• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Konwalie. Czy jest coś bardziej majowego? 
  Czegoś takiego jeszcze na tym blogu nie było! Wysokie temperatury, piękna pogodna i chwila luzu zmotywowały mnie do tego, aby naskrobać kilka słów na cześć kończącego się już maja.
  Dlaczego miałabym tak chwalić ten miesiąc? Oto powody:
- Maj okazał się bardzo obfity we wpisy. Udało mi się pobić swój rekord ustanowiony w zeszłym roku, kiedy to zmotywowana rosnącym gronem czytelników, opublikowałam dziewięć tekstów. Teraz dobiłam do jedenastu. Nieźle :)
- 17.05 ilość wyświetleń bloga przekroczyła 20 tysięcy, a w samym maju liczba odsłon wyniosła prawie 10% tego - kolejny rekord!
- Kilka dni temu dorobiłam się 80 obserwatorów!
- Jak widać, ulepszyłam szatę graficzną bloga, zaczęłam pisać regularnie, stworzyłam pierwszą miniserię, odzyskałam motywację i wiarę w swoje blogowanie!
-W tym miesiącu blogowaniem zajęli się również moi dobrzy znajomi - Chaos i Michał, lubię to!
- Założyłam konto na HASH.fm, możecie więc obserwować moje poczynania w internetach - mój zasięg, zaangażowanie i... Waszą aktywność!

Książki, które przeczytałam w maju (jestem z siebie tak bardzo dumna!)
- Joseph Heller "Paragraf 22"
- Italo Calvino "Niewidzialne miasta"
- Witold Gombrowicz "Kosmos"
- Sławomir Mrożek - "Tango" (po raz któryś, tym razem jako lekturę szkolną...)
- Olga Tokarczuk - "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
- Witold Gombrowicz "Ferdydurke" (w końcu!)
Czytałam też "Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuka, ale niestety nie przebrnęłam... Może w wakacje... Zdecydowanie bardziej podchodziły mi opowiadania tego autora - na przykład te z tomu "Przez rzekę" lub "Grochów".

A jak Wam minął maj? Czy jest coś, z czego jesteście szczególnie dumni?

Szczere Kocisko

Obraz Rembrandta i jego odpowiednik w świecie gier.
  Kreacja bohatera i narracja to nie jedyne analogie pomiędzy grami komputerowymi a innymi tekstami kultury. Zdarza się, że fabuła gry komputerowa bazuje na prawdziwych wydarzeniach historycznych, wykorzystuje je i staje się alternatywną wersją historii. Taki charakter mają przede wszystkim gry osadzone w świecie wojny, czyli np. „Battlefield 1942”, „Call of Duty: Black Ops”. Z tradycji kulturowej mogą czerpać też futurystyczne produkcje takie, jak gra „Deus Ex: Bunt Ludzkości”. Jest to obraz świata z niedalekiej przyszłości, w którym dostępne są różne biomechaniczne ulepszenia ludzkiego ciała wpływające na zdolności umysłowe oraz fizyczne ludzi, powodujące coraz większe rozwarstwienie społeczne (podział na bogaczy mogących pozwolić sobie na dowolne modyfikacje, biedaków posiadających implanty jednakże pozbawionych opieki medycznej i ludzi sprzeciwiających się takiej ingerencji w ludzkie ciało, wywołujących zamachy terrorystyczne). Cyberpunkowa konwencja tej gry wymieszana jest ze stylistyką nawiązującą do baroku i renesansu, a na ścianach obiektów w grze wiszą takie obrazy, jak choćby „Lekcja anatomii doktora Tulpa”. Moim ulubionym przykładem korespondencji między grą komputerową, książką a wydarzeniami historycznymi jest gra „Assassin’s Creed II”. Jej główny bohater – Ezio Auditore da Firenze jest mieszkańcem renesansowej Italii, a jego zadaniem jest nie dopuścić to tego, aby Templariusze przejęli władzę nad światem. Przyjacielem Ezio jest nie kto inny, jak sam Leonardo da Vinci. W grze pojawiają się również: papież Aleksander VI, Machiavelli,  Katarzyna Sforza. Co ciekawe, są to zarówno postaci historyczne, jak i bohaterowie powieści Mario Puzo pod tytułem „Rodzina Borgiów”. Twórcy gry nie tylko wykorzystali tło historyczne i bohaterów książki – „Assassin’s Creed II” zawiera całe sceny zaczerpnięte z powieści i zmodyfikowane tak, aby odpowiadały fabule gry. Należą do nich m.in. oblężenie Forli oraz porwanie dzieci Sforzy i szantażowanie jej. Przedstawienie Florencji wyniszczonej przez działania Savonaroli również zgadza się z obrazem wykreowanym przez Puzo. Takie nawiązania pomiędzy tekstami kultury świadczą o erudycji twórców gier, o tym, że - wbrew obiegowym opiniom - są zainteresowani historią i sztuką. Pojawianie się historycznych odniesień w nowych mediach ma jeszcze tę zaletę, że potrafi zaciekawić młodych ludzi skuteczniej, niż podręczniki i encyklopedie, a nawet(!) skłonić ich do samodzielnego zgłębienia tematu...
  W grach wideo, podobnie jak w innych tekstach kultury masowej, bardzo ważne jest środowisko fanowskie. Można powiedzieć, że fani gier komputerowych, posiadający dodatkowo umiejętności programowania, tworzenia trójwymiarowych modeli i posługiwania się silnikiem graficznym,  są wyjątkowo uprzywilejowani – mają możliwość zmodyfikowania już istniejących gier lub nawet stworzenia zupełnie innej gry na podstawie już istniejącej. Coraz częściej to sami twórcy gier udostępniają graczom narzędzia moderskie, czyli takie, które umożliwiają wprowadzanie modyfikacji do gry. Zdarza się, że fani wykazujący się niezwykłymi umiejętnościami z zakresu planowania rozgrywki, projektowania poziomów, programowania, znajdują zatrudnienie w największych studiach tworzących gry. Komunikacja między twórcami gier a ich użytkownikami jest szczególnie ważna – od graczy zależy bardzo wiele, często ich opinie mają wpływ na decyzje producentów. 
  Ergodyczność gier komputerowych pozwala odbiorcy postawić się w roli twórcy znaczeń – dlaczego więc nie pozwolić ludziom na jeszcze bardziej swobodne i niezależne od pierwotnych zamierzeń twórców angażowanie się w grę? Dziś kultura nie mogłaby istnieć bez gier komputerowych – stały się one przedmiotem badań, tematem książek oraz filmów, ich pozycja w popkulturze jest nie do zakwestionowania. Warto jednak zauważyć, że ta zależność działa w obie strony – gry komputerowe nie mogłyby istnieć bez kultury. Są jej produktem i wykorzystaniem jej tradycji na gruncie cyfrowym. Spojrzenie na temat gier komputerowych w ten sposób sprawia, że obawy związane z nimi wydają się być nieuzasadnione.

Szczere Kocisko

Growe Kocisko #1
Growe Kocisko #2
Ekran ładowania gdy "The Stanley Parable".
Sugestywny, prawda?
  Narracja w grach fabularnych może przybierać różne formy. Począwszy od rodzajów narracji typowych dla literatury, jak narracja pierwszoosobowa pojawiająca się w grach RPG lub trzecioosobowa pojawiająca się w liniowych grach narracyjnych, skończywszy na formach, w których prowadzący narrację wchodzi w interakcję nie tylko z bohaterem, ale i z samym użytkownikiem gry siedzącym przed komputerem. 
  W niezależnej produkcji zatytułowanej „The Stanley Parable” (przypowieść Stanleya), gracz słyszy narratora opisującego rozgrywkę i oznajmiającego, jak powinien postąpić bohater, patrzy z perspektywy tytułowego Stanleya, pracownika korporacji, który nagle przestał słyszeć polecenia, według których zawsze postępował i widzi różne drogi, którymi może iść. Wybór podejmowany przez gracza może być zgodny lub przeciwny z tym, co mówi narrator. Na początku gry  głos usprawiedliwia rozbieżności między tym, co przed chwilą powiedział a tym, co zrobił bohater, jednakże, jeżeli wybory podejmowane przez gracza w znacznym stopniu nie zgadzają się tym, jak powinna przebiegać gra, zaczyna się denerwować, tłumaczyć, na czym polega historia, przekonywać Stanleya, aby w końcu go posłuchał. Z czasem, akcja gry staje się naprawdę absurdalna i z wielkiego biurowca przenosi się na stary strych, do muzeum, za okno (gdzie na bohatera czeka tylko niewymodelowana przestrzeń) do pokrętnych piwnic, a nawet do świata innych gier (sandboxowego „Minecrafta” oraz fabularnej gry logicznej „Portal”). Narrator zaczyna mówić wprost do osoby siedzącej przed monitorem. Oczywiście wszystkie możliwe drogi, którymi podąża gracz, a wraz z nim Stanley, były wcześniej opracowane przez twórców gry, nie można więc mówić o prawdziwym kontakcie gracza z narratorem gry. W zależności od tego, jakie decyzje podejmie gracz, „The Stanley Parable” oferuje 18 różnych zakończeń. Część z nich obejmuje przebiegającą na różne sposoby śmierć bohatera, jedno z zakończeń wymaga posługiwania się kodami, które służą do „oszukania” gry, a inne jest dostępne tylko, jeżeli gracz dostrzeże możliwość wejścia na jeden ze stołów w biurze Stanleya i wyjścia z pomieszczenia przez okno. W zależności od zakończenia, zarówno Stanley, jak i narrator gry może być postrzegany, jako dobry lub zły. 
  W grach komputerowych bohaterowie bardzo rzadko są jednoznacznie dobrzy czy źli. Są często uwikłani w intrygi, zmuszeni do trudnych wyborów lub mają za sobą mroczną przeszłość. Zwykle są to żołnierze, tajni agenci, naukowcy, stalkerzy (dla niezorientowanych – postapokaliptyczni przemytnicy towarów deficytowych), wojownicy, asasyni, piraci, superbohaterowie. Można zauważyć, że taki sposób kreowania bohaterów jest popularny również w filmach akcji lub przygodowych… 

Szczere Kocisko

Poprzedni wpis z serii "Growe Kocisko"
Następny wpis z serii "Growe Kocisko"
Tak, są książki o grach.
"Wirtualny plac zabaw" Mirosława Filiciaka.
  Wiadomo, że postęp technologiczny, który rozpoczął się pod koniec XX wieku i trwa do dziś, wywołał zmiany widoczne niemalże we wszystkich aspektach ludzkiego życia. Upowszechnienie się komputerów i internetu oraz udostępnienie ich ludziom niezwiązanym zawodowo z techniką, informatyką czy programowaniem, musiało być więc poprzedzone znalezieniem dla tych innowacji zastosowania umożliwiającego laikom posługiwanie się nimi.
  Wraz z wydaniem gry „Pong”, czyli dwuwymiarowej symulacji gry w tenisa stołowego, gry komputerowe rozpowszechniły się poza środowiskiem akademickim, w którym już funkcjonowały. To wydarzenie zapoczątkowało rozwój przemysłu gier komputerowych, który jest obecnie jedną z najsilniejszych gałęzi przemysłu rozrywkowego. Mimo że sposób na spędzanie wolnego czasu, jakim jest granie w gry wideo, zyskał wielką popularność i zjednał sobie rzeszę fanów, wielu ludzi – szczególnie tych, którzy nigdy w gry komputerowe nie grali – wskazuje na zgubny wpływ tego typu rozrywki. Wśród głównych zarzutów wobec gier komputerowych pojawią się stwierdzenia, według których gracze to osoby nieposiadające przyjaciół, odizolowane od społeczeństwa, niekreatywne, agresywne i nieodróżniające świata rzeczywistego od wirtualnego. Mija się to z prawdą – osoby grające w gry komputerowe są zwykle bardzo spostrzegawcze, mają dobry refleks, potrafią myśleć przestrzennie. Ponadto gry fabularne cechują się ergodycznością – to ich użytkownik decyduje o tym, jak przebiegać będzie akcja – często gry komputerowe oferują wiele alternatywnych zakończeń - w zależności od tego, jakich wyborów dokona gracz. Z kolei gry sieciowe, w których udział bierze wielu graczy w jednym momencie, opierają się na współpracy lub rywalizacji użytkowników. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie można biernie grać w gry komputerowe – aktywność odbiorcy jest potrzebna do zaistnienia rozgrywki. Ani czytanie książek, ani oglądanie filmów nie wymaga od człowieka takiego zaangażowania w postaci podejmowania wyborów mających wpływ na fabułę. Często krytyce poddawany jest eskapistyczny charakter gier. Okazuje się jednak, że gry komputerowe są mniej eskapistyczne niż książki czy telewizja, ponieważ przez  swoją interaktywność zmuszają użytkowników do kontaktu z innymi. W rzeczywistości gry komputerowe są kontynuacją innych, starszych gier takich, jak rozmaite gry zespołowe, karciane i planszowe. Ich ludyczny charakter jest oczywisty i nie powinien budzić oburzenia – gry komputerowe, tak samo, jak inne gry oraz inne środki wyrazu charakterystyczne dla kultury masowej, mają zaspokajać potrzebę rozrywki i stanowić rodzaj aktywności oddzielonej od prawdziwego życia gracza. Gry wideo to rodzaj aktywności istniejącej od setek lat, rozszerzonej jedynie o dodatkowe aspekty wynikające z tego, co umożliwia dziś technologia.
  Historia branży gier komputerowych nie jest zbyt długa, jednakże zmiany zachodzą w niej wyjątkowo szybko, co sprawia, że pomimo młodego wieku, jest bardzo zróżnicowana. Obecne fabularne gry komputerowe wyewoluowały z gier tekstowych, w których interfejs i komendy wydawane przez gracza były zapisywane za pomocą tekstu. Ich następcami stały się gry oferująca rozgrywkę w dwuwymiarowym lub pseudotrójwymiarowym świecie. Z czasem upowszechniła się grafika trójwymiarowa oraz rozgrywka wieloosobowa wykorzystująca internet. W tej chwili producenci gier komputerowych prześcigają się, oferując coraz to lepszą i bardziej realistyczną grafikę. Ewolucja gier komputerowych wykształciła wiele gatunków, takich, jak  popularne pierwszoosobowe strzelanki (FPS), skradanki, gry strategiczne, przygodowe, gry RPG, w których gracz wciela się w postać z gry i swoimi decyzjami wpływa na rozwój postaci oraz sytuacji przedstawionej w grze, a także symulatory. Ostatnio powstaje coraz więcej symulatorów niebędących bynajmniej symulatorami życia codziennego pokroju okrytej złą sławą gry „Second Life”, takich, jak symulator pracy chirurga, mechanika samochodowego, rolnika, kierowcy autobusu, a nawet symulator… kozy! Istnieje również wiele gier, które ciężko zakwalifikować do jednego gatunku, takich, jak zapoczątkowana w 2007 roku seria „Assassin’s Creed” wydawana przez studio Ubisoft. W grze „Assassin’s Creed” najważniejszym elementem rozgrywki jest poznawanie historii zawartej w tej produkcji, jednakże nie jest ona niemożliwa bez symulacji walki mieczem lub ukrytym ostrzem – najważniejszą bronią bohatera. Wiele misji w tej grze opiera się również na wykorzystywaniu umiejętności bohatera takich, jak skradanie się czy wspinanie na wysokie budynki. Gracz może jedynie obserwować interakcje bohatera z innymi, stworzonymi przez producentów gry, postaciami, nie ma możliwości decydować o wyborach dokonywanych przez bohatera, jednakże to od niego zależy sposób, w jaki kolejne misje lub zadania dodatkowe zostają wykonywane. W kolejnych częściach gry „Assassin’s Creed” - podobnie, jak w wielu innych grach fabularnych tworzonych w ostatnich latach - występuje również tryb wieloosobowy, który umożliwia użytkownikom stworzenie własnej postaci i rozwijanie jej umiejętności. Dzięki temu, granice pomiędzy grami fabularnymi a e-sportami, opierającymi się na rywalizacji pomiędzy graczami, zacierają się. 
  Moim zdaniem, obecnie ważniejsza jest historia, którą opowiada gra oraz sama przyjemność z rozgrywki, niż konkretny gatunek, do jakiego można zakwalifikować daną produkcję.

Szczere Kocisko

"Growe Kocisko" #2
"Growe Kocisko" #3
Oto oni!
Kojarzycie południowoafrykański zespół Die Antwoord? Tak, to ci od „Baby’s on Fire”. Tak, to ci, którzy szokują każdym kolejnym teledyskiem. Tak, to ci, którzy toczyli wojnę z Gagą. Tak, to oni – Yo-Landi Vi$$er, Ninja i DJ High-Tech!

Są dziwni. Prowokujący. Bluźnierczy. Trochę straszni. Ich muzyka zawiera ogromny ładunek energii. Prezentowany przez nich styl – zef – jest manifestem ich niezależności. Tego, że teledyski da się kręcić na własnym podwórku, muzykę tworzyć na własnym komputerze, ubrania przerabiać samemu i wykorzystywać wielokrotnie, tworząc z nich znaki rozpoznawcze (złote leginsy, crop topy z napisem „zef” w serduszku, dresy projektu Rogera Ballena…).
Wielu ludzi określa ich twórczość jako „niezłą schizę”, zastanawia się, ile muszą ćpać, uważa, że ich piosenki zwiastują rychły koniec „pięknej” muzyki. Sama do pewnego momentu traktowałam ich z przymrużeniem oka – bardziej jako śmiesznostkę, niż jako naprawdę ciekawe zjawisko kulturowe. Ale wiecie, lubię drążyć…
Tak, to też oni. I mała Sixteen...
Musicie wiedzieć, że przed Die Antwoord istniał projekt zwany MaxNormal.TV – Maksymilianem Normalnym był oczywiście Ninja, a w zasadzie Watkin Tudor Jones. No dobra, upraszczam, tak naprawdę tych projektów było o wiele więcej, ale hej, macie przecież wujka Google! W pewnym momencie do Watkina dołączyła Anri du Toit, czyli po prostu Yolandi. I urodziła mu dziecko, a imię jemu (jej) dziesięć i sześć (miało wyjść pięknie,  jak "czterdzieści i cztery"... chwila, przecież 4x4 to 16!).
„Jak?!” – krzyczycie w niebogłosy. Wasze fasolki puchną, oglądacie po kolei teledyski – „Cookie Thumper”, „I Fink U Freeky” i „Rich Bitch”, i zastanawiacie się, jakim cudem tacy ludzie mogą być dobrym tatusiem i mamusiem ślicznej, szesnastkowej dziewczynki. A jednak…


Dobrze, nasłuchaliście się już, zdążyliście się przerazić, zdziwić, zwymiotować, oszaleć, cokolwiek. Teraz powinniście posłuchać tego… i tego (tu nawet słychać małą Szesnastkę) też!
Czy wasze kapcie już spadły z wrażenia? Zebraliście już szczękę z podłogi? Żyjecie? To dobrze! Jeszcze tylko dwie piosenki i zaczniecie rozumieć. A więc proszę, oto utwory MaxNormal, w których pojawia się już Yolandi – „Total F*** Up” i „Tik Tik Tik”. Pod koniec pierwszego utworu Max stwierdza, że skoro nikt go nie lubi, to powinien się przeobrazić – zmienić akcent, styl, być bardziej „badass”, ale jednak porzuca te plany i pozostaje ekscentrycznym raperem w garniaku. Z kolei w drugiej piosence zaprezentowane są dwa odmienne zakończenia jednej historii. Mamy Yolandi, która jest bardzo biedną dziewczyną, chce uciec z domu, jej rodziny nie stać nawet na masło do chleba (to ważne, ten motyw pojawia się również w innych piosenkach!), żyje w zrujnowanym i przepełnionym domu. W pierwszej wersji dziewczyna spotyka gangstera, który sprowadza ją na złą drogę, daje jej narkotyki. Mała się zatraca, nie do końca wie, co się dzieje, chce cofnąć swoje czyny. Okazuje się, że czuwa nad nią Max, który pozwala jej przewinąć swoje życie i… wchodzi wersja druga. Gdy tym razem Yolandi wpada na gangstera, stwierdza, że śmierdzi on jak rastafarianin, że nie powinna gadać z nieznajomymi i że przecież jest wegetarianką (to też często powtarzający się motyw), więc nie lubi „Kentucky”. Na koniec pojawia się wyliczanka, która kojarzy mi się nieco z jakąś starą grą komputerową. Max przekonuje w niej, że trzeba samemu dokonywać wyborów i robić to mądrze – w tej grze, w której uczestniczymy wszyscy, każdy ma bowiem tylko jedno życie. Na końcu Yolandi rzuca urocze „Don’t be a froppo. Tik is kak!”, co znaczy tylko co „Nie bądź głupi. Amfa to gówno!”. Przekaz jasny.
Co ciekawe, piosenka „Tik Tik Tik” została wydana rok przed powstaniem Die Antwoord. Pierwszą piosenką, którą wrzucili do sieci pod nowym szyldem była "Enter The Ninja", która mogłaby jeszcze uchodzić za dość normalną. Nie pojawiały się w niej narkotyki, więzienia, nagość, agresja. Można powiedzieć, że z każdym wydanym utworem zespół dziwaczał coraz bardziej i przekraczał następne granice. W pewnym momencie antynarkotykowy przekaz został wyparty przez trawę, garnitury, krawaty (i pozostałe części garderoby Yolandi) zniknęły, muzycy zaczęli szokować praktycznie wszystkim – tatuażami, teledyskami, ogólnym wizerunkiem i… odnieśli sukces.

To też oni... Niestety...
Kiedy prześledziłam ich historię poczułam się oszukana. Nie trudno odnieść wrażenie, że oto zdradzili swoje ideały. Ale… co jeśli całe Die Antwoord to pastisz? Gra? Maska? Rola, którą dla zabawy narzucili sobie pięć lat temu. Chciałabym, aby tak było. Wtedy dużo łatwiej byłoby się na nich zgodzić. Obawiam się jednak, że pierwotnie wykreowane przez nich wizerunki sceniczne wpłynęły na nich w zbyt dużym stopniu – stali się własną maską. Kilka dni temu w internecie pojawił się ich nowy utwór - "Pitbull Terrier". Tym razem nie zalinkuję – jeśli jeszcze macie ochotę, poszukajcie sami…

Mogą z całą pewnością stwierdzić, że o ile uwielbiam MaxNormal.TV, to przez Die Antwoord mam do tych artystów żal – gdyby tylko zostali przy starej konwencji, mogliby przekazać o wiele więcej, nawet jeśli ich popularność byłaby znikoma… Cały czas wierzę, że kiedyś zrzucą te obsceniczne maski, ubiorą się i stworzą coś magicznego. Cały czas czekam na ich prawdziwą odpowiedź…

Szczere Kocisko

PS. „Die Antwoord” to po afrykanersku „odpowiedź”. Uwielbiam afrykanerski! 
Radosna urna też do mnie przemawia :P
A wiecie, co do mnie wczoraj dotarło? We wrześniu będę pełnoletnia! I nie, nie jest to okrzyk radości domorosłego piwosza, dla którego osiemnaste urodziny to po prostu pierwsza w pełni legalna popijawa, nie zamierzam uskuteczniać żadnych libacji i wiecie to na tyle dobrze, że drugim najpopularniejszym hasłem, za pomocą którego tu trafiacie, jest „abstynent”. Moje zaskoczenie zbliżającą się pełnoletnością nie miałoby miejsca, gdyby nie, odbywające się w nie całe dwa miesiące po moich urodzinach, wybory samorządowe.
I co? Nagle ja, mała dziewczynka, która nie lubi, gdy inne dzieci bawią się w politykę, w swoją skrajną prawicę, w swojego Korwina-Mikke, ma stać się wyborcą? Obywatelem? Ależ proszę bardzo!
Całą sytuację ułatwia nieco fakt, że rozchodzi się tylko (lub aż…) o moje własne podwórko. Na całe szczęście rozpoznaję lokalnych polityków, o niektórych mam już wyrobioną opinię, muszę się jeszcze tylko trochę douczyć i będę gotowa na podjęcie świadomego i zgodnego w moimi przekonaniami wyboru. Wydaje mi się, że na początek o wiele ciężej byłoby dokładać swoją wyborczą cegiełkę do wyborów prezydenckich lub parlamentarnych – wiąże się z nimi większa odpowiedzialność i… mniejszy wpływ jednostki. Co innego oznacza jedna osoba na tle powiatu i gminy, a co innego na tle całego państwa.
Mam nadzieję, że polubię wybory, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. Chcę być dobrym obywatelem, chcę mieć wpływ, chcę mieć pomysły i chcę mieć głos. Chciałabym móc powiedzieć, że mam wpływ na to, w jakiej rzeczywistości żyję.
Muszę się przyznać do tego, że dotychczas olewałam te sprawy, ale nie zawsze tak było. Pamiętam, że w piątej klasie szkoły podstawowej (ohohoho, prehistoria!) byłam częścią samorządu szkolnego. Było to dla mnie ważne, czułam się wyróżniona, chciałam być częścią społeczności i mieć na nią wpływ, ale już rok później zaczęłam myśleć, że to nie ma najmniejszego sensu. W tym roku szkolnym nawet nie zauważyłam, kiedy moja klasa wyszła na lekcji, aby zagłosować. Olałam sprawę. To może jeszcze nic strasznego – instytucja szkoły, a właściwie instytucja samorządu szkolnego, nie jest dla mnie niczym ważnym, nie ma praktycznie żadnego wpływu na  moje życie, nie licząc kilku szkolnych imprez, w których dla odmiany uczestniczę. Ale wydaje mi się, że one w najmniejszym stopniu leżą w gestii SU – zwykle organizują je konkretne środowiska: koło teatralne, kurs języka rosyjskiego, szkolni muzycy…  
A jednak poczułam przypływ uczuć patriotycznych – tak, poczucie, że powinnam głosować, być świadoma, rozeznana i mieć poglądy, ażeby mnie ci wszyscy owładnięci hejtem i populizmem krzykacze nie przekrzyczeli, to jest patriotyzm! Skąd się wziął (przypływ, nie patriotyzm – ot wskazówka dla tych, który już gubią się w moich wielokrotnie złożonych zdaniach wątpliwej jakości)? Z internetu… Brzmi głupio? Jeszcze jak, ale naprawdę, zerknijcie na ten spot. Co prawda, dotyczy on zbliżających się wyborów do parlamentu europejskiego, ale i tak mnie poruszył. Bardzo.

Szczere Kocisko 
... czy coś w tym stylu...
  Lubię mówić, że ludzi nie lubię, że „głupie ludzie” i „trzymajcie się wszyscy ode mnie z daleka”. Ale chyba dorosłam do tego, aby przyznać, że to nie do końca tak. Co prawda, nadal nie przepadam za byciem częścią grupy na siłę, nie jaram się wycieczkami, nie interesuje mnie do bólu wymuszona i udawana integracja z klasą. Dalej nie rozumiem ludzi, ale mi mogę odmówić im (wam? nam?) tego, że są niezwykle ciekawym obiektem obserwacji.
  Moja ciekawość świata popycha mnie niekiedy to niecnych postępków. Aby zdobyć nową porcję informacji na temat ludzi, plotkuję, podsłuchuję, przeglądam facebookowe i instagramowe poczynania dalszych znajomych. Powinnam się czuć źle? Nie, nikogo przy tym nie krzywdzę.
  Jak to? Przecież plotki to kłamstwa, to słowa, które ranią, to zło wcielone i zaraza naszych czasów, co nie? Ale proszę, aby ten, który nigdy nie plotkuje, pierwszy rzucił kamieniem. Albo nie. Po prostu pozwólcie mi wytłumaczyć. Nigdy nie puszczam w obieg czyichś sekretów, nie rozpowszechniam kłamstw, nie niszczę nikomu opinii. Plotkowanie to według mojej nomenklatury rozmowa z ludźmi o ludziach (swój do swego po swoje?). Błaha, zabawna pogawędka. O tym, że ktoś się z kimś pokłócił i zrobił młyn na fejsiku; o tym, że ktoś jest totalnym leserem; o tym, że kogoś zwyczajnie nie lubię. Z ploteczek się jako tako wybroniłam, ale co z podsłuchiwaniem? Niedobre Kocisko! Ale zaraz - czy podsłuchiwaniem można w ogóle nazwać sytuację, w której dwie osoby głośno i wyjątkowo emocjonalnie opowiadają sobie nawzajem o swoich problemach, a trzecia, niezwiązana z nimi, mimochodem to wszystko słyszy i słucha? Nie wiem. Ale cieszę się niezmiernie, gdy mam okazję być tą trzecią osobą…
  Nie, nie robię tego po to, aby podnieść swoją samoocenę czyimś kosztem ani po to, by się z kogoś po chamsku pośmiać. Robię to w celach naukowych! Aby poznawać ludzi, uczyć się ich szczególnej mowy, konfrontować to, co myślę o nich na podstawie informacji z trzeciej ręki i z tego, jak sami siebie przedstawiają. Lubię obserwować ludzi w komunikacji miejskiej. To jak połączenie Discovery, Trudnych Spraw i miliona innych seriali, które mnie notabene nie interesują. Często słuchając zarówno obcych, jak i znajomych ludzi, czuję się jak narrator opowieści, jak osoba w której odbija się cały świat (której odbija?). Rozpoznaję pozy, maski, a może tylko tak mi się wydaje. Dopowiadam sobie, snuję domysły, tworzę czyjeś historie.
  Ludzi najbardziej lubię, gdy siedzą w mojej głowie. Rozmawiam z ludźmi w swoim umyśle . Odgrywam już przeprowadzone rozmowy na nowo, zawsze inaczej. Odtwarzam szczegóły. Idealizuję lub demonizuję. Bawię się w fałszerza pamięci tak, jak bawię się w fałszerza rzeczywistości na Instagramie. Wymieniam zdania z moimi idolami – tymi dalekimi i bardzo bliskimi – w moich marzeniach. Śnię rozmowy. Zapamiętuję je. I chyba między innymi dlatego tak lubię obserwować ludzi – aby przenosić ich do świata mojej fantazji…

… A potem mówią mi, że jestem psychodeliczna i mam własny świat, i własne kredki!

Szczere Kocisko 
  Zaraz minie rok, od kiedy Szczere Kocisko zostało zauważone przez kogokolwiek. Wcześniej byłam Mark III w skali Opydo, miałam gdzieś blogosferę, nie znałam nikogo, kto pisze, nie wiedziałam, jak poznać kogoś takiego ani po co w ogóle się za to zabierać. Przypadek sprawił, że w końcu, po kilku miesiącach czczego pisania, pod postem o bierności i hejtowaniu (a jakże!) pojawił się pierwszy komentarz. Pierwszy odzew, pierwszy sygnał, że są na tym blogspocie jacyś ludzie poza mną i że można się z nimi komunikować. Przepadłam. Pamiętam, że od razu odkryłam masę fajnych blogów, masę fajnych ludzi, poświęcałam temu naprawdę sporo czasu. Nagły przyrost ilości wejść, pierwsi obserwatorzy, statystyki powielające się z tygodnia na tydzień. Czerwiec, czas, ochota, pomysły.W wakacje przyszła olimpiada i postanowiła dokopać. To nic, dawałam radę, jakoś się bujało. Daję radę cały czas i do końca miesiąca przekroczę 20000 wejść, lecz co z tego, jeśli wpadłam w blogową stagnację.
  Gdzieś mi się podziały blogi, która czytałam z największą przyjemnością. Gdzieś mi uciekła Antisocial Paranoic, gdzieś mi uciekł PatrykPopławski, gdzieś znudzili mi się inni. Nie bierzcie tego do siebie, po prostu w pewnych momentach nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już czytałam, ktoś już tak mówił, ktoś już o tym pisał. Jestem świadoma tego, że sama też nie jestem zbyt odkrywcza – znerwicowany kot jakich wielu. Ale brakuje mi blogowania w takiej formie, jaka miała miejsce ten niecały rok temu. Może wynika to z faktu, że nie umiem i nie chcę już komentować każdego postu, który ukazuje mi się na pulpicie nawigacyjnym Bloggera, bo zwyczajnie nie mam nic do powiedzenia. A pisanie, jeśli nie ma się nic do powiedzenie zakrawa o spam. A tegoż nie trawię.
  Drażni mnie trochę polska blogosferka. Twór zdominowany przez blogi szalonych matek, szalonych nastolatek, szalonych testerek, szalonych trendsetterek. Zbuntowanych dziewczyn z ciężkim życiem i wannabe-Kominków. Recenzentów rzeczy, które mnie nie obchodzą. Pseudoprofesionalistów. Pseudopisarki. I nie, nie chcę nikogo obrażać, podżegać do kłótni w komentarzach, a już na pewno nie chcę, by komuś zrobiło się przykro – mimo tego, co już zdążyłam napisać, jest wiele blogerek, które darzę niesłabnącą sympatią, nawet jeśli nie chcę się odzywać pod każdym opublikowanym przez nie postem.
  Trochę chyba zapomniałam, jak szukać, jak się inspirować,  jak poznawać i jak się przywiązywać do blogów. I chyba zgubiłam kierunek, w którym chciałabym iść. W tym momencie macie idealną okazję, do popełnienia dobrego uczynku i zrobienia komuś darmowej reklamy – podzielcie się ze mną, Co Bardziej Rozgarnięci itd., blogami, które waszym zdaniem zasługują na szczególną uwagę – ciekawymi, nietuzinkowymi, przepełnionymi treścią! Bardzo ładnie proszę…

Szczere Kocisko

PS. Wszelkie zastrzeżenia możecie zwalić na moją dzisiejszą zabawę w panią od korekty... Nie wiedzie, co to za piekło, szczególnie dla dysorta :P 
  Często zastanawiamy się nad tym, ile czegoś jest czymś. Ile mięsa w parówkach, ile tłuszczu w mleku, ile cholesterolu we krwi, ile etanolu w drinku, ile bawełny w koszuli, ile szczerości w obietnicach, ile prawdy w uśmiechu. Ostatnio na fali mojego zafascynowania ideą bycia humanistą, którego (niestety?) nie sposób ukryć, zaczęłam po raz kolejny zastanawiać się, ile jest mnie we mnie.
W tym momencie w waszych, Co Bardziej Rozgarnięci Czytelnicy, umysłach pojawiać się może okrzyk zdumienia – „Do diabła! Czy ona właśnie powiedziała, że nie jest sobą, że udaje, że gra?!”. Spokojnie, jak zwykle błądzicie niemiłosiernie…
  Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jestem sumą wrażeń, których doznałam, osób, które poznałam, miejsc, które zwiedziłam, wspomnień, które zostały zmanipulowane, aby tylko bardziej tęsknić za czasem, który nie wróci. Nie byłabym tą samą osobą, gdyby nie wyschnięta głowa szczupaka, którą dziadek straszył mnie, gdy byłam mała. Nie poznalibyście mnie, gdyby wymazać z mojej pamięci osiem lat treningów sztuk walki, wyjazdów na zawody, walk i zdobywania medali, które cały czas wiszą w kącie przenigdy nieodkurzane. Nie istniałabym w dzisiejszej formie, gdyby nie każda łza, którą uroniłam z byle powodu. Jestem, ponieważ prywatna podstawówka, w której pani pedagog wyzywała mnie od ćpunów, publiczne gimnazjum, w którym postanowiłam choć trochę przyzwyczaić się do ludzi, wszystkie niepowodzenia i wszyscy ludzie, którzy mnie zawiedli – to wszystko?
  Nie mogę stwierdzić, że jestem aż tak bierna i nijaka, że to otoczenie musiało mnie wykreować, co to, to nie! Jestem świadoma tego, że każda moja decyzja pozostawiła we mnie jakiś ślad – podejmowanie wyborów jest dla mnie bardzo, bardzo ważne i wszelkie decyzje zapadają mi pamięci. Doskonale zapamiętuję też sytuacje, nastroje, szczegóły, miłe gesty. Szybko się przyzwyczajam i przywiązuję – to dlatego też wszystko odciska się na mnie jakimś piętnem(?). Uwielbiam tęsknić za czymś, czego już nie przeżyję. Uwielbiam nostalgię, mimo że przez nią nie potrafię docenić stanu obecnego. No cóż, fajnie byłoby wrócić do momentów, które zaważyły o tym, kim jesteśmy, nieprawdaż?
  Może zostałam zmanipulowana przez kurs podstaw filozofii, na którym miałam przygotować się na debatę dotyczącą koncepcji ja w empiryzmie, kantyzmie i racjonalizmie z empiryzmu właśnie i może za bardzo wzięłam sobie do serca Locka i jego koleżków, a może po prostu stary, poczciwy Arystoteles miał rację – tabula rasa i te sprawy… Nie wiem, chciałabym jednak kiedyś poznać, jakie predyspozycje kryły się we mnie od początku i co stanowi najmojszą mojość – jaka cecha, jakie upodobania, jakie zainteresowania. W przeciągu kilku lat opowiadałam się za tyloma koncepcjami siebie i szczerze wierzyłam w każdą kolejną i każdą kolejną uznawałam za tą właściwą. Dalej sądzę, że każda z nich była właściwa – w swoim czasie, miejscy, okolicznościach, wśród przypisanych jej ludzi. Zagadkę stanowi to, które wydarzenie, który z obecnych powodów do nostalgii stanie się kluczowym w perspektywie całego mojego życia i ile to jeszcze razy zmieni się moje ja…

Szczere Kocisko
  Lubimy krytykować. Ja (zaraz się o tym przekonacie), wy, cała reszta świata. Bo wiecie, społeczeństwo nie jest miłe. Do podobnych wniosków doszła Dorota Masłowska i postanowiła podzielić się tym newsem, tytułując z ten sposób swoją... płytę. W wywiadzie dla Wyborczej tłumaczyła, że nie chciała pisać  książki na temat blokowisk, hajsu i jeżdżenia audi, nie znosi bowiem literatury zaangażowanej. Dobra, to o czym ona pisała dotychczas? I czy „Chleb” lub „Haj$” mam odbierać jako muzykę zaangażowaną? Co do amstaffa?!
  Pewnie wiecie, że Masłowska zadebiutowała „Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” jako bardzo młoda dziewczyna – świeżo upieczona absolwentka liceum. „Wojna…” reklamowana była, jako pierwsza polska powieść dresiarska. No tak, uczyniła dresiarza głównym bohaterem, jego monolog narracją. Spoko, fajnie. Była luka, została zapełniona, jest bestseller, jest adaptacja filmowa, haj$ się pewnie zgadza. Ale Masłowska brnęła dalej. Wydany trzy lata później „Paw królowej” znów kipi cynizmem, epatuje brzydotą i głupotą, zraża agresywnym językiem, brakiem spójnej fabuły (Marta Sawicka). Znów dotyczy polskiej kultury podwórkowej, znów jest parodią, autorka po raz kolejny bawi się potocyzmami. Krytyczny obraz polskiej rzeczywistości vol. 2? Utwory dramatyczne, które wyszły spod pióra Masłowskiej również traktują o Polakach, polskości, o tym wszystkim, o czym już pisała...
  Ale halo, w 2009 roku wyjechała do Stanów na roczne stypendium. Wiecie co to oznacza?  Nie? No dobra… Fabuła jej następnej powieści „Kochanie, zabiłam nasze koty” już nie toczy się w polskim bloku z wielkiej płyty. Teraz jest światowa, zamerykanizowana, przepełniona do granic możliwości znakami handlowymi, markami, kaloszami Hunter, żelem antybakteryjnym, modą na jogę, Starbucksem, całym tym lifestyle-owym śmietniczkiem. Dzięki temu książka miała różnić się od poprzednich dziełek (dzieł?) Masłowskiej.  Muszę przyznać – przeczytałam ją w jeden wieczór, zaciekawiona, rozbawiona, zachwycona absurdalną  klamrą kompozycyjną. Bez problemu załapałam sens, całą tą ironię, cały gorzki wydźwięk. Autorka bardzo sprawnie przeprowadza czytelnika przez fabułę. „Kochanie…” całkiem przyjemnie   przytaczało się w pracach olimpijskich - podobnie, jak „My zdies’ emigranty” Gretkowskiej (ot, rada dla przyszłych olijpowców).
  Lubię Masłowską, ale naprawdę, czy ona nie może inaczej? Nauczyła się krytyki, satyry, uszczypliwych spostrzeżeń na temat społeczeństwa i tyle? Kiedy dowiedziałam się, że to ona stoi za pseudonimem Mister D. zrobiło mi się przykro. Taka fajna, wredna autorka robiąca taką popelinę? Naprawdę? Obrońcy tego projektu twierdzą, że to jest awangarda, że puszczanie oka, że sprawna parodia. Mi się wydaje, że D. nie wie, co chciałaby sparodiować… Bo z jednej strony polskie realia, prezydent, Żabka, Tiger, blokowisko, a z drugiej cytaty z Miley Cyrus, YOLO i inne plagi internetów – koty z wyłupiastymi oczami, galaktyczne motywy… Nie rozumiem też stylizacji retro. Bo co ma Atari, Tetris, Pikachu, granie w gumę i Fiat 126p do całego konceptu? To chyba jedynie przykrywka, która ma uzasadniać warstwę instrumentalną całego przedsięwzięcia. Swoją drogą Mister D. muzycznie nie powala. Porównując te piosenki chociażby z hipnotyzującym „Hera koka hasz LSD” Karoliny Czarneckiej, widać, że mogłoby być o wiele lepiej.
  Projekt Mister D. jest moim zdaniem okropnie wtórny. Jeśli ktoś chce pośmiać się z dzisiejszego społeczeństwa, popularnych wykonawców, czy stylistyki, w której chcąc nie chcąc siedzimy, to może sobie posłuchać/pooglądać Die Antwoord, a jeśli Die Antwoord okaże się za mocne, można zawsze zadowolić się bardzo dobrze zrobionymi parodiami komercyjnych piosenek, które oferuje np. The Key of Awesome. Z kolei, jeżeli komuś brakuje w życiu czegoś psychodelicznego, dziwnego i tajemniczego, czy nie lepiej obejrzeć sobie Krainę Grzybów, która jest naprawdę niezależna (nie stanowi promocji żadnego filmu, co nie?), nieprzewidywalna dla odbiorcy i niesamowicie dokładnie przemyślana przez twórców, niż te chlebowo-maślane wynurzenia?
Szczere Kocisko

Tkaczyszyn-Dycki
Nie pojawiło się na insta, to pojawia się tu, a co!
  Nie tak dawno opowiadałam o tym, jak bardzo i dlaczego nie rozumiem humanistów. A raczej – nie rozumiałam. Przychodziłam na dodatkowe zajęcia z analizy i interpretacji wierszy, z przerażeniem obserwując „tych ludzi”, których widziałam przez pryzmat ich zeszytów na cytaty i skrzętnie zapisywanych informacji na temat każdej przeczytanej powieści, każdego zbioru opowiadań, każdego tomiku poezji. Myślałam sobie – nie ma dla mnie tutaj miejsca, po co marnuję ferie na udawanie, że mogłabym kiedykolwiek im dorównać. Czasami śmiałam się w duchu i próbowałam ironizować. A to wszystko tylko po to, aby ukryć swoją zazdrość… Z czasem przekonałam się, że bardzo lubię rozmawiać z "tymi humanistami". Okazało się, że wiele rzeczy, które mi pokazują, urzeka mnie, całkowicie trafia w mój gust. Strach i pobłażanie zmieniły się w podziw. Nie narzekam, wiecie?
  Wróciłam do standardowej nauki, wałkuję biologię, fizykę i matmę, z polskiego mam już wpisane 100%. Daję radę – tydzień nadrabiania przekładanego relaksem i doprowadzaniem swojego ego do porządku wystarczył, aby wejść w rytm mnie-ścisłowca. Zauważyłam już, dlaczego nigdy nie potrafiłam stwierdzić, co wolę; dlaczego nigdy nie odpowiadałam jednoznacznie na pytania o ulubiony czy znienawidzony przedmiot. Nie ma takich. Szczególnie teraz, w liceum kiedy to uczę się jedynie tych rzeczy, które sama sobie do nauki wybrałam. Ten wybór nie był prosty i ciągle zadaję sobie pytanie o to, czy był chociaż słuszny. Jednak wiem, że w moim przypadku nie ma czegoś takiego, jak słuszny wybór. Od roku nie miałam historii i szczerze tęsknię za nauką dat, biografii, za słuchaniem nauczyciela wyjaśniającego jakieś historyczne zależności. Równie dobrze mogłabym uczyć się tego przedmiotu na własną rękę, ale niestety czas nie jest niewyczerpywalnym źródełkiem… Podobną tęsknotę odczuwam jeszcze do nauki historii sztuki, języka rosyjskiego… Naprawdę, jeśli uda mi się wygospodarować jakąś jedną, małą godzinkę w przyszłym trymestrze – idę na historię sztuki! Wiem jednak, że jeżeli półtora roku temu zdecydowałabym się na inną specjalizację, na przykład taką zakładającą rozszerzenie z polskiego i historii, tęskniłabym niemiłosiernie za fizyką i klęłabym na wszystkie daty, których i tak nigdy bym nie zapamiętała. Problem w tym, że jestem zbyt elastyczna – nie widzę różnicy między poznawaniem tajemnic komórki eukariotycznej, a poznawaniem tajemnic poezji. No dobrze, widzę różnicę, ogromną, ale to obu tych rzeczy podchodzę z porównywalnie pozytywnym nastawieniem. Człowiek renesansu, nie? Wszechstronny, ciekawy świata, głody wiedzy! Cholernie skromny…
  Przez ten ostatni czas strasznie się "zhumanizowałam". O dziwo – najbardziej po zakończeniu mojej olimpijskiej drogi. Kiedyś mogłam bez większego poczucia winy karmić swojego wewnętrznego mola książkowego jedynie szkolnymi lekturami, teraz nie mogę wyobrazić sobie popołudnia bez książki. Kiedyś brzydziły mnie notatki i zapisywanie cytatów (hej, zawsze można zrobić mu zdjęcie, nie?), teraz czuję się dumna, mogąc zapisać kolejną kartkę swojego notesu spostrzeżeniami na temat kolejnej przeczytanej pozycji. Czuję, że muszę poznawać coraz więcej i więcej. Czytać tak dużo, jak to tylko możliwe, przeglądać albumy z malarstwem Boscha, poczytywać artykuły dotyczące historii, wiązać ją jakoś w literaturą, a przecież zawsze trzymałam się od tego z daleka. Kocisko humanizowane pogryza olimpijskie ciasteczka owsiane, wstaje od kompa i rzuca się na Hellera.

Szczere Kocisko
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ▼  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ▼  maja (11)
      • Podsumowanie miesiąca!
      • Growe Kocisko #3 - Gry komputerowe jako nośnik kul...
      • Growe Kocisko #2 - Narracja w grach komputerowych
      • Growe Kocisko #1 - Trochę historii i podstawowa kl...
      • Muzyczna odpowiedź w stylu zef
      • Obywatel kot
      • Lubię ludzi w mojej głowie
      • Gdzie się podziały tamte blogaski...
      • Stężenie procentowe kota w głowie.
      • Mam problem z Masłowską.
      • Kocisko humanizowane
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.