol niebezpiecznie kojarzy się z kapitalizmem? I z niesprawiedliwością społeczną, nierównościami i tym, że jedni żyją w nędzy, aby inni mogli pławić się w luksusie? Ech…
Fakt, że fabuła całej serii o Igrzyskach Śmierci nawiązuje do historii, wydaje się być oczywisty, i to jest super, i tę myśl zamierzam jeszcze rozwinąć, ale wydaje mi się, że ktoś czegoś nie przemyślał – to znaczy, pokręcił się nieco w wyborze strony, którą popiera. Bo kierowanie do młodych ludzi komunikatu „uważajcie na antyutopie” stawiając w opozycji… utopię, jest co najmniej nierozsądne. Mam nadzieję, że to się jeszcze jakoś odkręci w następnej części tej ekranizacji,  może mi ktoś kochany zaspojlerować, jakie jest zakończenie w książce, aby mogła spać spokojnie.
Cieszy mnie to, że przez ostatnie lata w filmach i literaturze młodzieżowej wyodrębniło się coś na kształt nowego gatunku – antyutopii młodzieżowej. Pojawia się krytyka systemu, walka o wolność, o prawo do odmienności. Promocja oporu i walki. No i właśnie – nawiązywanie do historii, która może jeszcze potencjalnych odbiorców nie zdążyła zainteresować. Z kolei popularność tego nurtu jest znakiem, że jednak nie wszystkim zależy na młodych – bezrefleksyjnych, którzy potulnie będą siedzieć w domu i spłacać kredyty. Racja, to wszystko jest z reguły okropnie schematyczne, bo zwykle mamy zakochaną protagonistkę, która nieco różni się od reszty społeczności, mamy wadliwy system, ogłupionych ludzi. Chwile zajęło mi przypomnienie sobie wszystkich filmów, które przez ostatnie lata obejrzałam lub o których słyszałam, a które się na tym schemacie opierają. Lub podobnym – czasami zamiast protagonistki, jest protagonista i czasem film okazuje się nie być ekranizacją bestsellera. Tak, już pamiętam: „Intruz”, „Niezgodna”, „Elizjum”, „Dawca pamięci”. I „Igrzyska”
I wiecie co do mnie dotarło? Za ich sukcesem kryje się ich oderwanie od rzeczywistości. To znaczy, osadzenie w zupełnie innej, futurystycznej, post-apokaliptycznej, majaczącej ludziom jako przestroga. Bo kiedy mamy film, którego akcja toczy się w, że tak powiem, środowisku historycznym, narzekamy, że bohaterowie mają ładne włosy, czyste zęby i że są naiwni, i że już pięć razy powinni zginać. Mam na myśli oczywiście „Miasto 44” – skierowane w ten sam target i posługujące się tymi samymi środkami. I niewmawiające, że powstania są super i że jest szansa ma wszech-dobrobyt. Nie, ostatniej sceny tego filmu nie należy brać na serio. Topos rzeki, moi drodzy.
Ale wiecie, pomijając to całe moje narzekanie, cieszę się, że gimnazjalistki są dziś bardziej zainteresowane silnymi bohaterkami walczącymi z systemem, niż miłością wampirów, wilkołaków i innych uroczych stworzonek.

Szczere Kocisko
Felieton. Prawie dwa lata temu poproszono mnie o to, bym napisała felieton. I to słowo brzmiało absolutnie magicznie. Felieton. Oczywiście już wcześniej niejednokrotnie miałam z nim styczność – słyszałam od mamy, że ma do napisania jakiś albo, że w którejś gazecie ukazał się szczególnie ciekawy. I jasne – czytałam felietony. Ale  f e l i e t o n  i  ja?  Czy to możliwe? Jak to możliwe? Co zrobić? Od czego zacząć? O czym? Nie czekając, aż znajdą się odpowiedzi na te pytania, siadłam i napisałam. I od razu po kociemu – złośliwie, kąśliwie, hiperbolizując i podśmiewając się. Poszło. I doszło, to jest, trafiło. Postanowiłam: to ja może się przy tym zatrzymam.
Ale to słowo wydawało mi się za duże. Łatwiej było – wpis, post, coś, cokolwiek, nic – bez zobowiązań machnąć. Można się było za tym schować. Bezpiecznie. Bo wydawało mi się, że za  f e l i e t o n e m  idzie jakaś tajemnicza, bliżej nieokreślona, ogromna odpowiedzialność. Bo to już takie prawie dziennikarstwo. Nie, ja nie piszę felietonów, piszę wpisy.
I nagle zaczęłam słyszeć, że jednak nie. Od nauczycieli, że felietony. Od znajomych, że felietony. Od obcych, że felietony. No bo niby co innego, skoro tak złośliwie i tak subiektywnie. W dodatku lekko. A ja wybałuszałam oczy i jak to, lekko? Bo wcale nie pisze mi się lekko. Gdyby przychodziło mi to z łatwością, pisałabym dwa razy częściej i trzy razy bardziej rozwlekle. W zasadzie, mogłabym stanąć w konkursie na najpowolniej piszącą blogerkę. Choć wątpię, czy zdążyłabym się do takiego konkursu zapisać (żarcik). Już się trochę z tym pogodziłam – piszę powoli. Chyba, że w grę wchodzą silne emocje, czy jakaś potrzeba natychmiastowego podzielenia się z całym światem wszystkim, co w głowie. Tak, jak ostatnio na prywatnym Facebooku w sprawie „Miasta 44”. Ale wiecie, co? Właściwie to nigdzie mi się nie śpieszy.
Dużo łatwiej jest powiedzieć – napisałam opowiadanie, napisałam miniaturę, napisałam wiersz. Bo nawet jeśli wyszło beznadziejnie trzeba przyznać, że ta kupka gruzu tu obok to właśnie opowiadanie/miniatura/wiersz (niepotrzebne skreślić). Bo przyjmuję do wiadomości istnienie beznadziejnych wierszy, drętwych, gimbusiarskich opowiadań. A felieton siedzi mi w głowie jako coś, podstępnego, co zdaje się mówić - To ja, zajawka, rozkmina, podjarka, EP-ka i wprawka, przymiarka, zabawka, a z drugiej przypomina słowa ulubionego nauczyciela, że słaby, źle napisany, nietrafiony, niewyczuty felieton to nie felieton. No i jak ja mam ufać swoim plączącym się słowom?
Cały czas staram się opanować technikę składania sylab, wyrazów i zdań tak, aby ktokolwiek miał przyjemność z tego, że je słyszy/czyta i abym ja miała przyjemność z tego, że je wypowiadam/piszę. I wydaje mi się, że jeszcze nie idzie mi najlepiej. A potem bez  przygotowania wychodzę na środek klasy, gadam – sama nie wiem, czy mądrze – a potem klaszczą i mówią, że super. I komu ufać?

Szczere Kocisko
Nie, to piękne San Marino nie ma żadnego związku z tematem ;)
<3
Odważne wyznanie? W końcu ja tylko takie. Ale nauczeni doświadczeniem moglibyście się spodziewać, że tytuł okaże się zgrabną hiperbolą. My, blogerzy, lubimy zwracać uwagę. Oczywiście bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że nie mam nic do chłopców w  rurkach, ale proszę, kto by to przeczytał?
To prawda, nie mam nic do chłopców w rurkach. Podobnie, jak nie mam nic do dziewczyn w leginsach. Dopóki nie wyglądają obscenicznie, nie ma się do czego przyczepić. Bo i po co? Już dawno oduczyłam się takiego oceniania innych. Nie widzę potrzeby, skoro jest tak wiele innych powodów by ich nie lubić.
Może powinnam zacząć od tego, że zupełnie gdzieś mam to, jak powinien wyglądać „prawdziwy mężczyzna”, czego powinien słuchać, jak się zachowywać i czy może nosić ze sobą jakąkolwiek torbę poza tą sportową, wypchaną żarciem, ubraniami w siłownię, białkiem w proszku i ręcznikiem. W zasadzie to skłaniałabym się nawet ku ocenianiu pozytywnie cech uznawanych w pewnych kręgach za „niemęskie”. Bo niech człowiek o siebie dba, lepszy jest pedantyzm, niż bycie fleją. I niech będzie pozytywny, wrażliwy i miły, bo samczości, toporności i porywczości nie trawię. I długo tak można wymieniać…
A same rurki? Ludzie zwykle krytykują je na zasadzie co to się dzisiaj ze światem dzieje, chłop jak baba chodzi. Tylko wiedzie co? To nie jest wynalazek ostatnich lat. Przypomnijcie sobie chociaż średniowieczne, przylegające do ciała nogawice, renesansowe łydeczki w pończoszkach. Tak, historia spodni zaczęła się od „prototypu” rurek. Co mamy dalej? Żołnierskie, kawaleryjskie bryczesy, znów obcisłe, nawet w swojej szerszej wersji ciasno opinające łydkę. Albo znajdujące swoje źródło już w pierwszej połowie XX wieku spodnie „cygaretki” lub „rury”. Brzmi znajomo? No to dalej - bikiniarze nosili wąskie spodnie, punki nosili wąskie spodnie, skinheadzi nosili wąskie spodnie – potwierdzone info. W latach 70. rurki nosili głównie mężczyźni. Taki Mick Jagger, na przykład. Strasznie zniewieściały typ, co?
Czy obecni skini chcieliby
wklepać tym oryginalnym?
Ale wiecie? W sumie mogłabym nawet olać cały kontekst historyczny i powstrzymać się od tłumaczeń, że Maja Koman w swojej piosence "Babcia mówi" przesadza, że rurki, te biedne, hejtowane niemiłosiernie rurki, wcale nie są tu oto bardzo niepokojącym sygnałem, że cała populacja niebawem wymrze, że nie ma już prawdziwych facetów (cokolwiek to okropne określenie oznacza!), tylko – uwaga, uwaga – krojem spodni! Niczym więcej. Nie są czynnikiem wartościującym człowieka, określającym jego płeć, tożsamość, orientację, nic zupełnie! Są częścią garderoby, która jest popularna, gdyż podkreśla cechy preferowane w społeczeństwie – szczupłość. Bo tak, niby wszyscy jesteśmy teraz all about that bass, ale nie oszukujmy się, większość tę szczupłość ceni. Źle mówię?
Jedyny problem pojawia się, kiedy ktoś nie potrafi dostosować swojego ubioru do sytuacji – i dotyczy to zarówno dziewczyn, kiedy śmigają po szkole w prześwitujących leginsach i przykrótkiej bluzce, szczątkowej formie spódniczki lub sukience, która więcej odsłania niż zasłania, jak i chłopców, którzy notorycznie na uroczystości oficjalne ubierają jeansy -nieważne jakiego kroju. Tyle ode mnie.

Szczere Kocisko

Dziś będzie inaczej. Zapraszam Was na kawę. Jeśli nie pijacie, może być herbata. I ciastko – wszyscy lubią ciastka. Chcę porozmawiać z Wami wielką literą i poopowiadać trochę o sobie, małą. No tak, robię to nagminnie, robię to stale i robię to z rosnącym upodobaniem. Bo lubię siebie coraz bardziej. Na przestrzeni kilku miesięcy fajna dziewczyna ze mnie wyrosła.
Jestem introwertykiem, dla którego głównym i najbezpieczniejszym kanałem wypowiedzi jest tekst. Nie, nie internet, choć to w nim dzieje się cała magia i słowa trafiają do adresata. Internet nie jest dla mnie żadnym innym, fajniejszym, bardziej kolorowym, bardziej ciekawym światem. Jest narzędziem. Mówię tak na wypadek, jakby ktoś miał wątpliwości. Tak, jestem introwertykiem, ale lubię ludzi, lgnę do nich, chętnie poświęcam im uwagę, dbam i cieszę się, gdy czasem okazuje się, że to działa w obie strony. Funkcjonowanie w grupie traktuję trochę jak grę, skomplikowaną rozgrywkę. Bo nie jest mi wszystko jedno, co robię, z kim robię i jaki będzie tego skutek. Planuję. Wyznaczam cele. Nie na zasadzie odhaczania zadań do wykonania i nie po to, aby bezrefleksyjnie zebrać określoną ilość doświadczenia. Raczej po to, aby ciągle się udoskonalać, aby się przełamywać, aby móc się czegoś nauczyć. Aby być świadomą swoich czynów, tego, jak się na mnie odbijają i czy czynią mnie szczęśliwą. I muszę przyznać, że pierwsze dwa lata w liceum rozegrałam źle. I jest mi wstyd, że tak konsekwentnie odpychałam od siebie ludzi. Uciekałam przed wszelkimi konfrontacjami, zachowywałam się głupio i dziecinnie, nie dawałam się poważnie traktować. Pełna kreacja na zagubionego bachorka. Udało mi się - po pewnym czasie przestali próbować…
…a ja zaczęłam narzekać na brak znajomych. No cóż, nieźle się na to napracowałam. I kiedy wszyscy chodzili na szkolne (i pozaszkolne) imprezy, bawili, nawiązywali znajomości, miksowali się między sobą, kłócili, godzili, żyli, ja kisiłam się we własnym sosie, często uderzając w płacz, pełna świadomości, jak bardzo marnuję czas.
Czuję, że dopiero kilka miesięcy temu, dokładniej mówiąc, po olimpiadzie, dojrzałam do liceum. Tak, jakbym gdzieś w konstancińskim hallu u Pallotynów porzuciła wewnętrznego gimbusa. Wybaczcie, uderzyłam w patos, sama tego nie znoszę. Jednakże nie da się ukryć - wydoroślałam, zrozumiałam, w czym jestem dobra i co jest we mnie dobre, zaczęłam się rozwijać. Nauczyłam się uśmiechać się do ludzi, przytulać ich na pożegnanie (tak, to wcześniej był wielki problem), spotykać się, bawić. I poszłam w zeszły piątek na, odbywający się w mojej szkole co roku, bal niepodległościowy, tańczyłam, śmiałam się i w moim odczuciu wyszło fajnie, ale wciąż czuję się mniej pewnie, niż bym chciała. Ciągle okropnie boję się wyglądać głupio. Najchętniej cały czas miałabym przed sobą lustro, by widzieć się w nim tak, jak widzą mnie inni i kontrolować to, bo nie potrafię przejrzeć się w czyichś oczach. Dalej obawiam się ośmieszenia. I podchodzenia do ludzi. Tańczenia. Nie chcę być jedną z tych osób, które są stałymi obiektami drwin (nie udawajmy, że nie ma takich, jesteśmy przecież razem na kawie) i znoszą je jak męczennicy z podniesioną głową i stale próbują się wpasować. Nie chcę też dać wepchnąć się w szereg i zrezygnować ze swojej podmiotowości. Czego więc chcę? Przede wszystkim tę podmiotowość pielęgnować i nadawać jej kształt. Poczuć się swobodnie i pozbyć męczącego poczucia, że ciągle wszystko na marne.
Działam. Mam tu jeszcze kilka miesięcy. I daję radę! Z każdym tygodniem jestem trochę bardziej i trochę lepsza. I mam trochę zdrowsze podejście. Małe kroczki. Do przodu. I chociaż klasa maturalna to dla wielu ludzi czas na uspokojenie się, czas zawiśnięcia nad książkami i rozwiązywania próbnych matur, ja mam inne zaległości do nadrobienia. Nie chcę wyjść z tej szkoły pozbawiona wspomnień.
Aha, pamiętajcie - nie dajcie sobie wmówić, że ludzie są nie dla Was. Że bycie przy nich, między nimi, to dyshonor, jakieś minus sto do inteligencji i całkowita kaszana. Czasem da się ich lubić. Kubek stoi smętnie pusty, idę. Czasem da się mnie lubić. 

Szczere Kocisko
Złe Kocisko, próbujące ukryć złe włosy
Fryzjer to problem. Straszny problem. I przy moich krótkich włosach – niestety – nie do ominięcia. Bo o ile przycinać końcówki na równo mogła mi mama, a grzywką zarządzam ja sama, to obecnie bez codwumiesięcznej wizyty w zakładzie fryzjerskim, tym smutnym miejscu, gdzie kończy się moje ładne wyglądanie, się nie obejdzie. I choć pierwszą wizytę u fryzjera po mojej kilkuletniej nieobecności spowodowanej zapuszczaniem tych połamanych kłaków i nadzieją, że kiedyś będą przecudne i równe, wspominam bardzo dobrze, muszę to powiedzieć: każda następna jest gorsza.

Krąży po internecie i w literaturze taka opinia, jakoby kobieta, zmieniając swoją fryzurę, manifestowała zmiany, które zachodzą w jej życiu, światopoglądzie, sercu. Coś w tym niewątpliwie jest. Moim zdaniem jednak, nie chodzi tu o komunikat kierowany w stronę całego świata, że hej, jestem wolna/szczęśliwa/inna/dojrzalsza/mniej dojrzała/zagubiona czy cokolwiek w tym guście, ale o przekonanie siebie, że zmiana NASTĄPIŁA, że coś się zaczęło, zmieniło, skończyło i że trzeba o tym pamiętać. Że trzeba to trochę celebrować, nie przechodzić tak od razu do porządku dziennego.

I kiedy nadszedł moment, w którym uznałam – chcę mieć włosy jak Daisy Buchanan w nowym „Gatsbym” skrzyżowana z Louise Brooks, skrzyżowana z Eleną Tonrą z zespołu Daugther (do której mi chyba wizualnie najbliżej, ze względu na epokę chociażby, mimo że usilnie staram się być nieco anachroniczna) nie poczekałam nawet dwóch dni, tylko siadłam na tym niewygodnym, fryzjerskim krześle, zademonstrowałam zdjęcia i po chwili pozbyłam się tego niepotrzebnego balastu w postaci kilkudziesięciu centymetrów tych nitkowatych tworów naskórka, uznawanych w naszym społeczeństwie z niewiadomego powodu za ładne. Było przegenialnie! Włosy fajnie „skakały” tył był króciutki, reszta lekko za brodę, żadnego niepotrzebnego cieniowania, grzywka nietknięta. Szkoda, że następnym razem ta sama fryzjerka nie potrafiła już powtórzyć tego efektu. Zapytała robimy znów taki garnuszek?, ja wydukałam, że tak, ale garnuszek wyszedł już zupełnie inny. Brakowało mu bowiem lekkości, struktury, z której byłam tak dumna, no i… symetrii!

Tydzień temu poszłam ciąć się po raz kolejny, bo od początku roku szkolnego zarosłam jak stary rower w krzakach. I dopóki włosy były mokre, pracę miłej, roześmianej pani oceniałam pozytywnie. Aż zaczęła mnie suszyć i… chwyciła za nożyczki do cieniowania. Ałć. Zrobiła ze mnie Kiwaczka bez uszu (ja wiem, że i tak wyglądam jak tenże stworek), ewentualnie kota w czapce z grejpfrutowej skórki. Jeszcze tego samego wieczoru sama sięgnęłam po nożyczki, bynajmniej nie fryzjerskie, i z pomocą mojej mamy zaprawiłam nieco… to coś.

I teraz – o co mi chodzi? A no o to, że nie rozumiem, dlaczego dziewczyny z internetu mają trzy razy większą wiedzę na temat tego, jak i co się z włosami robi, niż panie trudniące się fryzjerstwem. Dlaczego, kiedy wiadomo, że nie lepiej włosów nie cieniować, robią to? Dlaczego, kiedy klient wie dokładnie czego chce i jaki będzie uzyskany efekt, olewają go? Dlaczego tną, jakby zapatrzyły się na katalogi z samego początku XXI wieku, który moim zdaniem był najgorszym stylistycznie, najbardziej wieśniackim momentem kiedykolwiek?

Sytuacja podobna, jak z opisywanymi przeze mnie w poprzednim wpisie przewodnikami. Tak, jak oni, mogą nie mieć gustu, mogą być niezainteresowane/ni (choć zauważyłam, że faceci fryzjerzy są z jakiegoś powodu chyba trochę lepsi) swoją pracą, mogą lecieć mają w głębokim poważaniu klienta i mieć nadzieję, że swoim donośnym głosem, śmiechem i ekspansywną osobowością odepchną od siebie wszelkie pretensje i zatuszują swoje błędy.

Co mi pozostaje? Prosić o jak najprostsze cięcie, wracać do domu i przez następne dni nanosić poprawki, sprawdzać, jak włos zachowuje się sam z siebie, jak się układa i… czym można zamaskować przedmiot swojego niezadowolenia. Tak, ostatnio kupiłam sobie wałki i kręcę niechlujne loki… Jest lepiej!
Chyba nie muszę nikomu przedstawiać?
Zawsze twierdziłam, że wiele mi do szczęścia nie potrzeba. Naprawdę, jestem jedną z tych osób, które potrafią cieszyć się jak głupi do sera… no właśnie, do sera; które cenią sobie szczegóły, niepowtarzalność i ulotność chwili… Coś za ładnie się o sobie wypowiadam, pozwólcie więc, że przejdę do sedna. Mój tygodniowy pobyt we Włoszech z pierwszej połowy października nie mógł nie odcisnąć na mnie jakiegoś piętna. Z tymi moimi reminiscencjami, skłonnością do hiperbolizacji, toną sentymentów i rosnącą chęcią zmiany otoczenia?
Najbardziej bawi mnie w tym wszystkim to, że po to pojechałam na zorganizowaną wycieczkę, pełną miast, miejsc, kościołów, pomników, fasad, fontann, historii, relikwii, aby docenić urok zapyziałego miasteczka, obskurnego albergo (czyt. hotelu) bez okien ani kabin prysznicowych i kradzionych owoców granatu. Bardziej ironicznie i hipstersko wyjść nie mogło. I nie chciałabym zostać zrozumiana w tym momencie źle – nie chodzi o to, że ta cała masa zabytków, dzieł sztuki i świadectw historii nie zrobiła na mnie wrażenia – zrobiła! Wzruszyłam się w kaplicy sykstyńskiej, rozpłynęłam się z radości, dotknąwszy po kryjomu (tak, jasne) Jezusa Zmartwychwstałego Michała Anioła, denerwowałam się na przewodniczkę, gdy nie chciała zatrzymać się przy Piecie… To coś znaczy. Ale nie zaskakuje – na długo przed zajęciem miejsca w autokarze, który szczęśliwie woził nas po Italii, wiedziałam, co mniej więcej będę miała okazję zobaczyć i jak bardzo będzie mnie to napełniać radością. Czekałam na tę konfrontację moich wspomnień, wyobrażeń, Włoch wykreowanych przez Assassin's Creeda i rzeczywistości. O wielkiej burzy w Montecatini, granatach, Fiano Romano i hotelowych schodach pożarowych nie miałam pojęcia. Nie wiedziałam też, że będę miała okazję dowiedzieć się, jak to jest, gdy ktoś rzuca kamyczkami w czyjeś okno. Nawet jeśli kamyczki okazały się orzeszkami ziemnymi, a osnuty tajemnicą ktoś, kumplem, zdecydowanie jest co wspominać. I choć te wszystkie rzeczy mogą brzmieć trywialnie, to właśnie one wybijały się spomiędzy tej całej zabawy w turystę. I to jest autentyczne. I będę powtarzać to do zdechu: to jest odkrywanie!
Lubię podróżować. Podróżowanie nie jest już niczym dziwnym, masa ludzi to robi, masa ludzi to lubi, ale masa wciąż nie zauważa jednego – nie poznasz niczego we słuchawką w uchu i oczkami wlepionymi w majtającą się w oddali chustkę na patyku, próbując nie zgubić się w tłumie i nie zostać okradzionym (chowajcie nerki!). Nie kupuję tego na dłuższą metę. Choć to i tak lepsze niż smażenie się na leżaku przed hotelem i popijanie drinków z palemką, bo all inclusive, więc jak szaleć to szaleć.
Nie lubię przewodników. Współczuję im. Bo są w pracy i nic nie mogą na to poradzić. Bo rzeczy, które pokazują, nie budzą w nich już chyba żadnych emocji. Bo mają swoje gusta i może zdarzyć się, że oleją jedną z genialniejszych rzeźb, jakie w ogóle istnieją, bo co to to takie za szybą jakieś niewyraźne. Bo swoją niewiedzę próbują zakryć pewnością w głosie. I mylą daty. A przecież na siedmiu wzgórzach piętrzy się Rzym i to wcale nie jest takie trudne!
Naprawdę bardzo cieszę się, że miałam okazję tam pojechać. Dzięki temu nabrałam przekonania, że trzeba będzie kiedyś powrócić, obejść wszystko po swojemu, swoim tempem i swoim zachwytem. Nauczyłam się również (po raz kolejny), że aby komfortowo przespać kilka nocy w jakimś miejscu, niepotrzebne są ładne meble w pokojach, kołdry ani kabiny prysznicowe, a śniadanie w postaci dwóch suchych bułek z nutellą daje radę, podobnie jak bruschetta na lunch i dwudaniowy, przesolony obiad w godzinach mocno popołudniowych (19-22). I nie ma tu ani krzty sarkazmu z mojej strony! I wiecie, co okazuje się najważniejsze w podróży? Ludzie! Bo bez tych odpowiednich, ani posiłki, ani zabytki, ani wieczorne spacery, ani tym bardziej wygłupy wszelakie nie miałyby sensu. No kto by pomyślał?

Szczere Kocisko


Asyż


Laguna Wenecka


Florencki street-art
Najpyszniejsza kawa pod Panteonem

  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ▼  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ▼  listopada (6)
      • Gimbusy i dystopie
      • To nie jest felieton.
      • Lubię chłopców w rurkach!
      • Jak w dwa lata zrazić do siebie ludzi i odzyskać i...
      • Znudzone cięcia
      • Co piętrzy się na siedmiu wzgórzach?
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.