• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Na początku października zamierzałam robić wszystko. Najlepiej wszystko i z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Czytać wszystkie teksty, o których wspominali prowadzący zajęcia, przepisywać na  czysto wszystkie notatki. Ćwiczyć każdego wieczoru, bez wyjątków, angażować się we wszystkie interesujące inicjatywy. Chodzić na wszystkie fajne koncerty, odwiedzać wszystkie wystawy, ponownie zacząć grywać w gry (przez tematy poruszane na zajęciach od jakiegoś czasu chodzi za mną Deus Ex: Human Revolution), oglądać masę filmów, uczyć się intensywniej szwedzkiego, czytać, ach, ile czytać.

Nie ma. No nie da się tak. To znaczy – pewnie by się dało, są osoby, które zdają się być wszędzie i angażować się we wszystko, ale albo rybka, albo akwarium – nie robią za to tych rzeczy, którym ja poświęcam wiele czasu i które mają dla mnie duże znaczenie. Świadome zakupy, gotowanie, jedzenie bez pośpiechu, szukanie inspiracji, pisanie, czytanie, z którego nie mogłabym zrezygnować… Także kontakt z rodziną. Nie wyobrażam sobie przez cały dzień nie zadzwonić do mamy. Mam wrażenie, że już jakiś czas temu jedną z moich pasji stała się codzienność. Dbam o nią jak o cenną roślinkę, której nie można zaniedbać.  

W ostatnim tygodniu, choć nie był tak ciężki, jak mógłby, (naprawdę, gdybym wiedziała, ile zajęć zostanie odwołanych, podeszłabym do niego z zupełnie innym nastawieniem i bez środkowotygodniowej załamki) kilkakrotnie udało mi się zakwestionować moją zasadność bycia tutaj. Dziwnie funkcjonować ze świadomością, że nie mam żadnych podstaw do czucia się pod względem prawdopodobieństwa zaliczenia semestru bezpieczniej, niż inni. Gimnazjum kończyłam na pozycji uprzywilejowanej i na takiejż dostałam się do liceum. Liceum, w którym szybko znów wskoczyłam na półkę traktujcie mnie nieco inaczej, jestem olimpijką. I ten stan w pewnych aspektach jeszcze się utrzymuje – z tytułu bycia studentką -finalistką OLiJPu do końca roku akademickiego będę dostawać stypendium. Cieszę się niezmiernie, ale dalej mnie to dziwi, jak można być gratyfikowanym za kilka miesięcy pracy po tak długim czasie? To trochę tak, jak z wejściami na blog za pośrednictwem haseł „jak napisać pracę olimpijską”. Serio, co roku, od sierpnia do grudnia, przynajmniej raz na tydzień ktoś natknie się na mnie w ten sposób.

I tak, pojawiają się wątpliwości – czy wybierając ten kierunek, wiedziałam, na co się piszę? Nie czuję się dobrze pracując w grupie i mam ambiwalentny stosunek do sztucznej inteligencji. I czuję się ogromnie nieswojo patrząc na świeże zdjęcia pustych mózgoczaszek. Ale są tu też rzeczy, które niesamowicie lubię! Wszelkie te tematy związane z fizjologicznymi aspektami pamięci, z neuroplastycznością, lingwistyka poznawcza... Pocieszam się myślą, że te wszystkie metodologiczne flaki z olejem są potrzebne, są punktem wyjścia i w przyszłości będą dla mnie po prostu zestawem narzędzi, który będzie dla mnie naturalny i na który i tak nie będę zwracać uwagi. No, taką mam nadzieję.

Znalazłam sobie furtkę, dzięki której jest mi trochę łatwiej i całkiem możliwe, że z nieco mniejszą presją – wystarczy pamiętać, że ja to lubię. Że nie muszę, że nikt mi nie każe. Że lubię. I że mogę działać w takim zakresie, jaki uważam za stosowny i dopasowany do swoich potrzeb, bo i tak tu nikogo to nie obchodzi. Mimo to, jednak, chciałabym czegoś więcej, niż zaliczenia, a i o nie zaczynam się martwić.

Szkoła wychowała mnie na naprawdę dobrą uczennicę, ale nie wiem nic o byciu studentką.
Nie jest łatwo, bo psuje się pogoda, a słońce w pigułce, które ostatnio kupiłam, jeszcze nie działa. Ok – myślę sobie – nie dokręcam śruby, daję sobie czas i pozwalam sobie nawet posmucić się nieco, czasem trzeba i nie mam z tym żadnego problemu. Rozumiem, akceptuję i daję sobie na to moment.
A tymczasem zostawiam tu kolejną porcję zdjęć mojego jedzenia. Planuję dzielić się tu nimi regularnie, np. co miesiąc. Dobrze?
Płatki owsiane na wodzie, z jogurtem, cynamonem, chałwą, daktylami suszonymi, bananem i granatem

Obiadek w mojej ulubionej wege restauracji w Toruniu - Ciasnej. Burger z buraczków i czerwonej fasoli, roszponka, guacamole, marynowane pieczarki cytrynowe, wegański sos czosnkowy

Płatki owsiane na wodzie z cynamonem, melasą, pomarańczą i figą

To samo, wersja z granatem, bananem i figą

Zupa soczewicowa (domowe leczo + zielona soczewica z puszki), guacamole, gotowa tortilla podsmażona z przyprawami w charakterze nachos

Domowy wegepasztet, kiełki, ryż gotowany z kurkumą, miks sałat z pomidorem i kiełkami w sosie z musztardy i octu balsamicznego

Bułka kukurydziana, musztarda, rukola, wegepasztet, pomidory, kiełki brokułu

Kiszone warzywa (babcine), zgrillowana bułka razowa, pasta z ciecierzycy z musztardą i kurkumą, kiełki

Grillowana włoszczyzna z olejem z pomidorów suszonych, makaron, duuuużo pieprzu czarnego

Grillowana bułka z ziarnami i zupa soczewicowa, taka jak poprzednio

Jarmuż, awokado, pomidory, kiełki, sos czosnkowy (na jogurcie), gotowa tortilla

Nasiona chia na mleku ryżowym, banan, mango, granat, wiórki kokosowe
Banan, pomarańcza, granat, melasa, wiórki kokosowe
Owsianka na wodzie z bananem, granatem i melasą



Za mną ciężki tydzień. Tydzień, który zmęczył mnie, zanim zdążył się jeszcze rozpocząć, a w zasadzie, w który weszłam już zmęczona i zniechęcona, bo w domu było tak miło i tak sentymentalnie, że zderzenie z mniej miłą, mniej sentymentalną i jednak, jak się okazuje, mniej moją rzeczywistością, musiało skończyć się frustracją. Tydzień, który przez pierwsze dwa dni zadawał ciosy, aby zrehabilitować się trzeciego dnia, ale nie tak, aby się człowiek wyspał, nie! Raczej tak, aby czuć jakąś tam dumę z siebie przy jednoczesnym, nerwowym rozglądaniu się za kawą. Taki oto tydzień.

A teraz mam świadomość, że to za mną. Że minęło. Że nie ze wszystkim dałam radę i nie wszystko mogę w notatniku odhaczyć jako zrobione, a wkrótce pojawią się kolejne wyzwania, którym trzeba będzie stawić czoła, ale będę dawać radę. Znów i znów.

Dzisiejsze przedpołudnie było już naprawdę ciężkie. Sam poranek nie, ani moment budzenia się – z tym nigdy nie mam problemu, bardzo lubię celebrować pierwsze minuty po otworzeniu oczu, nie grzebię się, nie przysypiam, nie narzekam. Działam. Trochę jeszcze na ślepo i czasem zdarzy mi się rzucić kubkiem lub zaplątać w kabel od ładowarki, ale to dość zabawny rodzaj roztargnienia.  
Zaniepokoiłam się dopiero, kiedy wypiwszy dużą, pyszną kawę, zamiast poczuć przypływ energii, która pozwoliłaby mi zachować przytomność na wykładzie, poczułam jedynie drżenie rąk. Choć poprzednio piłam kawę dopiero we wtorek.

Na szczęście nie musiałam już przystopowywać, to już – chwila na oddech. Chwila na dokładne przyjrzenie się swojemu zmęczeniu, na radość, że doczekałam się tej chwili spokoju, że w ogólnym rozrachunku poradziłam sobie, sprostałam i nie jest źle. Jest bardzo, naprawdę bardzo dobrze.

Zmęczenie jest fajne. Nawet z tego względu, że brzmi całkiem sensownie jako wymówka. Nie wstanę jutro o szóstej – powinnam odpocząć. I dlatego, że – jeśli się swojego ciała uważnie słucha – można się wiele dzięki zmęczeniu o sobie dowiedzieć. O tym, co nas męczy, jak nas męczy, co od nas to zmęczenie odpędza. O tym, jak, pomimo zmęczenia, siłą rozpędu można jeszcze przygotować sobie przepyszny obiad, zrobić pranie, zapalić świeczki, kupić nowy świecznik, poświęcić uwagę wszystkim i wszystkiemu, co ważne. O tym, ile ma się rezerw i jak przyjemnie móc się w końcu położyć, zdrzemnąć o godzinie piętnastej lub leniwie czytać Prousta. Nie wiem, czy każdy poświęca sobie tyle uwagi, co ja, raczej nie. 

Ja nie wyobrażam sobie w pozbawionym uwagi życiu szczęścia. 
Ustawicznie czuję, że mam problemy z opanowaniem sytuacji, ogarnięciem się, tudzież ogarnięciem rzeczywistości. Czułam to trzy lata temu, na początku liceum, podczas projektu z historii, czułam to dwa lata temu podczas pisania swojej pracy olimpijskiej (do której cały czas wracam, chcąc odświeżyć sobie informacje o rodzajach pamięci – szaleństwo!), czułam to rok temu, gdy matematyka postanowiła pokazać, że jest rozszerzona, a fizyka – że współczesna. W rzeczywistości jest tak, że sama sobie każę wierzyć w te problemy. Edukacja ma to do siebie, że w jej świetle tak naprawdę nikt nie jest wyjątkowy. Trzeba to sobie uzmysłowić. Bo halo, wszyscy, będąc w obrębie jakiejś grupy, dostajemy takie zadania, jak reszta. Choćbym nie wiem, jak bardzo, chciała robić za zapracowaną Poświatowską, moje zapracowanie jest niewykraczające poza przeciętną wartość dla zbioru, do którego należę i niewspółmierne do przyjmowanej przeze mnie pozy. Wszystko siedzi w głowie. Ale nieważne.

Rzecz w tym, że poradziłam sobie zarówno rok, dwa, jak i trzy lata temu. Pamiętam, że każdy z tych kryzysowych momentów kończył się sukcesem. Że dawałam radę, a nawet więcej, i to na wszystkich płaszczyznach. Że chodziłam dodatkowo na jogę, że w liceum było jednak nieporównywalnie więcej godzin zajęć i jakoś się żyło. No dobrze, zdarzały się bardzo ciężkie momenty, bogate w krwotoki z nosa i pragnienie rzucenia wszystkiego w cholerę, ale wiem przecież, że to nie było konieczne. Że można było zdrowiej, lepiej, spokojniej, radośniej, bez nerwów. Wiem też, że mam teraz o wiele lepszą relację z samą sobą. I fajniejsze życie. Z drugiej strony – teraz doszły rzeczy, które dotychczas nie leżały w moje gestii – zakupy, gotowanie, mycie naczyń. Kursowanie kilka razy dziennie na linii mieszkanie-wydział również zabiera więcej czasu, niż trasa dom-szkoła-dom.

Co powinnam zrobić? Jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy to – uczyć się od siebie. Prześledzić, co takiego robiłam i jak, że mi się udawało. Zaciskałam zęby? Bawiłam się w wielozadaniowość? Czy tak, jak teraz, wpadałam w tą dziwną martyrologię i omójbożeniedajęrady? Może po prostu bardzo się starałam i otrzymywałam wymierne efekty? Czemu obecnie sprawa nie rysuje się tak prosto?

Pamiętam, że aby czytać, wykorzystywałam każdą wolną chwilę – każde 10 minut przed lekcjami, każde okienko, wszystko. I że starałam się zachowywać równowagę. Zapalać świeczki i utrzymywać swoje otoczenie ładnym. Wiem też, że im więcej mam na głowie, tym lepiej pracuję, wiec lepiej, żebym nie zaczynała odpuszczać, bo wkrótce przestanę chcieć stawiać czoła czemukolwiek.

Znów wskazuję na problem, jaki stanowiły dla mnie pięciomiesięczne wakacje między liceum a studiami. Oczywiście, były super, poznałam dobry kawał Polski, bawiłam się, byłam na (w mojej subiektywnej ocenie) najlepszym koncercie świata. Ale pozbyłam się wszelkich procedur, które tworzyły się ze mnie przez lata. Móżdżek zapomniał, c’est la vie. Tym razem muszę się sama wszystkiego nauczyć.
Nad domem jest piękniejsze niebo. Zauważyłam to wczoraj wieczorem, bo po raz drugi od rozpoczęcia studiów spędzam tutaj weekend. Za pierwszym razem było chyba trochę na dużo ekscytacji i relacjonowania życia w nowym miejscu. Tym razem wróciłam bardziej, naprawdę. Skupiam się na tym, gdzie jestem. Wyłapuję wszystkie zapachy i szczególny rodzaj ciepła, jaki tu się wyczuwa. Przed zaśnięciem patrzę w gwiazdy – bo w Toruniu nigdy ich nie widzę, w tym mieście konstelacje obserwuję na przystankach tramwajowych, nie na niebie – i słucham wiatru omiatającego okolicę, deszczu bębniącego w dach.

Mam tu ochotę pisać. Od kilku miesięcy nie napisałam ani jednego wiersza, jeszcze nie wiem, jak pisać o szczęściu, ale już niedługo, w końcu do tego dojdę, tak myślę. Jestem ciężka od dobrych wspomnień, aż ze mnie nimi paruje. Czuję w oczach to specyficzne mrowienie, jestem ciągle krok od wzruszenia się. Wracając z dworca, szczególną uwagę poświęciłam fragmentowi trasy od mojego liceum do domu. I w sekundę po tym, jak na pytanie mamy, czy może nie zajechać na moment do szkoły, bo samochody ulubionych nauczycieli jeszcze stoją, odpowiedziałam, że nie ma takiej potrzeby, pożałowałam. Na pewno pojawię się na szkolnej wigilii. Będę się wzruszać, będę życzyć i będę życzyć dobrze.

Tęsknię za moim liceum. Tęsknię za fotelem przy oknie, gdzie przed lekcjami wysupływałam trochę czasu na czytanie książek. Za schodami, korytarzami, za klasami. Za tym szczególnym rodzajem gwaru. Tęsknię za tym, w jaki sposób i czego się uczyłam. Na studiach to wygląda nieco inaczej i nie do końca mi się to podoba – to znaczy – przywykłam i przywiązałam się do czegoś zgoła innego. 

W moim pokoju pachnie praniem i jest to, obok jedzenia, najbardziej domowy z domowych zapachów. W kuchni, jak co rano tutaj, włączone jest radio, sama jakoś nie potrafię go słuchać.
Czytam nareszcie „Córkę rzeźbiarza” Tove Jansson i myślę, że to mi tylko ten reminiscencyjny nastrój podbija. Mam ochotę przeglądać zdjęcia. I jeść magdalenki maczane w herbacie - bezczelnie kradnę klimat Prousta. Składam dziś dziadkom wizytę i jestem pewna – tym razem pożyczę z babcinej biblioteczki „W cieniu zakwitających dziewcząt”...

Pierwszy raz od dawna udało mi się śnić. Przebudzać się, patrzyć w niebo i śnić dalej. To znaczy – w miarę zdawać sobie sprawę z tego, że miałam sny, dokładnie niewiele pamiętam.

Tęskniłam za domem. I nie tylko. Ciągle tęsknię bardzo szczęśliwą tęsknotą. 
Nie mam za grosz zdolności przywódczych. Nie mam charyzmy, brak mi pewności siebie, nie lubię organizować. Organizowanie sobie życia jest tu wyjątkiem, bo dzień zaczynam od spisania listy rzeczy do zrobienia przed wyjściem, a weekend od tygodniowego planu działania. No właśnie, bo jestem sumienna i metodycznie podchodzę do wielu spraw.  Z tym, że nie wynika to z jakiejś szczególnej pracowitości, przeciwnie – robię wszystko, aby mieć czas, w którym nie będę musiała robić nic. Bez konsekwencji, całkiem bezkarnie. Codziennie.

Można byłoby powiedzieć, że jestem dość samolubna. To znaczy – kluczowy jest dla mnie mój własny spokój, moje własne poczucie kontroli, własny dobrostan. Sprawami ludzi wokół interesuję się – to prawda – ale raczej na poziomie ciekawości, niż jakiejś chęci niesienia pomocy, czy zapewnienia grupie spokoju czy stabilności. Lubię się przypatrywać, ale tylko, kiedy sama decyduję o tym, kiedy i w jakich okolicznościach. Nie uczestniczę w niczym bo wypada. I uważam, że to właściwe i zdrowe podejście, i że w przyszłości się na mnie nie zemści, jak wróżą niektórzy.

W całym tym moim dbaniu o swój interes, chęci zapewnienia sobie spokoju, coraz częściej zdarza mi się chwytać za stery, przejmować inicjatywę, takie tam. Dzięki temu staję się reprezentantką grupy, do której sama należę. I mogę być spokojna. Bo coś nie potrafię – być może ze względu na nowe środowisko, być może dlatego, że nie krystalizuje się z niego nikt do tej funkcji właściwszy (albo mam problemy z percepcją) – zaufać ludziom.

Wiem, że to źle. Całe życie musimy ufać jakimś ludziom. Musimy ufać wykładowcom, kierowcom pojazdów spotykanych na drodze, sygnalizacji świetlnej, bankomatom, budowniczym mostów, przechodniom (ufamy, że nikt nas za zakrętem nie zadźga, co nie?). I tutaj jakoś sobie radzę. Ale z jakiegoś powodu nie wierzę w to, że ktoś może zrobić coś tak, jak bym tego oczekiwała. Być może to moje oczekiwania są tu problemem. Może to jakaś niespełniona roszczeniowość, w wyniku której roszczeniowa jestem wyłącznie wobec siebie.

W którym momencie zaczęłam pisać tu wyłącznie o sobie i – w domyśle – dla siebie? Pamiętam, że trzy lata temu, zakładając bloga, miałam taki zamysł, aby o sobie pisać jak najmniej. Skupiać się na obserwacji i perspektywie. Oczywiście, wychodziły z tego słabiutkie teksty posługujące się nagminnie olbrzymią generalizacją i taką nibyinteligentną ironią. Ta zaczęła mi jednak brzydnąć, gdy uznałam, że jednak fajniej jest się starać być przyzwoitym człowiekiem. Teraz wszystko stało się bardzo, bardzo subiektywne i nie do końca wiem, co o tym myśleć. Ale nie w kategoriach „kogo to obchodzi?” ani „nie można przecież publikować niczego dla siebie”. Wszystko, co stworzyła Tove Jansson (jejku, jak ja męczę ostatnio tą biedną Tove), stworzyła wyłącznie dla siebie.

Za dużo kombinuję.
Ze wszystkich moich strachów, najbrzydsze i najpospolitsze ciągle mówią mi „za mało”. Bawi je to, okrutne, na szczęście wiem, że nie hulają tylko moim kosztem. Każdemu, w różnych momentach i niezliczonej ilości kontekstów powtarzają te dwa słowa. Za mało.

Za mało robisz. Jest przecież tyle inicjatyw, w które można by się zaangażować. No jasne, będzie ci to w przyszłości niezbędne! Bez tego ani rusz. No przecież ładnie powiedziałaś, że się zastanowisz, tak czy nie? Umieściłaś na liście nazwisko, zostawiłaś maila, przyszłaś na spotkanie, cokolwiek. Jeśli się teraz wycofasz, nikt nie będzie miał wątpliwości – za mało robisz. Przecież wiesz. Za mało.

I za mało się starasz! Kto to widział, sen jest ważny? Spokój jakiś? Co ty! Patrz na tamtą dziewczynę, właśnie pisze doktorat, widzisz? Masę rzeczy pewnie robi i co skarży się? Czy wygląda, jakby się kiedykolwiek skarżyła? Z tym uśmiechem? Żartujesz sobie?


Ooo, chcesz przerwy? Chcesz odjąć sobie ten jeden obowiązek? Odjąć, skreślić, spalić jedno „muszę”? Urocze. Nie zapomnij tylko, że choć mówią ci, że masz przecież prawo i że nie ma problemu, i że oni chętnie, nie możesz potraktować tego poważnie. Wtedy będzie… No, już wiesz jak? Wiesz, jak będzie? Za mało.


Nie, wcale nie nakładam na siebie ani za mało, ani zbyt wiele. Obiektywnie patrząc, utrzymuję idealny balans; świat jest w miarę spójny, bardzo dla mnie dobry i nie mam na co narzekać. Omijam porażki, jem cudownie, dobrze śpię, zachwycam się, zachwycam, zachwycam, inspiruję, zachwycam…

Wydawać by się mogło, że z tak dobrze wyważonym życiem, powinnam być wolna od tych brzydkich, brzydkich strachów. Że powinnam być świadoma, że w sam raz, że daję radę, że się sprawdzam w takich rolach, o jakie bym się do niedawna nie podejrzewała.

Ale to nic. One przychodzą. A ja idę do kuchni i zaczynam robić obiad, ewentualnie, jeśli pora już niejedzeniowa kładę się na łóżku i całkiem bezboleśnie pozwalam się kołysać upływowi czasu. Odchodzą. Ale wiem, że jutro, pojutrze, za tydzień wrócą. Zawsze wracają.
Mam taką dziwną i w gruncie rzeczy całkiem przyjemną skłonność do wpadania w zachwyt na widok bardzo prostych i zwyczajnych, w sumie, rzeczy. Lubię prozę życia. No, nie tylko. Bo lubię też odkrywać. I odkrywać na nowo. Przedefiniowywać. Przekonywać się. I nie umiem narzekać na pory roku. Zaczęło się jakoś na początku gimnazjum, kiedy obiecałyśmy sobie z mamą, że nigdy nie powiemy nic złego na rażące nas w oczy podczas jazdy samochodem słońce. Z czasem nauczyłam się ograniczać narzekanie na upały, bo przecież zimą będę tęsknić (no, w tym roku nie zawsze mi się udawało, ale to chyba całkiem uzasadnione)i  trzymać język za zębami, gdy zima przytłaczała szarością nieba i szczypała w policzki. Z kolei wiosna zawsze była dla mnie czasem, pod względem atmosferyczno-klimatycznym, idealnym.

Jesień po prostu była. Przynosiła ze sobą początki. Początki, ale i nostalgię, bo przecież wszystko zamiera, zwiastuje zimę; bo wstaje się przed wschodem słońca i zanim wróci się do domu, znów jest ciemno. Co ciekawe, kiedy byłam mała, bardzo tę ciemność lubiłam. Nie było nic lepszego, niż wstawanie do szkoły o ciemności.

W tym roku, od samego początku września pisałam o jesienności, wyobrażanej jako, no nie wiem, element scenografii do jednego z odcinków Misia Uszatka.  Z tym, że nigdy nie miałam się jak na tą jesień za bardzo napatrzeć. W iglastym lesie, który otacza mój rodzinny  dom niezbyt dobrze ją widać.

Co innego tutaj.

Odkąd zauważyłam, że w tym Mieście Cierni zupełnie inaczej się patrzy, że te kolory, że zapachy (owszem , lubię zapach zeschłych – nie zgniłych – liści), że całkiem przyjemna temperatura, staram się jak najwięcej chodzić i wchłaniać ten klimat. Wyciągam ręce w stronę spadających liści, niech znajdą swoje miejsce pomiędzy stronami książek, na pamiątkę. Fotografuję. Łapczywie. Wydłużam, rozciągam chwile…

Ta jesień sprawiła, że czuję, że coś wskoczyło na swoje miejsce. Jakiś trybik, dzięki któremu świat działa. Czuję, że mam z jesienią więcej wspólnego, niż mogłabym przypuszczać i że jest mi z nią do twarzy. Dosłownie. Polubiłam jej barwy, w co kilka lat młodsza wersja mnie pewnie nie mogłaby uwierzyć.

Uspokajam się i nawet gdy czasami mam wrażenie, że rzeczywistość, szczególnie uniwersytecka, wymyka mi się z rąk i wydzwaniam do mamy, wyżalić się i poskarżyć się na mnie: nie dość produktywną, nie dość kreatywną, nie dość zorganizowaną, szybko udaje mi się odnaleźć równowagę i odkryć, że tak naprawdę jest tyle czasu, tyle możliwości, tyle siły, tyle wiary, tyle wsparcia.

Wdzięczność. To słowo-klucz ostatnimi czasy. Jedno z moich ulubionych słów. Ciągle do niego wracam.







  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ▼  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ▼  listopada (8)
      • Nie wszystko
      • Dzielę się jedzeniem - listopad
      • Zmęczenie i uważność
      • Uczę się od siebie
      • Nad domem jest piękniejsze niebo
      • Cierp i rządź
      • Rozdrabniarka
      • Jesień w Mieście Cierni
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.