Na wszelkie pytania, co dają mi książki, które czytam,
filmy, które oglądam i tak dalej, i tak dalej, reaguję alergicznie. W pierwszej
chwili mam ochotę rzucić się na rozmówcę jak wygłodniała wilczyca i
poprzegryzać mu arterie, potem momentalnie doznaję nieprzyjemnego opadu rąk, w
końcu dochodzę do wniosku, że w sumie można byłoby pogadać na ten temat i
przedstawić spokojnie swój punkt widzenia.
Nie oglądam filmów, nie czytam książek, nie gram w gry
komputerowe, nie chodzę do teatru, filharmonii lub na wystawy po to, aby
dowiedzieć się czegoś o świecie. Żeby dowiedzieć się czegoś o świecie żyję,
rozmawiam z ludźmi, obserwuję i takie tam. Rzeczy wymienione wyżej robię po to,
aby – poobcować z pięknem, niepięknem, uczuciami, aby się zainspirować, aby
spojrzeć na coś od nieco innej strony, by skonfrontować swoją wrażliwość z
wrażliwością innego, obcego mi człowieka, aby się trochę poutożsamiać, oraz –
uwaga, najważniejsze – dla przyjemności i z ciekawości. O. Z tych powodów
właśnie.
Kiedy zaczynam zastanawiać się, co dały mi niektóre książki,
przychodzi mi do głowy tylko – przeczytanie ich pozwoliło mi na wyłapywanie
nawiązań do nich poukrywanych w innych książkach. A inne – choć swoją fabułą,
czy przekazem (nie lubię tego słowa w takim kontekście) w zasadzie nie powinny
rozłożyć nikogo na łopatki, tkwią we mnie bardzo głęboko i ciągle, ciągle,
ciągle mają na mnie wpływ. Tak po
prostu. Bo czytałam je w ważnym czasie i okolicznościach, bo wpasowały się w
to, co spotykało mnie samą lub co sama czułam. Różnie.
Brak komentarzy: