• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Tak, teraz już chyba wszyscy wiedzą, jak ważne są dla mnie posiłki i cała okołojedzeniowa część życia. Pisałam o tym. Wielokrotnie. I znów.  Lubię o tym wspominać, bo to całkiem zdrowe, ważne i pozytywne sprawy. No, jak w chwaleniu się jedzeniem można byłoby przemycić negatywny przekaz? Nie sposób. Dlatego właśnie wszyscy lubią Nigellę Lawson, Jamiego Olivera i czytać KUKBUK.

Dużo się zmienia, dużo się konstytuuje, dużo się też redukuje i przyjmuję to jako rzeczy całkowicie naturalne i potrzebne. Nie można sobie żyć w bańce, którą się wmontowało między ściany w nadziei, że pozostanie tak sobie przez lata w niezmienionej formie. Zdanie sobie z tego sprawy jest chyba ważnym krokiem w budowaniu tego komfortu, o którym wspominałam ostatnio. Comfort zone musi być ciągle doglądana, aktualizowana, sprawdzana; musi podlegać konserwacji, jak każda konstrukcja. Musi zgodzić się na kilka kompromisów, jak czyjeś naczynia w zlewie i czyiś płaszcz w przedpokoju. Musi być świadoma konsekwencji.

Pamiętacie, jak chwaliłam redukcję? Chwaliłam ją tak bardzo, że wpadłam w redukcjonizm i zaczęłam robić wszystko na pół gwizdka, jednocześnie przejmując się wszystkim na jakieś sto gwizdków. Nierozsądne, chyba nie co do tego wątpliwości. Skończyłam sfrustrowana, niewyspana i z poczuciem jeszcze większego niedoczasu. No więc zeszłam z tonu. Wyprowadziłam się na spacer do parku okrężną drogą, zamiast wracać prosto do mieszkania tramwajem. Zrobiłam wielkie zakupy – może lepiej byłoby je nazwać już zapasami – i zabrałam się za gotowanie niepotrzebnie skomplikowanego obiadu, bawienie się w lepienie z ryżu klopsów, równe smażenie ich, duszenie w pomidorowym sosie… 

Gotowanie mnie niesamowicie odpręża. To jak wchodzenie na chwilę w rolę opiekunki, kogoś, kto panuje nad światem, kto zapewnia harmonię i ustanawia dom. Kiedy gotuję, czuję dom. I kiedy jem. Kiedy myślę o tym, jak, co i dla kogo będę gotować w przyszłości. Dom.

A że nie mam na razie zbyt wiele czasu, by pisać, zostawię tu w ramach rekompensaty dość dużą porcję jedzenia. Z całego miesiąca. W razie pytań, co to, z czym to i jak to, proszę się nie krępować J





















Po miesiącu wszystko zaczyna normalnieć. Poranki są coraz ciemniejsze i coraz mniej światła wpada przez okno, coraz krócej. A tak mnie to światło zachwycało. Teraz obserwuję cienie, rozmawiam z nimi. Mówią, że nic nie jest doskonałe. Podnoszę wzrok i widzę krzywe ściany, kąt w który nie da się wpasować równo łóżka. Trzeba sprzątać, uczyć się, wyszukiwać, doczytywać, załatwiać, pisać maile, ksero kosztuje a paznokcie się łamią. Normalnieje.

Ale nie obojętnieje. Po prostu łapię rytm i tworzę procedury. Radzę sobie, trzymam rękę na pulsie, a tramwaje przypominają mi to tym, co ważne. Z toruńskich tramwajów zdecydowanie wolę te stare. Nie dlatego, że są jak pocztówka z Gorzowa, nie – te nowe są po prostu zbyt szybkie. Bezrefleksyjne. Bezmyślne. Zrywają się, przyspieszają, aby za chwilę hamować i narażać pasażerów na bolesną powtórkę z dynamiki newtonowskiej. To złe wzory, tak myślę.

C’est la vie, cały mój Toruń, dwie drogi na krzyż.

Nie wypuszczam się zbyt daleko, nie teraz. Te dwie oswojone drogi są na razie w sam raz. Szczególnie, jeśli moja świadomość tych dróg rozrasta się ciągle o kolejne miejsca. Kawiarnie, punkty ksera, kluby, wege-bary.

Przyzwyczaiłam się i nie wzruszam się już z zachwytu. Zamiast tego chwytam się punktów zaczepienia i wiję strefę komfortu – tę w wersji zdrowej, potrzebnej i fajniej. Od tej wrogo-opiekuńczej, wysyconej strachem i toksyną, trzymam się z daleka. Moja strefa komfortu to wstawanie o szóstej, czwartkowe wizyty w Centrum Sztuki Współczesnej (oj, tam to akurat wpadam w zachwyt nieustająco!),  gotowanie z namaszczeniem i uwagą, i takież spożywanie posiłków; to gorąca herbata w emaliowanym kubku, zachowywanie  odpowiedniej proporcji między skądinąd koniecznymi small talkami a wielkimi dialogami wewnętrznymi, które toczyć uwielbiam.

Lubię ją i swoja konsekwencję, i asertywność. Lubię swoje ścieżki i swoją indywidualność. Cenie ją bardziej niż wewnętrzną spójność, a także bardziej niż integralność ze środowiskiem. Wiem, że w tym zdaniu kryje się pułapka, ale chodzi mi o to, że zupełnie gdzieś mam integralność z jakimkolwiek środowiskiem. Nie wchłonę się, nie podążę, nie zniknę w pierwszym lepszym tłumie. Najpierw wolę poznać. Bez zamykania się i bez pozostawiania drzwi otwartych na oścież. Niech będą uchylone. Potrzeba przynależności ze wszelką cenę jest mi obca, ale chcę przynależeć, każdy chce.

Teraz, w trakcie pisania tego tekstu, zdałam sobie sprawę z tego, że dzisiejsza doba ma mieć 25 godzin. Dlaczego dzisiejsza?  
Wiedza mnie cieszy. Cieszy mnie też masa innych rzeczy. Masa rzeczy mnie również smuci, no bo co, jestem reaktywna. Nie będę wciskać, że harmonia i spokój, podczas gdy ta harmonia i ten spokój to tylko wybiegi, dzięki którym udaje mi się nie zwariować.

Zawsze tak było. Z tą wiedzą. Cieszyło mnie rozwiązane zadanie z matmy, z którym przed długi czas nikt sobie nie potrafił poradzić, cieszy mnie dowiadywanie się o pewnych rzeczach i ponowne spotkania z zasłyszanymi informacjami, bo to prawie tak, jakby to ja miała rację, że już słyszałam. Lubię, kiedy rzeczy wskakują na odpowiednie miejsca w świecie i wiedza zdecydowanie pozwala poczuć to wskakiwanie.

I lubię, jak ktoś też lubi. A lubi niewielu.

Ludzie chętniej przechodzą na porządek dzienny z takimi rzeczami. Szczególnie specjaliści. Ale nie tylko; ludzie zapominają. Zapominają o tym, że kiedyś coś wzięło w wskoczyło i świat im obojętnieje. Ja się tak nie bawię. Nie chcę tak. I staram się tak nie robić, choć czasem się nie udaje.
Można celebrować i powtarzać rzeczy z namaszczeniem, można się skupiać, wić sobie zdrową otoczkę, strefę komfortu pozbawioną toksyn – trzeba nawet. Ale sądzę, że powinno się też po prostu, tak całkiem trywialnie, lubić. Odczuwać sympatię do drobnych rzeczy, jak herbata rano, światło, które leniwie wlewa się do pokoju, wreszcie poczucie, że jest dobrze. Ponownie – odczuwać satysfakcję, ponieważ cały czas, niezmiennie, potencjał lokalny docierając do wzgórka aksonalnego, nakręca cykl Hodgkina i powoduje powstanie potencjału czynnościowego, który w tak sprytny sposób okazuje się operować kodem cyfrowym. Tak, miałam to wczoraj na wykładzie. I wychodząc po dwudziestej w budynku mojego wydziału, czułam, że ta informacja, to najlepsze wieści, jakie usłyszałam tego dnia.

Cieszyłam się jak dziecko.

Pan doktor też się cieszył.

Czasami może wydawać się, że lepiej nie wiedzieć, że po co, że to zupełnie niefajne i  mógłby ktoś rzec – niepotrzebne. Dlaczego niby? Jeśli nasza pamięć może być tak beznadziejna, jak wtedy, gdy próbujemy zapamiętać dużą ilość imion niezidentyfikowanych jeszcze osób albo tak świetna, jak przy słuchaniu piosenek, dlaczego pozwalamy sobie traktować naukę jak te wszystkie randomowe imiona? Podczas, gdy moglibyśmy po prostu lubić ten rodzaj wiedzy? Wierzę, że to da się włączyć…
Uwielbiam ograniczenia, tak jak uwielbiam czarne wiersze. Ze skończonej liczby słów ułożonych w dodatku w z góry podany sposób można stworzyć własną treść. Wspominałam już kiedyś przy podobnej okazji o tym, jedna z najbardziej poczytnych książek dla dzieci „Kto zje zielone jajka sadzone?” składa się z pięćdziesięciu kilku słów. Jak widać, nie potrzeba wiele.

Choć wydaje nam się, chce nam się wydawać, że jest zupełnie inaczej. Więc wypychamy sobie kieszenie, czas i głowy bzdurami, następnie powielamy je, prosimy o więcej i możemy coraz mniej.

Ograniczenie czasu. Doskwiera mi ostatnio dość mocno. Albo nie, tak mi się tylko wydaje, bo od maja w ogóle się w moim życiu nie pojawiało. W międzyczasie nauczyłam się nadmiarowy czas wytracać, tak aby mi nie przeszkadzał, nie zaburzał spokoju. No to teraz próbuję się tego oduczyć. Zredukować ilość informacji, na których mi nie zależy i czynności, które nie są istotne ani niczego nie wnoszą. Zostawić wartości dodane. Zostawić to, co dobre, ważne i warte zachodu. Odizolować się od umysłowego i kulturowego junk foodu, nawet jeśli taki jest pyszny i łatwo dostępny. Nawet jeśli czas się tak ładnie do niego klei i przestaje sprawiać kłopot pytanie, co robić.

Ograniczenia sprawiają, że trzeba szukać rozwiązań. Stanowią wyzwanie i trzeba wykazać się inicjatywą i dobrą wolą, by je podjąć. Wzbudzają kreatywność. Wymuszają porządek i poszukiwanie równowagi. Każą oszczędzać energię, więc finalnie wykorzystywać ją mądrzej.
 
Nielimitowane wszystko zubaża mi świat. Zbyt duża ilość możliwości po pewnym czasie zachęca do podejmowania złych wyborów.

Mam chyba teraz zbyt mało czasu, aby nie dawać rady. Nie-dawanie-rady to słodkie bagno, które czasem mnie kusi, bo zdarza mu się brzmieć ładnie i obiecywać, że będę pisać fajne wiersze.

Stopniowo nabieram rozpędu, tworzę swoje własne procedury i staram się pamiętać o wszystkim, co najważniejsze. Cały czas zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że w liceum potrafiłam wstać za piętnaście siódma i za dziesięć ósma być w szkole, wyspana, umalowana, najedzona, czasem nawet z rozdziałem książki dalej lub powtórzonym tematem na biologię. Byłam mistrzynią zarządzania czasem, energią i zasobami poznawczymi. Patrzę na to z zazdrością i wykreślam to, co niezauważone wkradło się gdzieś między mnie a czas. 
Wszystko mi wolno. Wolno myślę, wolno czytam, wolno pracuję. Wolno zasypiam i jeszcze wolniej wstaję z łóżka, kiedy budzik krzyczy kilka minut po szóstej. Czemu w sobotę o szóstej? Bo wszystko mi wolno.

W całym moim fajnym, krótkim życiu nic nie rozleniwiło mnie tak, jak te wakacje. Nie, wiadomo, nie przeleżałam ich do góry brzuchem, ale zdecydowanie oduczyłam się działania pod presją czasu i w ogóle jakąkolwiek presją. Presje bywają, jak wiadomo, różne. To też nie tak, że oduczyłam się używać mózgu. Pisałam, prawda? Myślałam też niemało. Czytałam… bardzo dużo. I w ogóle starałam się mieć otwartą głowę, oczy i uszy.

No i co? Teraz mi i tak wszystko wolno.

Mam w sobie naprawdę masę chęci do działania. Siedzę i czytam, czytam, nawet jeśli nie muszę, trzęsę się nad wszystkim i wszystkim się przejmuję. Nie, nie zamartwiam się. Ale się przejmuję. Zasadnicza różnica, bo mój spokój nie jest w zasadzie zachwiany, a humor popsuty. Jedyny problem leży w tym, że nie mogę się za nic zabrać. No nie.

Mam do zrobienia projekt, wiecie? Nie całkiem sama, z koleżankami. Ale poniekąd samodzielnie, bo każda z nas przygotowuje jakąś część materiału, którą na koniec sklejamy, to moja ulubiona metoda na takie zabawy. Wcale nie, bowiem wcale takich rzeczy nie lubię.

Prowadzący wychodzą z założenia, że typowe zajęcia nie przekładają się na faktyczny przyrost wiedzy studentów (poniekąd, w wielu przypadkach, rzeczywiście mają rację) i starają się je urozmaicać, zadając im (nam?) do wykonania zadania, które wymagają poświęcenia dodatkowej porcji czasu, samodzielnego wyszukiwania i wybierania materiału i współpracy. I w zasadzie fajnie. Ale ja wiem, że uczyłabym się chętniej i sumienniej bez tego. Że największą radość mam zawsze z wykonywania czynności, których nikt ode mnie – poza mną samą – nie wymaga. Że czytałabym wszystko, co mogę i przesiadywała w bibliotece uniwersyteckiej, co robię tak czy siak, i cieszyłabym się ze świadomości, że halo, nie muszę.

Nie lubię musieć.

Dlatego tak mi wszystko teraz wolno.
Znów będę opowiadać o słowach. Lubię. Naprawdę duża część moich rozkmin dotyczy tego, co mówię, jak mówię i dlaczego. No i – we wtorek miałam pierwszy wykład z lingwistyki kognitywnej, który w jakiś tam pokrętny sposób odbija się we mnie echem do teraz.

Wpadam w językowe schematy. Jakkolwiek jestem tego świadoma i przyjmuję do wiadomości, że ich istnienie nie jest bezzasadne, jednak nie jestem nimi zachwycona. Starając się żyć uważnie i przyglądać się swojej rzeczywistości, wiedzieć co i skąd się w niej bierze, nie powinnam niepotrzebnie sięgać po słowa, które nie niosą znaczeń, ale występują w takim natężeniu, że wpływają nawet na to, co sama o sobie myślę.

Zbyt często powtarzam dwa słowa – nie wiem. Zupełnie niepotrzebnie, bo – wydawać by się mogło – wiem całkiem sporo. Albo chociaż rozumiem, jeśli uznać wiedzę za zbyt ważną, by sobie ot tak o niej orzekać.

Mówię, że nie wiem, nawet jeśli doskonale wiem. Mówię, że nie wiem, a następnie odpowiadam na zadane mi pytanie.

Zasłaniam się tym nie wiem trochę, zatajam swoje kompetencje i oddalam się od odpowiedzialności. Jak mogę być odpowiedzialna za swoje słowa, skoro z miejsca i dla zasady zaznaczam, że plotę bzdury?!

W tym momencie nie jest dla mnie istotną rzeczą to, czy moje wyrzucane w przestrzeń komunikaty mogące teoretycznie świadczyć o niekompetencji i szwankującej inteligencji emocjonalnej, do kogoś trafiają i sprawiają, że jestem postrzegana w ten, a nie inny sposób. Może i powinno, jednak w pierwszej kolejności wolę zająć się sobą.

Zadaję sobie więc pytanie – czy konsekwentne próby niepodejmowania odpowiedzialności za to, co mówię, sprawiają, że postrzegam siebie jako mniej kompetentną, mniej inteligentną, mniej wartą i różne inne mniej osobę, niż w rzeczywistości? Niewykluczone.

Byłam w stanie przez 6 lat podstawówki nie używać słowa fajnie. Byłam w stanie na potrzeby olimpiady z polskiego oduczyć się formułowania wypowiedzi rozpoczynających się od więc. Zmiany nawyków powinny wejść już mi w nawyk, prawda? Wobec tego od dzisiaj rzucam nie wiem… I czekam na skutki.
Poprzedni wpis był nie tyle rzeczywistym zapisem mojej codzienności w moim miejscu – choć z powodzeniem mógłby nim być – ile początkiem opowiadania, nad którym pracuję. Tak, poszło już nieco dalej. I rozjechało się z rzeczywistością. Bardzo się cieszę!

Już tłumaczę, czemu…

Od jakiegoś czasu świat mi bardzo sprzyja. Nie wiem, co robię dobrze, ale najwidoczniej skutkuje. Do wszystkich pozytywnych rzeczy, które mnie spotykają, wczoraj dołączyła kolejna. Do moich drzwi zapukali właściciele mieszkania, chcieli wypytać, jak mi się żyje, spisać inwentarz, sprawdzić, czego potrzebuję (wiadro i mop to jednak must-have!), skorzystałam więc z okazji i zapytałam – czy i kiedy dostanę współlokatorów. Z nadzieją, oczywiście, że nigdy. I właśnie – okazało się, że reszta mojego mieszkania jest wolna! Dwa pokoje, które teraz są już zamknięte na klucz, co bym ich nie eksploatowała i nikomu nie udostępniała, w przyszłości będą mogły posłużyć jedynie studentom z wymiany Erasmus. Na razie jednak nic na to nie zapowiada.

Przesuwam granicę swojości dalej. Zamykam drzwi do mieszkania, swobodnie rozkładam jedzenie w lodówce i kuchennej szafce (choć wciąż zajmuję tylko jedną!). Trzymam kosmetyki w łazience. Szok i luksus. I robię to wszystko bez strachu, że wrócę i kogoś tu zastanę. Luksus mentalny.

Tak naprawdę dopiero dziś zaczynają mi się zajęcia. Jestem podekscytowana, zamierzam się jak najszybciej dostać do koła naukowego. Nawet, jeśli z początku miałabym tam tylko parzyć kawę i patrzyć jak pracują inni. Nawet to wydaje mi się przewspaniałe. Zabrakło mi książek (tak, wiem, że w Toruniu SĄ biblioteki), więc czytam pdf-y z materiałami na wykłady. Plączę się od kilku dni między wstępem do wstępu do anatomii układu nerwowego, artykułami o Adrianie Owenie, pompą sodowo-potasową i informatyką. Informatyką – muszę przyznać – najmniej. Zaplanowałam już też pierwszy powrót do domu.

Żyję dobre, fajne i ładne życie. I wydaje mi się, że zaangażowane. I wiecie, czuję się szczęśliwa. Zarówno tak sama z siebie, spokojnie szczęśliwa, jak i wdzięczna. Lubię wdzięczność, wiecie? Co chwilę portale i magazyny psychologiczne trąbią o tym, że odczuwanie wdzięczności jest kluczem do szczęścia i brzmi to mało wiarygodnie, ale kurczę, tak to właśnie działa.

Nie jesteśmy w stanie objąć swoją perspektywą całego świata, nawet jeśli staramy się patrzeć jak najszerzej, dlaczego więc nie starać się spoglądać z namaszczeniem na dobre rzeczy? Potrzebne rzeczy? I prawdziwe?

Wiem, mam łatwiej, bo świat mi tu jeszcze nie znormalniał. Na szczęście mam w zwyczaju (a może w charakterze) cieszyć się długo i z małych rzeczy, bo lubię się cieszyć i kiedy potrzebuję, zawsze znajdę pretekst. Lubię się też czasem smucić, wiadomo. Do smutku też zawsze znajdę powód. Jak poszukam, to znajdę. Teraz nie szukam. 
Mieszkam tu już tydzień i czuję się coraz lepiej. Kiedy wychodzę, dokładnie zamykam swój pokój, mieszkanie muszę jednak zostawiać otwarte – frontowe drzwi przyjaźnie czekają na przybycie lokatorów, o których nie wiem nawet, czy istnieją. Ilekroć wracam, zatrzymuję się na chwilę przed wejściem i wstrzymuję oddech. Wyobrażam sobie zamieszkałe pokoje i ludzi krzątających się z bagażami. Ich twarze, ich szczoteczki do zębów oparte o umywalkę, naczynia i ich spojrzenia kierowane na ślady mojej obecności. Naciskam klamkę i konsekwentnie moim oczom ukazują się zamknięte pokoje oraz klucze tkwiące spokojnie w zamkach. Nikogo tu nie ma. A mieszkam tu już tydzień.

Mieszkam tu już tydzień i kiedy wracam, wita mnie zapach jedzenia dochodzący z kuchni. Jedzenia, które sama dla siebie gotuję i sama zjadam. To mnie cieszy, udało mi się zadomowić. Nigdy nie pozostawiam brudnych naczyń, co rano myję zlew, umywalkę, przecieram lustro. Rzadko wynoszę śmieci. Ile odpadków może wyprodukować przez tydzień jedna osoba?

To nie jest samotność, jeśli kuchnia pachnie ulubionymi przyprawami, a łazienka prowansalskim mydłem. Jest bardzo spokojnie i przytulnie. Nigdy nie miałam piękniejszego pokoju. W kuchni zajmuję tylko jedną szafkę i jedną tylko półkę w lodówce. Jestem ciągle gotowa na to, że przyjdą. Przyjdą, zanim miną dwa tygodnie – mówią mi to wszyscy. Więc siedzę, kiedy tylko mogę, żeby nie przegapić momentu. Nasłuchuję. Kroki na schodach i auta parkujące pod kamienicą odzywają się ze mnie lękiem i przekonaniem graniczącym z pewnością, że to ostatnie minuty, że zaraz będzie tu ktoś jeszcze, cały obcy tłum i trzeba się będzie przyzwyczajać, zadomawiać na nowo. A przecież mieszkam tu już tydzień i jestem zadomowiona.

To nie jest samotność, że nie chcę wychodzić do miasta. Lubię nowe towarzystwo, ale obecnie sama nim jestem, staram się więc jak najlepiej poznać siebie w nowym miejscu. Jest tyle spraw, które wydają mi się ważne. Wykonuję telefony, fotografuję, rozmawiam i myślę. Naprawdę nie ma powodu, aby to myślenie w sobie tłumić. Na to przyjdzie pora, kiedy przyjdą i oni, i zaczną mi zmieniać wspomniany ład w kuchni, ten mój spokój i ciszę.

Spotykam się ludźmi, na których mi najbardziej zależy, w myślach. A przecież spotkanie z pisarzem powinno mieć miejsce tylko w jego książkach. Tak twierdzi pani Jansson, a ja jej ufam, bo jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Myślę, że pani Jansson mieszka bardzo blisko. Kiedy następnym razem usłyszę kroki za drzwiami, pomyślę, że to ona. Potrzebuję karty bibliotecznej, ale próżno w tym mieście szukać bibliotek. Z rodzinnego domu wrócę z książkami.
Wszystko jest po coś. Lubię wychodzić z tego założenia, to pomaga zaakceptować obrót spraw inny, niż planowany przez nas, pogodzić się z niepowodzeniami, dać spokój ciągłemu rozpamiętywaniu i iść dalej. Nie lubię jednak, kiedy ktoś oczekuje od sztuki, nieważne, jaka by ona nie była, że będzie czemuś tak wyraźnie i uniżenie służyć. No po prostu nie. Nie ma opcji, aby jakiś tekst kultury wywarł na wszystkich to samo wrażenie i trafił do wszystkich w równym stopniu. Uważam że – może z wyjątkiem sytuacji, kiedy np. w jakiejś galerii sztuki współczesnej natykamy się na odgrzewany kotlet sprzed połowy wieku podany jako coś buntowniczego, świeżego i zaskakującego – nie powinno być dyskusji o tym, jaka sztuka jest potrzebna, a jaka nie. Każda jest w równym stopniu potrzeba i nie potrzebna. Jeśli powstała, to najwyraźniej miała powstać. A gdyby nie powstała, w przeważającej liczbie przypadków, świat by się nie załamał.

Na wszelkie pytania, co dają mi książki, które czytam, filmy, które oglądam i tak dalej, i tak dalej, reaguję alergicznie. W pierwszej chwili mam ochotę rzucić się na rozmówcę jak wygłodniała wilczyca i poprzegryzać mu arterie, potem momentalnie doznaję nieprzyjemnego opadu rąk, w końcu dochodzę do wniosku, że w sumie można byłoby pogadać na ten temat i przedstawić spokojnie swój punkt widzenia.

Nie oglądam filmów, nie czytam książek, nie gram w gry komputerowe, nie chodzę do teatru, filharmonii lub na wystawy po to, aby dowiedzieć się czegoś o świecie. Żeby dowiedzieć się czegoś o świecie żyję, rozmawiam z ludźmi, obserwuję i takie tam. Rzeczy wymienione wyżej robię po to, aby – poobcować z pięknem, niepięknem, uczuciami, aby się zainspirować, aby spojrzeć na coś od nieco innej strony, by skonfrontować swoją wrażliwość z wrażliwością innego, obcego mi człowieka, aby się trochę poutożsamiać, oraz – uwaga, najważniejsze – dla przyjemności i z ciekawości. O. Z tych powodów właśnie.

Kiedy zaczynam zastanawiać się, co dały mi niektóre książki, przychodzi mi do głowy tylko – przeczytanie ich pozwoliło mi na wyłapywanie nawiązań do nich poukrywanych w innych książkach. A inne – choć swoją fabułą, czy przekazem (nie lubię tego słowa w takim kontekście) w zasadzie nie powinny rozłożyć nikogo na łopatki, tkwią we mnie bardzo głęboko i ciągle, ciągle, ciągle mają na mnie wpływ.  Tak po prostu. Bo czytałam je w ważnym czasie i okolicznościach, bo wpasowały się w to, co spotykało mnie samą lub co sama czułam. Różnie.

Mimo to, nie da się powiedzieć – celem tego filmu jest to i tamto. Ani – ta książka powstała po to, by… Kiedy ktoś tak gada, nie potrafię w to uwierzyć, nie wierzę i zwykle zauważam zupełnie co innego. I dobrze. Tak ma być.
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ▼  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ▼  października (9)
      • Dzielę się jedzeniem
      • Normalnieje
      • Im więcej wiesz...
      • Równowaga i redukcja
      • Wszystko mi wolno
      • Rzeczy, które wiem
      • Wdzięczność
      • Wiadomość
      • I po co to?
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (11)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.