• Home
  • O mnie
  • Instagram
  • Facebook
  • Kontakt

Szczere Kocisko

Wiecie, co mówi się o ludziach, którzy nie lubią czekolady lub rezygnują z jedzenia jej bez większych problemów? Że są źli albo niegodni zaufania. Albo po prostu coś z nimi nie tak. Bo przecież wszyscy kochają czekoladę, prawda?

Też bardzo kochałam czekoladę. Na początku gimnazjum był moment, w którym codziennie w moim domu znikały dwie tabliczki. Piszę to, nie pamiętając, kiedy ostatnio jadłam ją w czystej, tabliczkowej formie (chyba jakoś w czerwcu) – jedzenie czekolady jest jakieś hipnotyzująco przyjemne. W każdym razie, mi tak właśnie się ta czynność jawi.  Tylko, odkąd zaczęłam odżywiać się nieco zdrowiej, zauważyłam, że kiedy zjem już, co było do zjedzenia, nie czuję się dobrze. 

Wybrałam się ostatnio na badanie krwi. Niby nic, ale dla mnie to dość  intensywne i stresujące przeżycie, przed którym uciekałam od… listopada? Czekając, aż punkt pobrań zostanie otwarty, byłam głodna, zdenerwowana i przekonana, że tego dnia zemdleję nie raz, pomyślałam więc, że muszę wymyślić sobie jakąś nagrodę, coś, co zmotywuje mnie do zachowania klasy i dojrzałego oddania się w ręce pielęgniarki (Dzień dobry! Tylko wie pani, ja się trochę boję… Szczerze mówiąc, to niczego na świecie nie boję się bardziej… Proszę chwilę poczekać…) i zwróciłam się do mamy o kupienie mi po wszystkim tabliczki czekolady. Najlepiej milki z oreo. Jak szaleć, to szaleć, a jeśli nie padnę tam trupem to naprawdę będzie mi się należało.

No i – pomimo nieprzespanej nocy i całego tego szykowania się na najgorsze - nie zemdlałam, nie urządziłam histerii, nie uderzyłam w płacz godny pięciolatki. Trochę pomiałczałam, trochę się trzęsłam, ale poszło sprawnie. Wchodząc po poczekalni, rzuciłam się na ciasta owsiane, które zabrałam w charakterze śniadania. I nagle cała ochota na czekoladę zniknęła. Nawet więcej – pomyślałam, że absolutnie nie chciałabym zjeść ani kostki.

Czy wyleczyłam się z czekolady? Chyba tak. Czy oznacza to, że nie lubię słodkiego jedzenia? W żadnym wypadku! Moje śniadania mogłyby być równie dobrze deserami – to zwykle bananowo-jarmużowe smoothie lub musli z jogurtem i owocami, często razowe placki na oleju kokosowym albo pudding z chia, a w ciągu dnia zjadam taką ilość owoców, że z pewnością zawyżam krajową średnią. Nie pogardę też kawałkiem (lub trzema kawałkami) domowego ciasta. I suszoną białą morwą. I jagodami goji, które mają, moim zdaniem, lekko czekoladowy posmak.

Jaki jest wydźwięk tego teksu i po co w ogóle o tym wszystkim piszę? Chyba tylko po to, aby podzielić się myślą, że słodycze, które biorą się z kolorowych, plastikowych opakowań, nie są potrzebne do szczęścia, nawet zadeklarowanemu łasuchowi. Ani jakoś specjalnie ekonomiczne. Bo przecież dojrzała brzoskwinia, która jest słodsza, większa i zdrowsza od batonika, kosztuje jakieś 75 groszy… Więc bierzcie się za owoce!
Lubię przeglądać zdjęcia, szczególnie takie niezbyt stare, ale już nie najświeższe. I choć może nie robię tego w sposób przyjęty za najbardziej odpowiedni, nostalgiczny i oldschoolowy – siedząc nad zakurzonym albumem i zostawiając na sfatygowanych fotografiach odciski palców w miejscach, gdzie powinnam wskazać „a tutaj z kolei…”, ale nie przeszkadza mi to wcale w czerpaniu z tego radości.

O ile na zdjęcia w mojego wczesnego dzieciństwa reaguję zwykle niewiele wnoszącym rozczuleniem lub jestem już do nich zbyt przyzwyczajona, by robiły na mnie wrażenie, a z podstawówki nie mam prawie żadnych lub nie wiem, gdzie je znaleźć, zdjęć z gimnazjum i początków liceum mam naprawdę wiele. I zwykle bardzo poprawiają mi humor.

Po pierwsze – okazuje się, że nie ubierałam się tak świetnie, jak mi się to wtedy wydawało, więc patrzenie na swoje nieporadne próby wyglądania ciekawie i oryginalnie jest samo w sobie zabawne. Albo inaczej – nikt nie wyglądał tak świetnie, jak się wtedy o tym myślało. Albo jeszcze inaczej – choć nie minęło tak wiele lat, bardzo dużo się zmieniło w postrzeganiu tego, co wygląda dobrze, a co nie. Z wyjątkiem paru outfitów, które ciągle jakoś się bronią.

Po drugie – choć może nie ubierałam się świetnie, to mimo wszystko wyglądałam… fajnie. Szczęśliwie. Byłam ładna. Choć wcale wtedy tak o sobie nie myślałam. I to pocieszające, bo mimo że dalej nie mogę powiedzieć, że nie mam do swojego wyglądu żadnych zarzutów, jest nadzieja, że spojrzę na zdjęcia z tych wakacji za kilka lat i uznam, że całkiem bezpodstawnie. Perspektywa czasowa bywa bardzo pomocna. W wielu, może zbyt wielu, przypadkach. Szkoda, że trzeba na nią tyle czekać.

A co ze zdjęciami, a których ewidentnie nie wyglądam dobrze? Oczywiście, są takie. Na przykład z wigilii klasowej z drugiej klasy liceum. One są dla mnie przypomnieniem, jak wygląda się po przepłakanej nocy, trzygodzinnej kłótni i biegu wahadłowym ( najbardziej wymagające zaliczenie na wf-ie w liceum!). Oraz, że należy nosić ze sobą szczotkę. Przez długi czas sądziłam, że noszenie szczotki to jakiś wymysł dziewczyn, które wchodząc to toalety, wkładają torebkę do zlewu. I że warto się z kimś tak kłócić. No cóż…

I jako że naprawdę bardzo lubię przyglądać się ludziom, obserwowanie, jak zmieniali się na przestrzeni lat, też wydaje mi się ciekawe. Być może zabrzmi to niepokojąco, ale zwykle analizuję, kto przytył, kto schudł, kto się ostrzygł i w jaki sposób zmiany fizyczne szły ze zmianami w zachowaniu. Nie może być tak, że ani przez moment nie szły razem. Zmiany lubią iść ręka w rękę, szczególnie u młodych ludzi.  A kiedy już się te momenty odnajdzie, ma się kolejną okazję do zrozumienia więcej...
Mój tata lubi w rozmowach ze mną nawiązywać do moich zainteresowań i raz po raz wracać do zagadnień związanych z podejmowaniem decyzji a aktywnością mózgu, udziałem świadomości w decydowaniu i tego, że świadomość niekiedy bardziej racjonalizuje już podjęte decyzje, niż rzeczywiście je podejmuje. W XX wieku Benjamin Libet uznał to zjawisko za dowód przeciw istnieniu wolnej woli.

Ale szybko znaleziono błąd w tym sposobie rozumowania. Na szczęście.

Nie lubię, kiedy ludzie utożsamiają świadomość z „ja” i twierdzą, że oni to tylko świadomość. Albo jeszcze lepiej – że jest tylko jedno funkcjonalne „ja”. Kiedy pisałam dla siebie teksty, w których omawiałam zagadnienia do tegorocznego konkursu psychologicznego, omówiłam w nich chyba z kilkadziesiąt rodzajów „ja”, które podzielone były ze względu na swoją funkcję, sposób działania, obszary, w jakich działają, reakcje, jakie wywołują i mechanizmy, jakie uruchamiają. Nie przeszło mi przez myśl, że której z nich mogłoby być mną bardziej lub mniej.

Być może to ja jestem dziwna, być może to przez jogę i polecenia instruktorki w stylu „niech twoja świadomość powędruje do pięty” i inne takie, ale lubię myśleć, że „ja” to coś więcej, niż narrator, który siedzi w mojej głowie.

Bo jestem także swoją podświadomością, swoimi snami, impulsami elektrycznymi przeskakującymi z jednego przewężenia Ranviera na następne.  Jestem swoimi hormonami: oksytocyną, która każe się przywiązywać i adrenaliną, która zmusiła mnie w zeszły piątek grubo przed siódmą rano wybiec do lasu i pędzić, dopóki nie zachciało mi się wypluć płuc. Jestem też krwią, która pozwala się im rozprzestrzeniać po organizmie. Jestem śladami neuronalnymi, synapsami, skomplikowaną i niepodrabialną siecią połączeń. Jestem swoimi wspomnieniami, miejscami, w których byłam i ludźmi, których znałam i od których kradłam nawyki, zainteresowania, upodobania, powiedzonka i zachowania.  Jestem swoim śmiechem w najmniej odpowiednich momentach i przepłakanymi nocami. Swoim cierpieniem i swoją niepoprawnością, a także niepoprawną wiarą w ludzi, w których bardzo chcę wierzyć. I bywam także swoim następującym po czasie zobojętnieniem i zdziwieniem, kiedy odkrywam, jak Ci, którzy stanowili dla mnie wzory, przestali robić na mnie wrażenie.

Ciągle się zmieniam.

I chyba niczego nie lubię bardziej. 
(Przesadzam, znalazło by się pewnie wiele takich rzeczy.)
Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – nie mam natury hejtera. Owszem, nie boję się nie zgadzać, podważam, wątpię a i czasem po prostu nie lubię, ale nie pozwalam sobie na bezmyślny i bezrefleksyjny hejt dla samego hejtu.

Choć czasem coś wkurza mnie tak, że pewnie bym mogła.

Bywa również i tak, że coś bardzo mnie poruszy, bardzo mi się nie spodoba, zaniepokoi i wyprowadzi z równowagi. Czuję wtedy, że nie ma we mnie zgody na takie rzeczy. Że tego wcale nie powinno być na świecie i że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Zwykle okazuje się, że pod wpływem takiego impulsu zaczynam działać całkiem na opak i – jakby sama sobie na złość – drążę temat. Tym sposobem udało mi się między innymi polubić Lanę Del Rey i całkowicie wpaść w klimat Die Antwoord.

Podobne wzburzenie wywołał we mnie Taco Hemingway. Po raz pierwszy usłyszałam jego „Następną stację” gdzieś we Wrocławiu przy okazji mojego pobytu na Nowych Horyzontach. Mielenie mięsa w pyskach i kac gigant wydały się strasznie antypatyczne. Jakieś obleśne. Pogardliwe. Oślizgłe. Moje zdziwienie i irytacja przybrały na sile, kiedy zaczęłam niemalże codziennie słyszeć tę piosenkę w Trójce. No jak?! W Trójce takie rzeczy? I oni się tym zachwycają?
Powkurzałam się, powkurzałam, pogadałam z mamą o tym, jak bardzo kolesia nie trawię i całkiem nie zauważyłam, kiedy tekst piosenki wlazł mi do głowy. Potem uspokoiło się i przestałam rozmyślać o winie, wódce i sześciu szlugach. Do czasu…

Wizyta u znajomego i testowanie jego nowych głośników.  Pytam – czego ty w ogóle słuchasz, człowieku?! Odpowiada – Taco, słucham Taco Hemingwaya. Przez cały dzień płyty „Trójkąt warszawski” i „Umowa o Dzieło” przeleciały nam na zapętleniu wiele razy. A ja zdążyłam się wiele razy oburzyć, ale i wyłapać kilka niesamowicie celnych myśli i świetnie złapanych sytuacji. Bolesnych do żywego, niefajnych i niewygodnych. Strasznie prawdziwych.

Następnego dnia była impreza i Taco zdecydowanie zdominował ją muzycznie. A ja siedziałam – tak zasłuchana, jak wzburzona. Śmiesznie podobna do bohaterów jego utworów.

Kilka dni później, na spokojnie, spróbowałam raz jeszcze zapoznać z jedynym raperem, który robi musakę. Przeczytałam kilka wywiadów i recenzji. Przesłuchałam wszystkie tracki i zaczęłam analizować. Zauważyłam, że „Trójkąt warszawki” dość zgrabnie koresponduje z innym projektem, który, dla odmiany, od początku bardzo polubiłam. Mowa o płycie „Córka” Karoliny Czarneckiej.
Czarnecka w dość teatralnym, przerysowanym stylu wyśpiewuje nam historię Tiny, która przyjechała do Warszawy z małej mieściny, przyjechała ze snami, ma pudełka z sekretami i walizkę z mitami, poza tym niewiele. Bohaterka jest z początku naiwnie zafascynowana stolicą, wydzwania do mamy, z entuzjazmem opowiada o swoim nowym życiu, z czasem jednak zaczyna naprawdę wsiąkać z miasto. I poznawać jego ciemną stronę. Czarnecka zdecydowała się tu na moralizatorstwo – Tina zdobywa w stolicy złą sławę, ale ulega przemianie, w której udział bierze tajemnicza zjawa i sama rzeka Wisła. Piosenka „Demakijaż” właściwie kończy album i symbolizuje oczyszczenie bohaterki, zrzucenie warszawskiej maski i powrót do wartości. Czy coś.

U Taco czegoś takiego nie uświadczysz. Po pierwsze – jego bohaterowie to już nie słoiki. Są starsi, pracują, są bardziej zblazowani, znudzeni i poranieni. I pijani. W odpowiednich momentach opowieści każde z nich dochodzi do głosu. Przede wszystkim narrator, chłopak nieszczęśliwy, zraniony, wrażliwy, ale bez roztkliwiania się – w tej historii musi być szorstko. Oprócz niego – jego eks, bez której cała historia nie miałaby sensu. Biegająca po mieście z koleżankami niczym Bójka, Bajka i Brawurka, imprezująca, relacjonująca swoje życie na Instagramie. Zagubiona. Zazdrosna. Porzucona i porzucająca. No i Piotr – warszawski łotr. Postać zdecydowanie negatywna. Nie lubimy Piotra. No dobra, ja nie lubię. Nawet jeśli kilka razy i jemu udaje się rzucić jakąś fajną myślą.

„Trójkąt warszawski” to historia przygnębiająca, w którą – nawet, jeśli nie poznaliśmy na własnej skórze stylu życia jej bohaterów  lub poznaliśmy go fragmentarycznie, w okrojonej wersji – można się z łatwością wczuć. Autentyczności całemu projektowi dodają wszelkie wzmianki o prawdziwych miejscach w Warszawie (nawet jeśli niektóre z nich już nie istnieją), markach butów, papierosów, napomknięcia o Instagramie i szklanym szronie iPhonów. Słuchając tej płyty mamy okazję przyjrzeć się pięknemu warszawskiemu piątkowi z perspektywy trzech postaci, trzech wierzchołków trójkąta, sympatyzować z nimi, współczuć im lub denerwować się na nich. Do wyboru i wedle własnego uznania, bo sam autor zdaje się nikogo nie oceniać. Albo inaczej – każdego oceniać tak samo źle.

Skoro moja znajomość z całym tematem rozpoczęła się od utworu z płyty „Umowa o Dzieło”, wypadałoby powiedzieć coś i o niej. Tutaj Taco nie serwuje nam jednej, spójnej historii. Raczej zbiór trafnych obserwacji dotyczących nie tyle już samej Warszawy, co życia młodych ludzi w ogóle. Słuchamy tu o bogaceniu się, o zdrowym stylu życia i pozorach tegoż. O hummusie, jarmużu i kokainie. O wezwaniach do zapłaty i sześciu zerach. W jednym utworze do głosu znów dochodzi Piotr i skarży się, że ktoś bezczelnie wydał o nim płytę. Ten smaczek każe uśmiechnąć się półgębkiem. Nawet mi.

Próbowałam zastanowić się, czemu w pierwszej chwili zareagowałam na Taco Hemingwaya tak alergicznie. Być może, gdybym w pierwszej kolejności trafiła nie na „Następną stację”, a na „Białkoholików” lub „Mięso”, nie byłoby tego problemu. Mam jednak wrażenie, że winna tej początkowej niechęci była moja własna hipokryzja, przez którą to, co u zagranicznych artystów wydawało mi się do przełknięcia, bo kontekst kulturowy, umowność i pastisz, podane w ojczystym języku i na znanym gruncie okazuje się boleć mnie w mózg.

„Następnej stacji” jednak w dalszym ciągu nie polubiłam. Pozostał mi jakiś niesmak, którego nie potrafię zwalczyć. Mimo to doceniłam Taco Hemingwaya jako rapera i jako poetę, faceta obdarzonego dużą wrażliwością, wyczuciem językowym (w końcu jest tłumaczem!), spostrzegawczością i słodko-gorzkim humorem.
I nie będę ukrywać, kupił mnie sobie fragmentami o żywieniu! 
Bywam zazdrosną bestią. Z tym, że zamiast być zazdrosną o kogoś lub zazdrościć czyichś przedmiotów, czy innych bzdur, skupiam się na zazdroszczeniu skillów, doświadczeń, wspomnień, umiejętności ogarnięcia się w życiu.

To, czy mam w tej zazdrości słuszność to sprawa zupełnie odrębna od tego, o czym chciałabym dziś pisać, ale napomknę tylko – najczęściej przy bliższym zapoznaniu się z życiem danego osobnika okazuje się, że nie jest tak fajnie i zabawnie, i że taki to wcale niczego nie ogarnia, a po prostu idzie na krzywy ryj i udaje mu się w życiu mimochodem. Czyli znów fake it till you make it i najlepiej nie rozglądać się na lansiarzy.

Oprócz bycia zazdrosną bestią, jestem również bestią, która wieloma rzeczami się w życiu interesowała i wiele rzeczy w życiu zostawiła obok. Nie, nie słomiany zapał. Raczej burzliwe rozstania, traumy i problemy. Czasem konieczność wyboru. W najmniejszym stopniu nuda i nie-chce-mi-się-izm.

Tańczyłam, malowałam, recytowałam, jeździłam konno, biłam się, marzyłam o śpiewaniu, uczyłam się grać na gitarze, grałam na pianinie, robiłam muzykę elektroniczną. Okazywało się jednak, że po jakimś czasie przestały mi być te rzeczy potrzebne albo nie nadawałam się do nich, albo to one nie nadawały się dla mnie, albo ktoś mnie zraził, albo robiłam je tylko dla kogoś – nie dla siebie, więc nie mogły przetrwać próby czasu. Część tych rzeczy była po prostu wpisana w moją podstawówkę, która nie dość, że była mikroskopijna i prywatna, to jeszcze nazwana artystyczną.

Są jednak rzeczy, których nie robię, choć mogłabym i chciałabym, choć nie potrafię zacząć. Dlaczego? Na przykład dlatego, że wszyscy myślą, że ich nie lubię. Tak jest w pływaniem. Racja, nie pływałabym w jeziorze lub w polskim morzu i mam trochę problem z samą koncepcją przebierania się w strój kąpielowy i choćby najmniejszymi interakcjami z innymi ludźmi w takowym, jednak z tego, co pamiętam, bardzo lubiłam pływać. I mam ochotę pływać. Straszną. I ona rośnie. Ale cholera, stroju kąpielowego i rosołu z innych ludzi nie przeskoczę.

Podobnie z jazdą na rowerze. Jestem tą jedyną osobą  na świecie, która zapomniała, jak się jeździ, bo zwyczajnie wyrosła sobie ze swojego pierwszego roweru i nie kupiła następnego. I nie miała czasu ani potrzeby nigdzie jeździć – mieszkam zbyt daleko od wszystkiego i przez większą część życia miałam zbyt paskudne i niebezpieczne drogi, żeby choć próbować.

I myślę tak sobie, że może Toruń, studia i w ogóle, to będzie niezły moment, by to trochę pozmieniać. Wybrać się na basen uniwersytecki i przeboleć, że ktoś zobaczy moje uda. Wypożyczyć miejski rower, zaszyć się z nim w jakiejś bocznej uliczce i spróbować nie połamać sobie nóg. W końcu – wybrać się na konie…


Z tymi końmi to trochę bieda. Byłam pierwszą jeżdżącą osobą z mojego towarzystwa w podstawówce. I podobało mi się to. Może nie kochałam prędkości, ale takie kłusowanie po lasach naprawdę sprawiało mi mnóstwo frajdy. Ale pojechałam na obóz. I tam totalnie mnie zrazili to hippiki. Szkoda bo przecież to takie classy i preppy!
Lubię swoją emocjonalność. Lubię, kiedy jest intensywnie, impulsywnie i nie zawsze dobrze. Często zdarza mi się śmiać tak mocno, że aż bolą mnie policzki, ale równie często wpadam w panikę lub rozpacz. Czasami robię to trochę z premedytacją. Czasami ktoś mi w tym pomaga. W sprawach emocji jestem bardzo podatna na sugestie – z łatwością współodczuwam z innymi ludźmi, z bohaterami książek, filmów, z podmiotami lirycznymi, z autorami piosenek i spotów społecznych.

Co lubię z tego wszystkiego najbardziej? Przyglądanie się tym emocjom. Myślenie o nich. Być może jest to objaw zarzucanego mi czasem szukania dziury w całym, ale hej, przecież to trochę jest tak, że żyję w sieci, więc…

Cokolwiek by nie mówić o obecności cierpienia w ludzkim życiu i o źródle tego cierpienia, ja za nic nie dałabym go sobie na stałe odebrać. Myślę zarówno o takiej rozrywającej na kawałki rozpaczy, o przeraźliwej pustce, ale i o nieokreślonych smętach, które każą snuć się po domu i marnować czas.
To wszystko jest potrzebne.

Bo potem robi się fajnie. Samo sięganie po słowa i szukanie rozwiązań przy ich pomocy jest dla mnie doświadczeniem ważnym i wiele wartym. Odkrywanie, co mi z tego wyszło, jest jeszcze lepsze. Dzielenie się tym ze światem – kolejne oczko wyżej.  Dalej – otrzymywanie informacji zwrotnych. Koło się zamyka.

Robi się lepiej i lepiej, i to wszystko zmierza tylko do tego, bym znów straciła zainteresowanie radością i szukała guza. Mogę wtedy ustawicznie podejmować złe decyzje i przeżuwać jeszcze gorsze emocje. Ale w porządku, to wszystko mija.

Wszystko jest w porządku.
Gdyby się tak nad tym zastanowić, jedynym przedmiotem, do którego czułam niechęć, szczególnie w gimnazjum, była geografia. W liceum nie – miałam tam tego przedmiotu zaledwie półtora miesiąca, a do tego ze świetnym nauczycielem. Oczywiście bywały też przedmioty, które mnie zwyczajnie nie interesowały – EDB, WOS w liceum, niemiecki w gimnazjum. Jednak to geografia mnie stresowała, zmuszała do spisywania zeszytów od koleżanek i uprawiania strzelectwa na sprawdzianach.

Minęło już trochę czasu, więc mogę to przyznać – nauczycielka geografii z gimnazjum to najgorszy belfer, z jakim miałam w życiu styczność. Choć same lekcje były bardzo zabawne, bo robiliśmy wszystko, aby nie mogła zrealizować tematu. Łącznie z wyskakiwaniem przez okna, rzucaniem przedmiotami, regularnym darciem japy i wydawaniem innych, ciężkich do nazwania, odgłosów. 
Pamiętam, że jedynym sprawdzianem z geografii, na który rzetelnie się nauczyłam, był sprawdzian z mapy Azji. Choć teraz nie mogłabym się pochwalić jakąś szczególną znajomością tej części globu.

A jednak odczuwam coraz większe zainteresowanie światem. Może to wynik mody na podróże, jarania się mapami, planami, podróżami autostopem, ale to zdecydowanie dobra moda.

Chciałabym zwiedzić świat. Wybrać się do Wielkiej Brytanii i odwiedzić jeszcze kilka razy Włochy i Francję. Pobyć chwilę w Hiszpanii, przylecieć do Meksyku na Zinacantan lub inną ze styczniowych fiest, np. na tę w Chiapa de Corzo. Z chęcią bym pewnie pobyła chwilę w Azji, lecz nie wiem jeszcze, gdzie dokładnie. No i Islandia. Norwegia. Szwecja. Finlandia.

Nigdy nie myślałam, że mogę mieć jakiś talent do nauki języków albo że mogłoby sprawiać mi to przyjemność, ale ostatnio relaksuję się właśnie w ten sposób. Przeglądam w pdf-ach podręczniki do nauki norweskiego, oglądam nieanglojęzyczne filmy, słucham muzyki w afrikaans, po ukraińsku, rosyjsku, szwedzku. Staram się być możliwie jak najbardziej otwarta na tego typu rzeczy.  Podobnie jak na smaki.

Do takich rzeczy chyba się dorasta. Dorosłam do zainteresowania światem poza granicami Polski, podobnie jak dorosłam do jedzenia cukinii, kukurydzy, groszku, papryki, ananasa i picia kawy bez mleka, i herbaty bez miodu. Ostatnio przeczuwam nawet ochotę na lukrecję, która w dzieciństwie wydawała mi się strasznym obrzydlistwem. Pamiętam, kiedy na swojej pierwszej zagranicznej wycieczce, a była to wycieczka do Danii, mając osiem lat, kupiłam sobie z koleżankami po gałce szarych, lukrecjowych lodów. Wszystko wylądowało w śmietniku. A teraz mam ochotę na lukrecję. Co się dzieje z kubkami smakowymi w trakcie dorastania?
A właściwie, to już mogłabym nią być. Pisałam o tym na początku czerwca, ale nic to, trochę się powtórzę. Muszę, bo inaczej eksploduję.

Od początku tego roku Haruki Murakami jest autorem, po którego prozę sięgam najchętniej, czytam najszybciej i przeżywam najbardziej. I to z jego książek najwięcej trafia do mojego zeszytu na cytaty. Oczywiście z Vonneguta czy, powiedzmy, Sapkowskiego też trafia niemało, jednak Murakami jest dla mnie całkowicie wyjątkowy.

To, co się u niego wyczynia,  to jakiś realizm magiczny wymieszany z egzystencjalizmem. Jakby Marquezowi zabrać rodzinę, wysłać do Japonii z końcówki XX wieku, obłożyć go lodem i podać z Sartrem. Bo bohaterów Murakamiego spotykają naprawdę dziwne rzeczy, a oni i tak siedzą w swoich kawiarenkach z kawą i szlugiem, i słuchają jazzu. Ewentualnie muzyki poważnej.

No i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pasowałabym do takiego świata. Jak ulał. Bo wszystko, co dzieje się dookoła mnie, łączy się poza mną w jakiś dziwny sposób.

Znaczenie prawdziwego istnienia zaczyna ulegać erozji – to chyba z „Po zmierzchu”

Czuję się, jakbym  ciągle trafiała na jakieś dziwne elementy układanki, podświadomie sięgam po rzeczy, które nawiązują do siebie nawzajem. Bo w lipcu czytałam „Biesy” Dostojewskiego i nie mogłam ich zmęczyć przez trzy tygodnie, potem trafiłam na „Kontrapunkt” Huxleya i ze zdziwieniem odkryłam, że pod koniec książki bohaterowie dyskutują o postaci z „Biesów” – Stawroginie. Teraz, czytając powieść „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa” natknęłam się: a) na nawiązanie do Huxleya, b) na nawiązanie do „Muminków”.

Wszystko jest takie dziwne. Mogę o czymś marzyć przez wiele miesięcy i właśnie zacząć sobie odpuszczać, cofać się w czasie o rok, czyli do czasu, zanim to wszystko choćby pomyślało, żeby być,  i pewnego dnia, kiedy właśnie myślę, jak bardzo jest to niemożliwe, coś się w świecie przestawia i zaczyna działać.

Już sama nie wiem, czemu, zaczynam wypytywać przyjaciół, bo może coś wiedzą (nie wiedzą), a po paru godzinach otrzymuję jedną wiadomość i okazuje się, że wszystko, przez co tak strasznie ruminowałam i za czym tak tęskniłam, może wrócić, ale tylko na 24 godziny, więc staram się wycisnąć z tego wszystko, żeby na zapas mieć do czego wracać. I choć kończy się tak samo, już nie mam ochoty tak histeryzować. Raczej przyjmuję wszystko z dobrotliwym uśmiechem i nasłuchuję, by nie przegapić momentu, kiedy postanowi całkiem zniknąć. Czy na to czekam? Sama nie wiem. Czy na to czekałam. Bezsprzecznie.


Brzmi to pewnie bardzo zagadkowo albo bardzo niedorzecznie, albo bardzo niedojrzale, ale powtórzę – musiałam.
Coraz częściej podaję w wątpliwość sposób, w jaki o sobie myślę. Więcej – przestaję wierzyć nawet fizycznemu obrazowi siebie, jaki tworzy się w mojej głowie. Mam wrażenie, że buduje się on się co dzień na nowo. Zmienia się, tak jak zmienia się moja opinia o sobie i wartościowanie poszczególnych cech. Mogłoby to mnie niepokoić, tak myślę, ale nie. Wiem przecież, jak łatwo zmanipulować doznania wzrokowe, zmusić umysł do pomijania jednych aspektów i skupiania się na innych. 
Wyszczuplające lustra w H&M to pikuś przy tym, co robi nasz własny umysł.

Wiem już, że nie należy obwieszczać ludziom, czego w sobie nie lubimy, co jest naszym mankamentem i w ogóle fujć. Kiedy Riennahera napisała o tym, ile trudności może sprawiać wymienieniu dziesięciu swoich zalet, podczas gdy wymienianie wad przychodzi bez żadnego problemu, wielu z jej czytelników (w tym ja) przyznało, że nigdy nie patrzyli na nią w kontekście tych wad. Podobną sytuację zaliczyłam, kiedy ostatnio skarżyłam się znajomym na swoją karnację. Okazało się, że nigdy specjalnie nie zwracali na nią uwagi. I choć nie jestem mlecznobiała, rozmawiają ze mną. Ba, nawet godzą się spotkać ze mną. Szok, co nie?

Nie jest to temat, o którym często zdarza mi się tutaj pisać, ale naprawdę czasem bardzo ciężko mi ocenić siebie. Dokonuję sądów na swój temat cały czas, ale absolutnie brakuje im jakiejkolwiek spójności. Jednego dnia wydaje mi się, że jestem niemalże męsko szeroka w ramionach, następnego nazwałabym się typową gruszką. Również informacje zwrotne, jakie otrzymuję (nie prosząc o nie, zaznaczę) od innych ludzi bywają skrajne. Jesteście ciekawi, skąd wziął mi się pomysł, że mam szerokie bary? Usłyszałam to od dawno niewidzianego kolegi na swojej studniówce. Kolega był trzeźwy, a ja w ładnej sukience. Aha.

Ten rollercoaster strasznie utrudnia wprowadzanie jakichkolwiek zmian. Rozkojarza, kiedy już chcę zacząć nad czymś pracować, kiedy idę już w jakimś konkretnym kierunku. Odciąga uwagę od tego, co osiągnęłam i osiada gdzie popadnie, bylebym tylko wierzyła, że nadal jestem tak bardzo niedoskonała.

Czasem mam obawy, że przez to wszystko przeoczę moment, w którym naprawdę zacznie się coś dziać. Że nie zauważę jakiegoś problemu, niepokojących objawów, które wykryte dostatecznie szybko mogłyby uratować sytuację.


Czy pozostaje coś poza fake it till you make it?
Ludzie się męczą, walczą z prokrastynacją i ubolewają nad tym, że nie mogą zabrać się do pracy. Ja też. Jednak czasami całkiem celowo stwarzam sobie warunki do bezczynności. Znam jej dobre i złe strony i zauważam, w jakich sytuacjach jest ona zrozumiała, wolna od poczucia winy i zupełnie bezkarna. A potem je wykorzystuję.

No bo nie wszędzie można być tak samo bezczynnym. W domu to nie przejdzie, w domu zawsze coś znajdzie się do roboty – jakiś jeden niedomyty talerzyk, zakurzony parapet, zmięta pościel, rozrzucone bezładnie buty. Trzeba zakasać rękawy i zrobić swoje, inaczej nawet się zabrać do właściwej pracy jest ciężko. No, przynajmniej w moim przypadku. Im jestem starsza, tym mniej lubię wszystkie znaki świadczące o tym, że mieszkam w lesie – kurz, owady… kurz. I coraz bardziej skłaniam się ku stylistyce, którą jeszcze jakieś pięć lat temu tak okrutnie wyśmiewałam. Podoba mi się miejskość, białe ściany, minimum sprzętów, bibelotów, przedmiotów w ogóle. Ale dość tych domowych dygresji. Chodzi mi przede wszystkim o to, że kiedy jestem u siebie, czuję, że mam tak wiele do zrobienia i chcę wszystko załatwić od razu, i mieć spokój, co kończy się bieganiem z pustymi taczkami. Czy coś.

Dlatego czasem zdarza mi się wyjechać gdzieś bez większego celu, zapomnieć o zabraniu książki w podróż pociągiem, ewentualnie konsekwentnie i z uporem jej nie czytać albo (i to zdarza się najczęściej) iść do miasta tylko po to, aby pogapić się na kaczki w parku lub przesiedzieć cztery godziny w kawiarni nad jednym americano i (po raz kolejny) książką.

Okazuje się wtedy, że taka bezczynność może być całkiem kojąca. Że kiedy siedzę unieruchomiona w pociągu, nie mam czego czytać, a telefon już prawie mi się rozładował, do głowy zaczynają przychodzić pomysły, których brakuje, jeśli zaplanuję sobie – od tej do tej mam czas na napisanie nowego opowiadania – przy takich postanowieniach najczęściej kończę już na pierwszych osiemdziesięciu słowach i nigdy już do rozpoczętego teksu nie wracam. Nie mogłabym być Stephenem Kingiem. To dobrze, w sumie.

Tak naprawdę to bardzo lubię nic nie robić. Ale łatwo tu o zawiązanie toksycznej relacji z lenistwem. A nie lubię toksyn, szczególnie w relacjach, stąd moje szukanie furtek, którymi mogę wyjść z nieróbstwem na spacer.

To przecież taki uroczy zwierzak.
Półmetek wakacji. Muszę przyznać, że miałam świetny lipiec. Pełen wrażeń, pełen Polski, pełen miast, wsi i ludzi. Być może ubogi, jak na mnie, w lektury, ale nie w doświadczenia. Czasami doświadczenia są po prostu ważniejsze. O ile nie zawsze.


Dalej nie wygrałam żadnego konkursu, choć zestawy wysyłam regularnie. Dalej nie wygrałam w totka. Nawet nie gram. Dalej nie podbiłam świata, nie zawładnęłam Internetem. Dalej nie wpadłam na pomysł książki dla dzieci – ani takiej pokroju „Małego Księcia”, ani „Muminków”, ani żadnej w ogóle. Dalej nie napisałam żadnego opowiadania. Siedem postów, tłumaczenie, kilka wierszy – to już tak. Dalej nie znalazłam pracy.

Ale wiecie co? Gwiżdżę na to. Dobrze mi.

Rzadko zdarza mi się czuć presję ze strony otoczenia. Zwykle sama jestem sobie jej źródłem. Jednak po skończeniu szkoły (a może nawet i przed, bo i wtedy gadało się już o magazynach, kasach w Tesco i smażalniach ryb) poczułam, że choć sytuacja w domu (ani rodzice, ani ja sama, właściwie) wcale tego ode mnie nie wymaga, powinnam poszukać pracy, dostać ją i dumnie zacząć zarabiać grosze z poczuciem dobrze wypełnionego czasu. Pamiętacie? To chyba w maju zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem na bezrobociu.

Nie jestem. Bom uczeń. Student już bardziej. Na wakacjach. Najdłuższych w życiu. Halo. Jednych z ostatnich w życiu.

Wychodzę w założenia, że wszyscy się różnimy. I że ciągle dorastamy, w różnym tempie – warto dodać. I że przyjdzie na mnie czas, oswoję się z dorosłością, z wizją płacenia za mieszkanie, samodzielnego gotowania i studenckiej codzienności, i prawdopodobnie wtedy myśl o tym, żeby wejść do sklepu z wywieszoną w witrynie kartką „zatrudnimy studentów”, uśmiechnąć się, dać CV i… nie wiem właściwie co jeszcze się w takich sytuacjach robi, przestanie mnie paraliżować. Na razie paraliżuje. Nie jestem przebojowa i nastawiona wobec życia „jakoś to będzie”.  Nie chcę żadnego „jakoś”.

Nie jestem też – i niech nikt nie próbuje mi sugerować, że jest inaczej – najmniej zaradną osobą na świecie. Potrafię znaleźć sobie mieszkanie i podpisać na nie umowę. Znam dokładnie swoje potrzeby i możliwości. Znam swoje talenty i wiem, co daje mi radość. I wierzę w to. I jestem pewna, że trzymanie się tego będzie owocować. Jeszcze nie wiem czym, ale znacie ten tekst o cytrynach. Ja lubię lemoniadę. 

Tak, czuję się bogatsza wewnętrznie dzięki temu, co mnie w trakcie trwania tych wakacji spotkało. Łącznie z epizodem z ulotkami, trzydniową „pracą”, która w gruncie rzeczy była fajną zabawą ze znajomymi. I czuję się w ten sposób lepiej, niż czułabym się z kilkoma stówkami więcej na koncie, ale bez tego wszystkiego.

Mam przed sobą jeszcze półtora miesiąca i żadnych planów. Z wyjątkiem przyszłotygodniowej wizyty w Poznaniu na Finlandia Festival, która może dojdzie do skutku. Ale też bez ciśnienia.

Nie czuję się winna. 
  • Older posts →
  • ← Newer Posts

❤

Szczere Kocisko

❤

❤

Archiwum bloga

  • ►  2016 (18)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (7)
    • ►  stycznia (8)
  • ▼  2015 (66)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (8)
    • ►  października (9)
    • ►  września (8)
    • ▼  sierpnia (11)
      • Jak zostałam złym człowiekiem
      • Fotografie
      • Jestem.
      • Hemingway po warszawsku
      • O rzeczach, których nie robię
      • Krótko o emocjach
      • Dorastanie do świata i cukinii
      • Już wkrótce zostanę bohaterką powieści Murakamiego
      • Oko, szkiełko i lustro
      • Sposoby na bezczynność
      • Cytryny, lemoniada i początek sierpnia
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (6)
  • ►  2014 (72)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (2)
    • ►  września (8)
    • ►  sierpnia (9)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (9)
    • ►  maja (11)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (5)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2013 (66)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (5)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (5)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (9)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (5)
  • ►  2012 (5)
    • ►  grudnia (5)
Created by ThemeXpose. All Rights Reserved.