Często zastanawiamy się nad tym, ile czegoś jest czymś. Ile
mięsa w parówkach, ile tłuszczu w mleku, ile cholesterolu we krwi, ile etanolu
w drinku, ile bawełny w koszuli, ile szczerości w obietnicach, ile prawdy w
uśmiechu. Ostatnio na fali mojego zafascynowania ideą bycia humanistą,
którego (niestety?) nie sposób ukryć, zaczęłam po raz kolejny zastanawiać się,
ile jest mnie we mnie.
W tym momencie w waszych, Co Bardziej Rozgarnięci Czytelnicy,
umysłach pojawiać się może okrzyk zdumienia – „Do diabła! Czy ona właśnie
powiedziała, że nie jest sobą, że udaje, że gra?!”. Spokojnie, jak zwykle
błądzicie niemiłosiernie…
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jestem sumą
wrażeń, których doznałam, osób, które poznałam, miejsc, które zwiedziłam,
wspomnień, które zostały zmanipulowane, aby tylko bardziej tęsknić za czasem,
który nie wróci. Nie byłabym tą samą osobą, gdyby nie wyschnięta głowa szczupaka,
którą dziadek straszył mnie, gdy byłam mała. Nie poznalibyście mnie, gdyby
wymazać z mojej pamięci osiem lat treningów sztuk walki, wyjazdów na zawody,
walk i zdobywania medali, które cały czas wiszą w kącie przenigdy nieodkurzane.
Nie istniałabym w dzisiejszej formie, gdyby nie każda łza, którą uroniłam z
byle powodu. Jestem, ponieważ prywatna podstawówka, w której pani pedagog wyzywała
mnie od ćpunów, publiczne gimnazjum, w którym postanowiłam choć trochę przyzwyczaić
się do ludzi, wszystkie niepowodzenia i wszyscy ludzie, którzy mnie zawiedli – to
wszystko?
Nie mogę stwierdzić, że jestem aż tak bierna i nijaka, że to
otoczenie musiało mnie wykreować, co to, to nie! Jestem świadoma tego, że każda
moja decyzja pozostawiła we mnie jakiś ślad – podejmowanie wyborów jest dla
mnie bardzo, bardzo ważne i wszelkie decyzje zapadają mi pamięci. Doskonale
zapamiętuję też sytuacje, nastroje, szczegóły, miłe gesty. Szybko się
przyzwyczajam i przywiązuję – to dlatego też wszystko odciska się na mnie
jakimś piętnem(?). Uwielbiam tęsknić za czymś, czego już nie przeżyję.
Uwielbiam nostalgię, mimo że przez nią nie potrafię docenić stanu obecnego. No
cóż, fajnie byłoby wrócić do momentów, które zaważyły o tym, kim jesteśmy,
nieprawdaż?
Może zostałam zmanipulowana przez kurs podstaw filozofii, na którym miałam przygotować się na debatę dotyczącą koncepcji ja w empiryzmie, kantyzmie i racjonalizmie z empiryzmu właśnie i może
za bardzo wzięłam sobie do serca Locka i jego koleżków, a może po prostu stary,
poczciwy Arystoteles miał rację – tabula rasa
i te sprawy… Nie wiem, chciałabym jednak kiedyś poznać, jakie predyspozycje
kryły się we mnie od początku i co stanowi najmojszą
mojość – jaka cecha, jakie upodobania, jakie zainteresowania. W przeciągu
kilku lat opowiadałam się za tyloma koncepcjami siebie i szczerze wierzyłam w
każdą kolejną i każdą kolejną uznawałam za tą właściwą. Dalej sądzę, że każda z
nich była właściwa – w swoim czasie, miejscy, okolicznościach, wśród przypisanych
jej ludzi. Zagadkę stanowi to, które wydarzenie, który z obecnych powodów do nostalgii
stanie się kluczowym w perspektywie całego mojego życia i ile to jeszcze razy
zmieni się moje ja…
Szczere Kocisko
Nie bez powodu jednym z najtrudniejszych i najmniej komfortowych pytań jest to, o to kim jesteśmy. Tutaj imię nie wystarczy, bo to tylko wierzchołek góry lodowej. I wiele innych osób je posiada. Tak jak piszesz, wszystko ma na nas wpływ. Ja sprzed godziny może być diametralnie inne od obecnego. W końcu w tym czasie wiele może się wydarzyć.
OdpowiedzUsuńWłaśnie. Człowiek jest tak "plastyczną strukturą", że ciężko trafnie i trwale określić, kim się jest, bo każda osoba to zbitka wielu innych osób...
UsuńA ile tak naprawdę jest nas w naszych własnych umysłach?
OdpowiedzUsuńTo właśnie zależy od tego, co uznamy jako nas - "nas pierwotnych" takich, jakimi się urodziliśmy, czy "nas nabytych"...
UsuńNo tak, tak się kończy sięganie po filozofów. Błagam, nie zainteresuj się nigdy panem Camus'em i jego filozofią, bo nie uda nam się przebrnąć przez analizę mitu Syzyfa i podparte przykładami rozważania o sensie swojego bezsensownego życia.
OdpowiedzUsuńA tak na serio, nigdy się nie oburzam kiedy ktoś mówi ,,nie czuję się sobą" albo ,,wciąż szukam siebie". Gdyby tak nie mówił i nie myślał, wzięłabym go za idiotę. Bo my już tacy jesteśmy, że musimy się nad sobą zastanawiać, można to nazwać egoizmem, a można ciekawością. Jak mawiał Stachura (i pewnie nie tylko on), żeby poznać ludzi, trzeba najpierw poznać siebie. Dotrzeć do tego wszystkiego co nas ukształtowało, do pełni swojego charakteru, a nawet pokusić się o przewidywanie: co bym zrobił w takiej sytuacji?
Najczęściej do podobnych rozważań zmusza nas jednak rozmowa z kimś obcym komu się trzeba przedstawić (,,jestem Kowalski, jestem...e...człowiekiem...i no...") albo rozmowa o pracę :D
Tak się składa, że uwielbiam egzystencjalizm, Camusa i jego interpretację mitu o Syzyfie ;)
UsuńMnie do takich rozważań natchnęła obserwacja tego, jak wzbogaciły moją osobowość ostatnio zawarte znajomości :)
Z tym, że kształtują nas mocno wydarzenia, ludzie, wszystko, co spotkaliśmy na drodze, zgadzam sie zupełnie. Bo to właśnie ludzie pchali mnie na nowe tory w życiu. Ktoś podsunał mi książkę, ktoś polecił gazetę, ktoś zrobił wykład o filozofii, ktos opowiedział głupia historię, ktos dał do ręki gitarę... Rzadko kiedy coś sama odkrywałam, przeważnie reagowałam na bodźce z zewnątrz i na podstawie tego co dostałam , tworzyłam się sama. Bo owszem, dlai mi gitarę, ale nie powiedzieli, co mam grać. Dali ksiażkę, ale nie kazali akurat jej pokochać, pokochałam inną książkę tego autora... Dlatego myślę, że kształtowałam się sama, tylko pchana siłami zewnętrznymi.
OdpowiedzUsuńPodobnie z uczuciami, nawet śmieszniej, bo czasami jedna myśl decydowałą o bardzo ważnych rzeczach, jedno słowo przesądzało o nienawiści, jeden zachwyt, jedna duma przesądziły o wyborze szkoły. I pewnie to "ja" pozmienia sie jeszcze milion razy, póki jestem jeszcze jako tako zainteresowana światem, i póki jako tako w nim żyję...
Och, fajnie to wyraziłaś - "kształtowałam się sama, tylko pchana siłami zewnętrznymi" ;) mam bardzo podobne odczucia :)
UsuńJestem za koncepcją płynnej osobowości. To chyba fajne ciągle się stawać...choć to może też skazywać na tęsknotę, za dawnym mną, ale i w tym można się dopatrzyć pozytywów - tęsknota może motywować do pracy nad sobą, do zmian. Myślę, że procesy świadomego i nieuświadomionego kreowania naszej osobowości przeplatają się nieustannie. Może więcej jest tych nieświadomych?
OdpowiedzUsuńNa pewno większość to procesy nieświadomie - nie myślimy sobie przecież "O, to i tamto spełni wielką rolę w moim życiu!" a nawet, jak już tak pomyślimy, to doznajemy zawodu. Jesteśmy wielką niewiadomą i to jest chyba piękne :)
UsuńAle to jest w sumie ciekawe. Jedna decyzja w naszym życiu kształtuje go już do końca. Niesamowita odpowiedzialność. :)
OdpowiedzUsuńNo tak. I trochę szkoda, że tak mało ludzi zdaje sobie z tego sprawę, większość myśli ciągle, że ich życie dopiero się zacznie...
Usuńmnei we mnie jest dużo, ale różne partie "mnie" się uaktywniają w róznych momentach i okolicznościach - na blogu inne kawałki mnie niż gdzie indziej.. hm.
OdpowiedzUsuńjesteś specjalna, jesteś sobą, jesteś wolnym elektronem!
określenie "specjalna" wydaje się być tutaj najtrafniejsze :)
Usuń