• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Tyle efektów, tyle defektów
Źli i smutni buntownicy z lifestylem się nie liczą. Źli i smutni buntownicy na lifestyle plują. Mówią, że nie chcą żyć w pastelowych kolorach, jeść idealnych śniadań i pakować swojej osobowości do perfekcyjnie dopasowanych pudełek. Mają rację. Ale racja im nie wystarczy, idą więc dalej. Utożsamiają regularność z nudą. Zorganizowanie z rutyną. Nie ufają uśmiechom i mówią, że to w sumie bez sensu, że wolą się bać i smucić, i martwić. Że to jest życie. Że ból jest życiem.
Dlaczego ból, znój, smutek i zaduma ma być życiem? Dlaczego mają nim być nieprzemyślane decyzje? Ilekroć napiszę o czymś pozytywnym, co w moim przypadku nie zdarza się za często, uwielbiam bowiem narzekać w internetach, pojawiają się głosy, że oto wciskam kit, mówię nieprawdę, że tak się nie da, że nie jest tak łatwo. Muszę z godzić się z jednym. Nie jest łatwo. Właściwie to łatwość jest nudna, nie szczęście. Moim paliwem są wyzwania i droga pod górkę, przyznaję bez bicia. Nie ważne, czy jest to olimpiada z polskiego, codzienne ćwiczenia z Blogilates, ogarnianie szkoły, czy walka o utrzymanie dobrego trendu jednej przeczytanej książki na tydzień, uwielbiam się uwijać, być na granicy niepokoju i pewności, że dam radę.
Nic tak nie cieszy osoby o wysokiej neurotyczności, jak poczucie kontroli. Uwielbiam plany, rozpiski, postanowienia i idę w świat, starając się rozpocząć na dobre moją krucjatę zorganizowania. Jestem zdania, że nie ma to jak poukładane życie. Pełne dobrych nawyków. Nie, nie chodzi o to, by cały czas wyrabiać 200% normy, uśmiechać się tępo i zrezygnować z refleksji na rzecz automatyzmu i internetowych motywacji. Uwierzcie! Chodzi o coś całkowicie przeciwnego. Bo kiedy już świetnie się zorganizujecie, odgracicie swój pokój, wywiążecie się z zobowiązań i spełnicie wszystkie swoje obowiązki, staniecie w obliczu prawdziwie zdumiewającego odkrycia.
Tu zaczyna się zabawa. Nagle może się okazać, że większość czasu, jaki poświęcacie rzeczom niezbędnym, marnujecie na zastanawianie się nad tym, jak bardzo wam się nie chce, co przyjemniejszego moglibyście teraz robić i jak skutecznie (jabłko!) uciec od obowiązków. Pojawia się pytanie – co zrobić z zyskanym czasem? Sprzedać? Wymienić na żelki? Zabić zanim złoży jaja? Pomysłów jest wiele. Ja postanowiłam ten czasem nazwać życiem i wykorzystywać go najlepiej, jak potrafię. Rozwijać się, czytać, szukać inspiracji, zdzierać gardło, wchłaniać promienie słoneczne każdym porem (zatkanym oczywiście odpowiednią ilością filtru UV!), robić przepysznie jedzenie, jeść przepyszne jedzenie, trawić przepyszne jedzenie, nie robiąc nic,  obserwować zwierzęta i uczyć się od nich wrażliwości, szczerości i bezpretensjonalności.
Stoję murem za pozytywnym wpływem zorganizowania, tworzenia planów, efektywności i zdrowego podejścia do obowiązków. Dlaczego? Bo właśnie to pozwala mi się nie zatracić, pamiętać o sobie, zachować względny spokój i pozwalać sobie na spontaniczność. W końcu nawet jeśli raz nawalę i nie zrobię nic, moja sytuacja nie jest podbramkowa.

Szczere Kocisko
Miałam pisać zupełnie o czymś innym. Od kilku dni wiłam z swojej głowie plan, według którego powinnam teraz pisać o deprawacji fasolek (nie pytajcie… albo pytajcie!), poczuciu zwolnienia z myślenia i równania do najgorszych. Dotarło do mnie jednak, że jak na tak mały, niepozorny i nieznany blog, temat niemyślenia, nieszczęścia ludzi mądrych i tryumfu ograniczonego umysłu pojawiał się wyjątkowo często. Swoją drogą najczęściej wyszukujecie tego bloga za pomocą fraz „geniusz nieprzystosowany do życia”, „okres buntu u kota” i „kucyki pony niszczą psychikę”, wiecie? I nie jestem pewna, czy mam się czuć z tego powodu wyróżniona, czy może się nad sobą zastanowić.  
Potykając się o różne znajomości, poznając ludzi szybko i patrząc jak znikają jeszcze szybciej, uznałam, że najlepszą rzeczą, jaką mogę teraz zrobić, jest przyjaźnienie się z samą sobą. Takie porządne, takie celebrowane. Obejmujące chwalenie samej siebie za przepyszną herbatę, za dobrze upieczoną pizzę i w miarę zadbany pokój. To naprawdę niezłe wyjście. Z sobą nie trzeba kombinować, umawiać się na zatłoczonych korytarzach, jestem dla siebie zawsze dostępna i bez krępacji mogę w swoim towarzystwie czytać książkę i pozwalać reszcie świata płynąć nie wiadomo gdzie. Choć nie zawsze się rozumiem i czasem wolę przed sobą uciec, nie myśleć i nie pytać się o nic, jest to przyjaźń warta zachodu. Moje „ja niezależne” jest o wiele bardziej rozbudowaną strukturą, niż „ja współzależne” i już nawet nie czuję potrzeby przejmowania się tym. Tym bardziej, że akceptacja ilości uwagi, którą muszę poświęcać własnej osobie, aby zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad biegiem wydarzeń, wpływa coraz lepiej na relacje z otoczeniem.
Warto się z sobą zaprzyjaźnić. Warto być dla siebie podporą, drogowskazem, znakiem zapytania. Zadawaj sobie pytania dotyczące tego, czego od siebie oczekujesz. Analizuj oczekiwania, które już spełniłeś i wyciągaj wnioski z tego, co dzięki temu zyskałeś. Patrz wstecz. Podsumowuj. Patrz przed siebie i wyznaczaj sobie kolejne cele. Kroki. Pokonuj każdy z nich z namaszczeniem. Twórz się, buduj swoją osobowość, przypatruj się ludziom i pozwalaj im nauczyć cię czegoś. Pozwól czasem, aby ktoś był twoim architektem, wybieraj, inspiruj się. Twój los nie jest zdeterminowany, sam go tworzysz. Tworzą go twoje wybory. To, co zaniedbujesz i to, o co dbasz.
Okazuj wdzięczność. Wszystkim, którzy na nią zasługują. Mamie, przyjaciółce, drugiej połówce, każdej osobie, która kiedykolwiek wsparła cię dobry słowem, która pomogła ci pozbyć się niechcianych myśli. Te wszystkie elementy – wdzięczność, świadomość, szacunek do siebie, inspiracja, cel – czynią życie przyjemniejszym. Powalają dniom mijać dokładniej, bardziej szczegółowo i obficie w szczegóły. Panować nad własnymi emocjami, niekiedy bardzo sprzecznymi, uczestniczyć we własnym życiu, stać się narratorem własnej historii. Nie żałować, nie załamywać się. Czyż nie brzmi to kusząco?

Szczere Kocisko
To nie ja, kurde!
  Pozwoliłam sobie pożyczyć tytuł tego wpisu od Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, a co! Dzięki temu Ty, który nigdy o nim nie słyszałeś, googlujesz teraz hasło „Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki” i zaraz będziesz chłonąć jego poezję, a Ty, który doskonale wiesz, o kim mowa, myślisz sobie „Skubana ma gust, lubię to!”. Nie sposób pominąć Ciebie – słyszałeś o tym poecie i przeczytałeś mniej lub bardziej świadomie kilka jego wierszy, ale nie zapisał się w Twojej pamięci wielkimi literami. Wyświadczam Ci przysługę, od teraz masz pretekst, aby zapoznać się z prosiakami schizofrenii raz jeszcze. Nie ma za co, podziękujesz mi, gdy przyjdzie na to pora!
  Zastanawiam się, ile mojego imienia jest we mnie? Jak ono mnie ukształtowało? Jak przez jego pryzmat postrzegają mnie inni? I czy w ogóle? Mam na imię Kalina, czy byłam bym inną Anią, Weroniką lub Natalią? Moje imię należy to tych raczej hipsterskich. Takich, których nie słyszy się za często. Czy jest to jednym z powodów, dla których tak rzadko identyfikuję się grupą? Czy nie znając osobiście żadnej innej Kaliny, uważam się za bardziej wyjątkową, niż gdybym znała ich na pęczki? Ludzie o imionach szczególnie popularnych, mają do nich dystans. Z błędnego przypisania siebie jako odbiorcy jakiegoś komunikatu wynikają sytuacje, w których takie osoby potrafią się śmiać, obracają je w żart. Badania wykazują ponadto, że ludzie przychylniej patrzą na swoich imienników. Ja chyba patrzyłabym wzrokiem niezwykle przychylnego, wygłodniałego wilka. Moje imię (podobnie jak nazwisko…) jest notorycznie przekręcane, mylone, zapominane i takie pomyłki ze strony innych ludzi nie są dla mnie powodem do śmiechu. Wręcz przeciwnie – sprawiają, że się zawstydzam, zamykam i mam ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie, czyli tam, gdzie nikt mnie już z żadną Karoliną, Kamilą lub Kariną nie pomyli…
  Rzadkość występowania mojego imienia sprawia, że ludzie w dziwny sposób próbują połączyć moją osobą z innymi znanymi im postaciami i… rzeczami noszącymi moje imię. Nie muszę chyba odpowiadać na pytanie, czy denerwuje mnie to i dlaczego tak bardzo, hę? Czasem słyszę – najczęściej od podejrzanych, starych typów – jakieś teksty typu „Och, dziewczątko, jesteś piękna jak Kalina Jędrusik! Ty też śpiewasz?” albo „No doprawdy, wyglądasz jak kwiaty kalinowego drzewka!” lub „A wiesz, że Natasza Urbańska dała swojej małej córeczce na imię Kalinka? Na pewno jak dorośnie będzie taka cudowna jak ty!”. Ta, jasne, dzięki, wiem, możesz/może szanowny pan już sobie iść i nie odzywać się do mnie więcej, rozumiemy się? Jeszcze gorzej, gdy ktoś wyskoczy z jakimś „Kalinka maja”, czy (o zgrozo!) „A Kalina ne verba”. Teraz zdarza się to już sporadycznie, ale w gimnazjum, czy w podstawówce, nieźle mnie tym katowano. W liceum musiałam już tylko znosić śpiewanie „Kalinki” na lekcjach rosyjskiego oraz niewyobrażalnie irytującą reklamę jakiegoś Okocimia, czy innego browaru, nie wiem…
  Te wszystkie moje frustracje wynikają z tego, że chyba nie do końca jestem oswojona z własnym imieniem. Prześmiewcze, czy nawet zupełnie negatywnie nacechowane zwroty w moją stronę sprawiają, że nie mogę się do niego przyzwyczaić i przestać się krępować, ilekroć ktoś je wymówi. Ale nie wyobrażam sobie innego. Nie mogłabym być kimś innym, o innym imieniu, bo jestem sobą – Kaliną. Czy tego chcę, czy nie.  Chociaż i tak raczej tego chcę. Co ciekawe, bliscy mi ludzie niezwykle rzadko mówią do mnie po imieniu. Niektórzy prawie wcale, a jeśli już, to robią to, aby wiernie oddać powagę zaistniałej sytuacji. Nie pozwalam swojego imienia zdrabniać. Wszystkie zdrobnienia brzmią moim zdaniem niezwykle wkurzająco i cebulaście. No, może oprócz jednego. „Kali” brzmi nawet spoko. Poza tym, lepiej się czuję z szeregiem innych nazw, które bywają do mnie „przyłatane”.
  Moje imię jest dziwne. Ja jestem dziwna, a imię to znamię. Póki co, mogę stwierdzić jedynie, że ładnie wygląda na papierze. 

Szczere Kocisko
Z cyklu: być w Warszawie 10 kwietnia - Żydokomuna. 
  Nie lubię powrotów. Powroty są ciężkie, niezręczne i wymagają wyjaśnień lub w najlepszym wypadku odpowiedzi na pytania „Jak było?”, „Czy bardzo tęskniłaś?” itp., jednak pomimo całej mojej niechęci wycelowanej w stronę powrotów, postanowiłam dziś uraczyć was – Co Bardziej Rozgarnięci Czytelnicy – swoją obecnością. Zdawało mi się, że porzuciłam blog na długie miesiące, w rzeczywistości nie było mnie przez jakieś trzy tygodnie. Wystarczająco długo, abym zaczęła tracić obserwatorów i pomysły…
  Chcecie wiedzieć co było, kiedy mnie nie było? Wiem, że nie. Opowiem tak, czy siak, wasze błagalne spojrzenia na nic się tu nie zdadzą. Po pierwsze wywalczyłam sobie zwolnienie z pisania egzaminu na „M” z języka polskiego. Tak, musiałam się pochwalić, żaliłam się tu na każdym etapie moich  przygotowań, jestem wam to winna. Ale muszę stwierdzić, że największe znaczenie ta informacja miała dla mnie tego samego wieczoru, którego ją otrzymałam. Teraz radość ustępuje panice, którą jednym zdaniem określić mogę jako „Ojenyjeny, zmieniam się w humana, mam braki z fizyki, nie zdam z matmy!”. Nieważne.
  Wspomniany wyżej wieczór zapamiętam na długi czas. Co najważniejsze, wcale nie z racji swojego słodkiego tytuliku finalistki. Pierwszy raz udało mi się odczuć radość z czyjegoś szczęścia. Nie bierzcie mnie za socjopatkę, zawsze cieszyłam się z sukcesów rodziny, bliskich oraz ludzi, którzy nie są moimi rywalami na żadnym polu, ale kiedy przychodziło do jakiegoś współzawodnictwa, nie umiałam skakać z radości, bo komuś poszło lepiej niż mi. A na olijpie? Jak tylko usłyszałam nazwiska swoich okręgowych współolimpijczyków, chciałam natychmiast do nich lecieć i uświadamiać im, że są najlepsi na świecie. Dziwne, ale o sobie nie myślałam, byłam pewna, że nie usłyszę swojego imienia i nazwiska z ust szanownego przewodniczącego jury. Da się nie być samolubnym kotem? Da się!
  Muszę przyznać, że cała ta zabawa trochę otworzyła mi oczy. Poznałam garstkę naprawdę fajnych ludzi, o kontakt z którymi będę dla odmiany dbać. Odkryłam, że humanista humaniście nie równy i że jestem na niezłej drodze, aby móc się nazwać humanistką. Dowiedziałam się istnieniu wielu świetnych poetów i prozatorów, prawie zobaczyłam grób Baczyńskiego i Basi. Udowodniłam, że można ciągnąć wiele rzeczy jednocześnie i podczas jednego wyjazdu obskoczyć olimpiadę i turniej psychologiczny. Pokonałam swój strach przed jazdą pociągiem. Naliczyłam setki hipsterów i poćwiczyłam klasyfikację ich ze względu na proporcję swagu do vintage’u w ich OOTD…
  Chyba nie mam nic więcej do dodania, trochę głupio… Naprawdę nie znoszę czytać takich postów, a co dopiero pisać. Zgroza. Obiecuję jednak, że ten stary, dobry, wredny kot wróci i zabierze stąd tą wariatkę, która tylko by się uzewnętrzniała…

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ▼  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ▼  kwietnia (4)
      • Psychopatyczne zamiłowanie do ogarniania.
      • Twój najlepszy przyjaciel
      • Imię i znamię
      • Kocisko, co pierwszy raz życzyło komuś dobrze.
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.