Rzecz w tym, że poradziłam sobie zarówno rok, dwa, jak i
trzy lata temu. Pamiętam, że każdy z tych kryzysowych momentów kończył się
sukcesem. Że dawałam radę, a nawet więcej, i to na wszystkich płaszczyznach. Że
chodziłam dodatkowo na jogę, że w liceum było jednak nieporównywalnie więcej
godzin zajęć i jakoś się żyło. No dobrze, zdarzały się bardzo ciężkie momenty, bogate
w krwotoki z nosa i pragnienie rzucenia wszystkiego w cholerę, ale wiem
przecież, że to nie było konieczne. Że można było zdrowiej, lepiej, spokojniej,
radośniej, bez nerwów. Wiem też, że mam teraz o wiele lepszą relację z samą
sobą. I fajniejsze życie. Z drugiej strony – teraz doszły rzeczy, które
dotychczas nie leżały w moje gestii – zakupy, gotowanie, mycie naczyń. Kursowanie
kilka razy dziennie na linii mieszkanie-wydział również zabiera więcej czasu,
niż trasa dom-szkoła-dom.
Co powinnam zrobić? Jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy
to – uczyć się od siebie. Prześledzić, co takiego robiłam i jak, że mi się
udawało. Zaciskałam zęby? Bawiłam się w wielozadaniowość? Czy tak, jak teraz,
wpadałam w tą dziwną martyrologię i omójbożeniedajęrady? Może po prostu bardzo
się starałam i otrzymywałam wymierne efekty? Czemu obecnie sprawa nie rysuje
się tak prosto?
Pamiętam, że aby czytać, wykorzystywałam każdą wolną chwilę
– każde 10 minut przed lekcjami, każde okienko, wszystko.
I że starałam się zachowywać równowagę. Zapalać świeczki i utrzymywać swoje
otoczenie ładnym. Wiem też, że im więcej mam na głowie, tym lepiej pracuję,
wiec lepiej, żebym nie zaczynała odpuszczać, bo wkrótce przestanę chcieć stawiać
czoła czemukolwiek.
Znów wskazuję na problem, jaki stanowiły dla mnie pięciomiesięczne
wakacje między liceum a studiami. Oczywiście, były super, poznałam dobry kawał
Polski, bawiłam się, byłam na (w mojej subiektywnej ocenie) najlepszym
koncercie świata. Ale pozbyłam się wszelkich procedur, które tworzyły się ze
mnie przez lata. Móżdżek zapomniał, c’est la vie. Tym razem muszę się sama wszystkiego
nauczyć.
Brak komentarzy: