Wszystko mi wolno. Wolno myślę, wolno czytam, wolno pracuję.
Wolno zasypiam i jeszcze wolniej wstaję z łóżka, kiedy budzik krzyczy kilka
minut po szóstej. Czemu w sobotę o szóstej? Bo wszystko mi wolno.
W całym moim fajnym, krótkim życiu nic nie rozleniwiło mnie
tak, jak te wakacje. Nie, wiadomo, nie przeleżałam ich do góry brzuchem, ale
zdecydowanie oduczyłam się działania pod presją czasu i w ogóle jakąkolwiek
presją. Presje bywają, jak wiadomo, różne. To też nie tak, że oduczyłam się
używać mózgu. Pisałam, prawda? Myślałam też niemało. Czytałam… bardzo dużo. I w
ogóle starałam się mieć otwartą głowę, oczy i uszy.
No i co? Teraz mi i tak wszystko wolno.
Mam w sobie naprawdę masę chęci do działania. Siedzę i
czytam, czytam, nawet jeśli nie muszę, trzęsę się nad wszystkim i wszystkim się
przejmuję. Nie, nie zamartwiam się. Ale się przejmuję. Zasadnicza różnica, bo
mój spokój nie jest w zasadzie zachwiany, a humor popsuty. Jedyny problem leży
w tym, że nie mogę się za nic zabrać. No nie.
Mam do zrobienia projekt, wiecie? Nie całkiem sama, z
koleżankami. Ale poniekąd samodzielnie, bo każda z nas przygotowuje
jakąś część materiału, którą na koniec sklejamy, to moja ulubiona metoda na
takie zabawy. Wcale nie, bowiem wcale takich rzeczy nie lubię.
Prowadzący wychodzą z założenia, że typowe zajęcia nie
przekładają się na faktyczny przyrost wiedzy studentów (poniekąd, w wielu przypadkach, rzeczywiście mają rację) i starają się je
urozmaicać, zadając im (nam?) do wykonania zadania, które wymagają poświęcenia
dodatkowej porcji czasu, samodzielnego wyszukiwania i wybierania materiału i
współpracy. I w zasadzie fajnie. Ale ja wiem, że uczyłabym się chętniej i
sumienniej bez tego. Że największą radość mam zawsze z wykonywania czynności,
których nikt ode mnie – poza mną samą – nie wymaga. Że czytałabym wszystko, co
mogę i przesiadywała w bibliotece uniwersyteckiej, co robię tak czy siak, i cieszyłabym się ze świadomości, że halo, nie muszę.
Nie lubię musieć.
Brak komentarzy: