Już tłumaczę, czemu…
Od jakiegoś czasu świat mi bardzo sprzyja. Nie wiem, co
robię dobrze, ale najwidoczniej skutkuje. Do wszystkich pozytywnych rzeczy,
które mnie spotykają, wczoraj dołączyła kolejna. Do moich drzwi zapukali
właściciele mieszkania, chcieli wypytać, jak mi się żyje, spisać inwentarz,
sprawdzić, czego potrzebuję (wiadro i mop to jednak must-have!), skorzystałam więc z okazji i zapytałam – czy i kiedy dostanę
współlokatorów. Z nadzieją, oczywiście, że nigdy. I właśnie – okazało się, że
reszta mojego mieszkania jest wolna! Dwa pokoje, które teraz są już zamknięte
na klucz, co bym ich nie eksploatowała i nikomu nie udostępniała, w przyszłości
będą mogły posłużyć jedynie studentom z wymiany Erasmus. Na razie jednak nic na to nie zapowiada.
Przesuwam granicę
swojości dalej. Zamykam drzwi do mieszkania, swobodnie rozkładam jedzenie w
lodówce i kuchennej szafce (choć wciąż zajmuję tylko jedną!). Trzymam kosmetyki
w łazience. Szok i luksus. I robię to wszystko bez strachu, że wrócę i kogoś tu
zastanę. Luksus mentalny.
Tak naprawdę dopiero dziś zaczynają mi się zajęcia. Jestem
podekscytowana, zamierzam się jak najszybciej dostać do koła naukowego. Nawet,
jeśli z początku miałabym tam tylko parzyć kawę i patrzyć jak pracują inni.
Nawet to wydaje mi się przewspaniałe. Zabrakło mi książek (tak, wiem, że w
Toruniu SĄ biblioteki), więc czytam pdf-y z materiałami na wykłady. Plączę się
od kilku dni między wstępem do wstępu do anatomii układu nerwowego, artykułami o Adrianie Owenie, pompą sodowo-potasową i informatyką. Informatyką – muszę przyznać
– najmniej. Zaplanowałam już też pierwszy powrót do domu.
Żyję dobre, fajne i ładne życie. I wydaje mi się, że
zaangażowane. I wiecie, czuję się szczęśliwa. Zarówno tak sama z siebie,
spokojnie szczęśliwa, jak i wdzięczna. Lubię wdzięczność, wiecie? Co chwilę
portale i magazyny psychologiczne trąbią o tym, że odczuwanie wdzięczności jest
kluczem do szczęścia i brzmi to mało wiarygodnie, ale kurczę, tak to właśnie
działa.
Nie jesteśmy w stanie objąć swoją perspektywą całego świata,
nawet jeśli staramy się patrzeć jak najszerzej, dlaczego więc nie starać się
spoglądać z namaszczeniem na dobre rzeczy? Potrzebne rzeczy? I prawdziwe?
Wiem, mam łatwiej, bo świat mi tu jeszcze nie znormalniał. Na
szczęście mam w zwyczaju (a może w charakterze) cieszyć się długo i z małych
rzeczy, bo lubię się cieszyć i kiedy potrzebuję, zawsze znajdę pretekst. Lubię się
też czasem smucić, wiadomo. Do smutku też zawsze znajdę powód. Jak poszukam, to
znajdę. Teraz nie szukam.
Brak komentarzy: