• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko


  Oto zbliża się nieuchronny koniec przerwy świątecznej i co? Rozumiem, że wszystkie plany zrealizowane, wszyscy odwiedziliśmy lekarza, z którym i tak zwlekaliśmy długo, zrobiliśmy projekty, zanim czas będzie naglić, posprzątaliśmy tą tajemniczą szafkę, w której kryje się niewiadomoco, znaleźliśmy czas na rozwinięcie swojej nowej pasji oraz przyłożyliśmy się do ćwiczeń, aby zrzucić to, co przyniosło gwiazdkowe obżarcie. Bzdura! Jestem przekonana, że wielu z nas nie kiwnęło nawet paluszkiem. Mam się pogniewać?
  Kiedy zauważyłam, że środa magicznie przemieniła się w niedzielę, ogarnęło mnie lekkie przerażenie i zdenerwowanie. Tyle miałam przecież zrobić, tyle zacząć, tyle skończyć. Początek przerwy świątecznej był dosyć nerwowy, fukałam na około, nie wiedząc w co ręce włożyć. Jak tek ten przysłowiowy głupek, co biega z pustą taczką w tę i nazad, i jest tak zapracowany, że nie ma czasu rzeczonej taczki załadować. Teraz dochodzę do wniosku, że fizycznie wykonalną część moich planów da się załatwić w jeden dzień. Po co był stres?
  Nie wiem po co, ale myślę, że należy obwiniać ludzką naturę. Bo co było impulsem do odkrywania, wynajdowania i szukania, gdy jeszcze siedzieliśmy w jakże przytulnych jaskiniach? Ułatwianie sobie życia, droga na skróty, lenistwo.  Więc perspektywa robienia czegoś w czasie teoretycznie wolnym może budzić panikę. To już lepiej poganiać w pustą taczką. Ale z kolei tak ganiając, można uwierzyć w to, że rzeczywiście wykonuje się bardzo ważne i konieczne do prawidłowego funkcjonowania zajęcie.
  Więc co? Może lepiej zupełnie nic nie robić? Oj nie. Nie ze mną te numery. Wystarczy się uspokoić, zapalić… zapachową świecę, oczywiście! Wyrzucić znerwicowane myśli z naszej taczki i zapełnić ją mądrze, logicznie. I znaleźć czas na odpoczynek, uśmiech. Cytując moją nauczycielkę historii „Macie akurat tyle czasu, że i do kina, i na dyskotekę pójdziecie, i projekt z historii dacie radę zrobić”. Więc czemu mielibyśmy nie dać rady?
  Zaczęłam zastanawiać się, czy pośpiech dzisiejszego świata nie jest tylko pozorem. Czy przypadkiem ludzie nie biegają ze swoimi pustymi taczkami. I miedzy łykiem kawy, a kęsem kanapki po prostu nie mają czasu, by zauważyć, to co mieli do nich załadować, leży gdzieś obok i spokojnie czeka. A takie czarne dziury, co pożerają całe tygodnie, mają za zadanie po prostu zaskoczyć naszych - tak bardzo zajętych – ludzi. Żeby załadowali taczki.
Szczere Kocisko

  Kim jest geniusz? Niezwykle utalentowanym artystą, naukowcem, odkrywcą, noblistą, rewolucjonistą? A może dzieckiem, które pani od matematyki ochrzciła nim przy całej klasie, bo jako pierwszy oddał sprawdzian z matematyki, a ponadto dostał z niego szóstkę? Może inaczej… Czy dobrze być geniuszem? Być ponad? Wyprzedzać epokę o sto lat, nie mieć sobie równych?
  Zastanówmy się, co to znaczy nie mieć sobie równych. Być sam. Tylko ze swoim wyprzedzającym epokę mózgiem. W takiej sytuacji jakiś przyszłoepokowy, samotny mózg nawet z nudów coś wymyśli. Jednocześnie muszę przyznać, że dzisiaj trudniej być geniuszem. Nie, nie zamierzam narzekać na świat, w którym żyję, na otaczającą mnie rzeczywistość. Nic z tych rzeczy… Przypomnijmy sobie jednak renesans. Po średniowiecznej ciemności na nowo zaczęto odkrywać człowieka, myśleć o nim, poznawać świat. A świat oferował tyle do poznania! Najbardziej charakterystyczny renesansowi geniusz – Leonardo da Vinci. Co robił? A czego on nie robił?! Jego nieprzeciętny intelekt nie pozwalał skupić się na jednej dziedzinie. Malarstwo, rzeźba, poezja, architektura, filozofia, muzyka, matematyka, mechanika, anatomia, geologia… Wszystko!
  Mijają stulecia, technologia coraz bardziej zaawansowana, nauka idzie dalej i dalej, a na jednego geniusza przypada coraz mniej rzeczy do odkrycia, coraz więcej czasu poświęcanego na poznanie tego co już odkryte. Już nie będzie Leonarda. Nie ma szans. Geniusz nie rozwinie swoich skrzydeł, co najwyżej jedno piórko. Jedna dziedzina. No, czasem dwie. Teraz ludzie od wszystkiego są do niczego. Humanizm jest utożsamiany z niechęcią do matematyki i bezsensownym kuciem. Więc nasi sławni ludzie renesansu przewracają się w grobach. A ci żyjący? Ci to mają problem. Muszą wybrać. Inaczej są „do niczego”. To chyba cena postępu. A może tylko podatek…
  Czy geniusze wyginą? Możliwe, wujek Darwin mówił że przeżywa najlepiej przystosowany. A oni nie są przystosowani do świata jednej dziedziny. A co będzie, jak już odejdą? No… Koniec. Dość trudna sytuacja, prawda?
  Czy ktoś z was – co bardziej rozgarnięci czytelnicy – chciałby być genialny? Łapki w górze? Oj źle, źle… Jak żyją geniusze? We własnym świecie. Często muszę poświęcić swoją ludzką naturę, tak myślę, rodzinę. Wydaje mi się, że ludzie w ich otoczeniu też radością nie tryskają. Żyć z introwertykiem, szaleńcem, pracoholikiem? Żadna sielanka, wena i napawanie się. Nic z tych rzeczy! Dobrze, a jak umierają ludzie genialni? Na chorobę popromienną na przykład. A niektórzy nie, niektórzy radzą sobie sami. Albo, powiedzmy, odcinają sobie ucho. Albo i to, i to.
  Czy edukacja ma na celu wydać jak najwięcej jednostek wybitnych? Oczywiście! A czy stara się zapobiegać patologii, dbać o zdrowie psychiczne podopiecznych, stworzyć w miarę zdrowe społeczeństwo? A jakże, stara się! I jak ma się jedno do drugiego? Nie mam pojęcia, ale im dłużej o tym myślę, tym większe mam wątpliwości co jest lepsze: być smutnym Sokratesem, czy szczęśliwą świnką?
Szczere Kocisko

  Przedświąteczna gorączka  - w tym roku jeszcze gorętsza, ponieważ przygotowania do świąt mieszają się z przygotowaniami do końca świata. Wydaje mi się, że koniec świata wyklucza nadejście Gwiazdki, więc o co chodzi? Dlaczego nie uznano „Dobra, świąt nie będzie nie ma po co wydawać pieniędzy na prezenty, zaraz zjedzą nas zombie, albo przeniesiemy się do bezpiecznych schronów przeciwatomowych.”? No cóż, wiadomo, że koniec świata nie nastąpi, w każdy razie nie w ten piątek, bo po co? Wystarczy nam rozkoszowanie się myślą, nie tyle o samej apokalipsie, co o postapokaliptycznym życiu.
  Zauważyłam że motyw świata po końcu świata, stał się niezwykle modny, intrygujący i rozchwytywany. Szczególne zainteresowanie wzbudza świat stworzony przez Dmitrija Głuchowskiego, świat metra, świat szczurów, mchu i pieczarek. Podziemna dżungla, gdzie przeżywa najlepiej przystosowany. Muszę przyznać że sama uległam modzie na „Metro 2033”, bo o nim mowa. I gdyby zasugerować się czasem akcji tej powieści, „coś” powinno się wydarzyć lada chwila, jednak wolę nie zawierzać literackiej fikcji.
  Zastanawiam się nad fenomenem przywołanej już książki. Bo fenomen jest realny. Powstają, sprzedające się jak świeże bułeczki, wariacje na jej temat, wydawane są nieznane zakończenia przedstawionej historii, można w „Metro” zagrać, można je obejrzeć…  Jednak, jak już wspomniałam, w tej rzeczywistości – ładnie nazwanej „Uniwersum” – przetrwać może tylko najsilniejszy, najsprytniejszy i obdarzony choć odrobiną szczęścia. A tego przecież się nie lubi. Żyjemy w demokracji, a jednak ludzie dalej chcą wszystkiego dla wszystkich. Widać to na przykładzie szkoły. Najlepiej aby nauczyciel nie próbował nikogo oceniać, ani krytykować, no bo jakim prawem?! Kto mu pozwolił mówić, że Iksiński poradził sobie z czymś lepiej, niż Zetowska?! Niestety ludzie boją się rywalizacji. A dla mnie, to właśnie ona sprawia, że coś chce się robić. Kto zmusiłby się do przeczytania „Pana Tadeusza”, gdyby znajomość lektury nie podlegała ocenie? Oczywiście sprawa miała by się inaczej, gdyby ktoś był gorącym fanem Mickiewicza i czytał jego poemat z zapartym tchem. Jednak wbrew dość powszechnej opinii, zajmowanie się wyłącznie tym, co nas interesuje lub sprawia przyjemność nie jest najlepszą drogą.  Czy to nie poznawanie rzeczy, których nie lubimy, kształtuje w nas zainteresowanie czymś, co lubimy?
  Zaczęłam od tego, że zbliżają się święta, następnie popłynęłam w mętne rozważania o końcu świata i skończywszy na niechęci ludzi do rywalizacji, zamierzam spleść to w całość. Więc, jeśli koniec świata nie nadejdzie wraz z końcem tygodnia, możecie rozsiąść się przed wigilijnym stołem i otrzeć czoła – nie walczymy o przetrwanie, co najwyżej o najlepszy kawałek karpia. Spokojnie.
Szczere Kocisko

  Jęczybuła i Dziad Maruda. Żyją w każdym z nas, bo jak wiadomo, jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. Jestem nawet w stanie powiedzieć, że jeszcze się taki nie urodził, któremu dało by się w stu procentach dogodzić. Zwykle po chwilowym okresie radości, spowodowanej opcjonalnie: miłością, ogólnym dobrobytem, udaną pracą, czy oceną celującą z języka polskiego, człowiek zaczyna doszukiwać się dziury w całym.
  Klasyczny cykl koniunkturalny dzieli się na 4 fazy. Ożywienie, kiedy PKB zaczyna wzrastać, następnie rozkwit, kiedy znajduje się na najwyższym poziomie w cyklu, jest pięknie, cudownie, niech trwa, trwa, trwa... Ale chwila, nie może tak trwać, gdyż następnym etapem jest kryzys. Lecimy na łeb, na szyję, i wydaje się, że będziemy tak spadać, dopóki nie roztrzaskamy się o twardą, kamienną posadzkę hallu giełdy (jeszcze mówię o ekonomii). Ale w klasycznym cyklu nie przewidziano roztrzaskiwania się, przewidziano za to depresję. Czyli co? Utrzymywanie się wskaźnika PKB na równym, niskim poziomie. Kijowo, ale stabilnie. Co nas czeka, po depresji? A, tu niespodzianka – kolejne ożywienie! A potem kolejny rozkwit, tym razem nasz wskaźnik sięgnie jeszcze wyżej. No kto by się spodziewał?!
  Co prawda, w ekonomii wspomniany cykl funkcjonuje jedynie w teorii, za to w praktyce całkiem nieźle sprawdza się, gdy zacznie się obserwować ludzi. I o ile nie mam powodu do krytykowania kogoś, z tytułu gorszego nastroju (jest on naturalny, nie ma człowieka, któremu nie zdarzyło się wątpić, nieważne w co), muszę powiedzieć: „Nie umiemy doceniać tego, co mamy!”. Jeśli każde ożywienie prowadzi do coraz większego rozkwitu, ludzie powinni być coraz szczęśliwsi. Jednak tak przyzwyczajamy się do szczęścia, że sięgając po nie coraz wyżej i łapiąc coraz więcej, nawet go nie zauważamy…
  Optymistycznie - nigdy nie jest tak źle żeby nie mogło być gorzej i nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Człowiek nie daje się nasycić, może to instynkt przetrwania każe mu wybrzydzać, aby umacniać swoją pozycję i poszerzać bezpieczną strefę? Ale poszerzanie bezpiecznej sfery – sacrum – w nieskończoność prowadzi do wyprania jej z wartości. Bo skoro sacrum sięga po horyzont, po profanum ani widu, ani słychu, to czym w ogóle jest sacrum?
  Trzeba więc ukłonić się w stronę kryzysu i depresji, bo dzięki nim zauważamy istnienie ożywienia i rozkwitu. Kiedy jest nam za dobrze i narzekamy na zbyt suche ziemniaki, pojawia się jakiś istotniejszy problem, bo skoro tak bardzo chcemy się przejmować, proszę bardzo, teraz mamy czym. Na koniec życzę tęgiego kopniaka od szofera wszystkim, którzy nie widzą swojego szczęścia!
Szczere Kocisko   

  Gdzie kończą się zainteresowania, plany na przyszłość i marzenia, a zaczyna się wyścig szczurów i moda? Co może wyniknąć z owczego pędu i powtarzania zabobonów? I czy człowiek w wieku nastu lat może ze stuprocentową dokładnością stwierdzić, co będzie robić w przyszłości? Takie pytania choć raz powinny pojawić się w umyśle co bardziej rozgarniętych licealistów. W moim się już pojawiły i zdążyły zasiać ferment. Dlaczego?
  Po okresie, kiedy to wśród młodych ludzi powodzeniem cieszyły się kierunki humanistyczne: psychologia, socjologia, kulturoznawstwo, marketing i zarządzanie, powiedziano „Stop!”. Potrzeba nam specjalistów, zarządzających mamy już dość. I prawidłowo, to trzeba było przerwać. Jak wiadomo, społeczeństwo musi być wykształcone różnorodnie, w przeciwnym razie bezrobocie wita. Więc stworzono kierunki zamawiane, politechniki otworzyły gościnnie swoje drzwi i obiecały studentom sukces. I poszło…
  Teraz, w liceum, w którym się uczę jest około 20 humanistów i 160 ścisłowców. Ścisłowcy to w większości ludzie marzący o medycynie, kryminalistyce lub bliżej nieokreślonej biotechnologii. Dam sobie rękę uciąć, że wielu z nich nie należy do szczerych fanów chemii, fizyki i szczególnie obleganej biologii. A co z resztą? Humaniści stali się obiektem drwin, krążą memy o ich przyszłości na kasie w KFC, przynajmniej raz dziennie słyszy się wypowiedziane drwiącym głosem „Humaniści…”, ten trend dosięgnął nawet nauczycieli.
  Nastąpiło przebiegunowanie. Brakuje nam biotechnologów, patologów, a lekarze zawsze będą potrzebni, jednak wszystko ma swoje granice. Ale owczy pęd ma to do siebie, że dotknięte nim osobniki nie widzą tych granic. Najprostszy przykład? Z supermarketu (w supermarketach jest wszystko, więc przykład też się znajdzie)! Kiedy otwarte są dwie kasy, przy których zdążyły ustawić się długaśne kolejki, otwiera się trzecią, by rozładować ruch. Wtedy zwykle większość kolejkowiczów przenosi się do owej kasy. Rezultat? Jedna bardzo długa kolejka, dwie wolne kasy. Każdy próbuje poprawić swoją sytuację, choćby podczas robienia zakupów. Więc kiedy młodzi ludzie słyszą, że nie dostaną pracy wybierając kierunki humanistyczne, automatycznie wolą ścisłe. W ten sposób pasjonaci historii i języka polskiego, pozostając wiernymi swoim pasjom, mogą na tym wyjść bardzo dobrze – nie mają konkurencji.
  A pozostali? No cóż, ci bez smykałki do nauk przyrodniczych daleko nie zajdą. Zaszkodzą nie tylko sobie, ale i tym, który ową smykałkę posiadają, zajmując im miejsca i ograniczając możliwości, nie wiedzieć czemu, zawsze równa się do najgorszych… Nie zdziwię się, jeśli niebawem w eter pójdzie informacja, że brakuje wykwalifikowanych sprzątaczy, śmieciarzy i monterów anten satelitarnych. Rada: jeśli taką informację usłyszycie i staniecie przed wyborem zawodu, najgorsze co możecie zrobić, to w nią uwierzyć.
   
                                                                                                                  Szczere Kocisko        
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ▼  2012 (5)
    • ▼  grudnia (5)
      • Czarne dziury i puste taczki
      • Geniusze do niczego.
      • Święta po końcu świata?
      • Jęczybuła i Dziad Maruda
      • Owczy pęd do nauk ścisłych
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.