Jęczybuła i Dziad Maruda. Żyją w
każdym z nas, bo jak wiadomo, jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu
dogodził. Jestem nawet w stanie powiedzieć, że jeszcze się taki nie urodził,
któremu dało by się w stu procentach dogodzić. Zwykle po chwilowym okresie radości,
spowodowanej opcjonalnie: miłością, ogólnym dobrobytem, udaną pracą, czy oceną
celującą z języka polskiego, człowiek zaczyna doszukiwać się dziury w całym.
Klasyczny cykl koniunkturalny
dzieli się na 4 fazy. Ożywienie, kiedy PKB zaczyna wzrastać, następnie rozkwit,
kiedy znajduje się na najwyższym poziomie w cyklu, jest pięknie, cudownie,
niech trwa, trwa, trwa... Ale chwila, nie może tak trwać, gdyż następnym etapem
jest kryzys. Lecimy na łeb, na szyję, i wydaje się, że będziemy tak spadać,
dopóki nie roztrzaskamy się o twardą, kamienną posadzkę hallu giełdy (jeszcze
mówię o ekonomii). Ale w klasycznym cyklu nie przewidziano roztrzaskiwania się,
przewidziano za to depresję. Czyli co? Utrzymywanie się wskaźnika PKB na równym,
niskim poziomie. Kijowo, ale stabilnie. Co nas czeka, po depresji? A, tu
niespodzianka – kolejne ożywienie! A potem kolejny rozkwit, tym razem nasz
wskaźnik sięgnie jeszcze wyżej. No kto by się spodziewał?!
Co prawda, w ekonomii wspomniany
cykl funkcjonuje jedynie w teorii, za to w praktyce całkiem nieźle sprawdza
się, gdy zacznie się obserwować ludzi. I o ile nie mam powodu do krytykowania
kogoś, z tytułu gorszego nastroju (jest on naturalny, nie ma człowieka, któremu
nie zdarzyło się wątpić, nieważne w co), muszę powiedzieć: „Nie umiemy doceniać
tego, co mamy!”. Jeśli każde ożywienie prowadzi do coraz większego rozkwitu,
ludzie powinni być coraz szczęśliwsi. Jednak tak przyzwyczajamy się do
szczęścia, że sięgając po nie coraz wyżej i łapiąc coraz więcej, nawet go nie
zauważamy…
Optymistycznie
- nigdy nie jest tak źle żeby nie mogło być gorzej i nigdy nie jest tak dobrze,
żeby nie mogło być lepiej. Człowiek nie daje się nasycić, może to instynkt
przetrwania każe mu wybrzydzać, aby umacniać swoją pozycję i poszerzać
bezpieczną strefę? Ale poszerzanie bezpiecznej sfery – sacrum – w nieskończoność
prowadzi do wyprania jej z wartości. Bo skoro sacrum sięga po horyzont, po
profanum ani widu, ani słychu, to czym w ogóle jest sacrum?
Trzeba więc ukłonić się w stronę
kryzysu i depresji, bo dzięki nim zauważamy istnienie ożywienia i rozkwitu.
Kiedy jest nam za dobrze i narzekamy na zbyt suche ziemniaki, pojawia się jakiś
istotniejszy problem, bo skoro tak bardzo chcemy się przejmować, proszę bardzo,
teraz mamy czym. Na koniec życzę tęgiego kopniaka od szofera wszystkim, którzy
nie widzą swojego szczęścia!
Szczere Kocisko
Brak komentarzy: