Najsmakowiciej rozwodzić się na
tematy, o których nie ma się pojęcia. Nie wiem dlaczego… Być może, by stworzyć
sobie iluzję posiadania większej, niż w rzeczywistości, wiedzy. Albo, by
wykształcić w sobie – jakże przydatną – umiejętność rozmawiania na wszelkie
tematy. To chyba potrzebne ludziom, skoro powstała nawet książka o tym, jak
rozmawiać o książkach, których się nie czytało. Jedna lektura, zamiast wielu innych?
Jak ekonomicznie! Ale nieważne, nie o tym chciałam pisać. Tym (nie)zgrabnym
wstępem chcę się usprawiedliwić. Dlaczego? Bo zamierzam pisać o epoce, której
na całe szczęście nie przeżyłam. O PRL-u i o transformacji ustrojowej Polski.
Chcę uzupełnić treść wyrobu felietonopodobnego o tytule „Wojna światów” o kolejne kocie przemyślenie.
Już drugi raz w przeciągu jednego
roku szkolnego przyszło mi robić projekt o zmianach, które zaszły w Polsce na
przełomie lat 80. i 90., więc zdążyłam trochę na ten temat poczytać. I doszłam
do wniosku, że typowego Polaka (przepraszam, za stereotypowość) można określić
jednym zgrabnym słowem – „malkontent”. Komuna – źle, demokracja – źle. Analizując
różne ciekawe wykresy odkryłam za to, że ludzie najbardziej niezadowoleni ze zmiany, która zaszła byli w latach 1994-1995 i 1999-2004. Po wejściu Polski do Unii
Europejskiej (na którą dobrze jest teraz w towarzystwie ponarzekać)
niezadowolenie społeczeństwa do 2009 roku stopniowo malało. Zaskoczeni? Być
może teraz wygląda to nieco inaczej, ale niestety nigdzie ni śladu bardziej
aktualnych badań. Kiedy z kolei
natknęłam się na diagram przedstawiający postulaty internautów wobec Polski (nie
pytajcie co możecie zrobić dla kraju, siedźcie na tyłku i narzekajcie dalej) na
czele obok nowych i bardziej kompetentnych polityków było zwiększenie wolności
obywateli, zmiany ustrojowe i zwiększenie niezależności kraju. Widzę, że apetyt
rośnie w miarę jedzenia. Tylko nie wiem na jakie zmiany ustrojowe możemy sobie
pozwolić (może poza usunięciem senatu). Ostatnio na lekcji historii i
społeczeństwa usłyszałam, że mam skłonności autorytarne, więc gdy zajdzie
potrzeba, mogę się tą zmianą ustroju zająć. Żart na rozładowanie napięcia.
Jako główny problem z którym
boryka się Polska po 89. przedstawia się bezrobocie. Mówią „no tak, kiedyś to
chociaż każdy miał pracę, kiedyś można było spokojnie żyć”. Tylko po co komu
praca, która nic nie wnosi; w zadanie, którym spokojnie mogłaby się zająć jedna
osoba, angażowano ich kilka. PRL wypłukał społeczeństwo z takiej dobrej
ambicji. Z potrzeby robienia czegoś dla siebie, dla swojego rozwoju. Pozostała
za to paląca potrzeba posiadania uznania i pieniędzy z samego faktu istnienia.
Myślę, że stwierdzenie, iż
wszyscy ludzie są równi, oznacza, że każdy – jeśli chce czegoś dokonać i
przykłada się do tego, co robi – ma na to szansę coś osiągnąć, bez względu
czyim jest dzieckiem, jak wygląda, w co wierzy, kogo kocha i jaki ma plan na
siebie. Ale ta równość nie oznacza, ze każdemu należy się to samo. Bo jeśli
komuś się nie chce nic zrobić ze swoim życiem i utrzymuje się z zasiłków i/lub
pracy na czarno, a jego sytuacja materialna, nie odbiega mocno od sytuacji
ludzi uczciwie zarabiających, to coś jest mocno nie tak. Niech ambicje i chęć
rozwoju wróci! Proszę…
Szczere Kocisko