
Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – nie mam natury hejtera.
Owszem, nie boję się nie zgadzać, podważam, wątpię a i czasem po prostu nie
lubię, ale nie pozwalam sobie na bezmyślny i bezrefleksyjny hejt dla samego
hejtu.
Choć czasem coś wkurza mnie tak, że pewnie bym mogła.
Bywa również i tak, że coś bardzo mnie poruszy, bardzo mi
się nie spodoba, zaniepokoi i wyprowadzi z równowagi. Czuję wtedy, że nie ma we
mnie zgody na takie rzeczy. Że tego wcale nie powinno być na świecie i że nie
chcę mieć z tym nic wspólnego. Zwykle okazuje się, że pod wpływem takiego
impulsu zaczynam działać całkiem na opak i – jakby sama sobie na złość – drążę
temat. Tym sposobem udało mi się między innymi polubić Lanę Del Rey i
całkowicie wpaść w klimat Die Antwoord.
Podobne wzburzenie wywołał we mnie Taco Hemingway. Po raz
pierwszy usłyszałam jego „Następną stację” gdzieś we Wrocławiu przy okazji
mojego pobytu na Nowych Horyzontach. Mielenie mięsa w pyskach i kac gigant
wydały się strasznie antypatyczne. Jakieś obleśne. Pogardliwe. Oślizgłe. Moje zdziwienie
i irytacja przybrały na sile, kiedy zaczęłam niemalże codziennie słyszeć tę
piosenkę w Trójce. No jak?! W Trójce
takie rzeczy? I oni się tym zachwycają?
Powkurzałam się, powkurzałam, pogadałam z mamą o tym, jak bardzo
kolesia nie trawię i całkiem nie zauważyłam, kiedy tekst piosenki wlazł mi do
głowy. Potem uspokoiło się i przestałam rozmyślać o winie, wódce i sześciu
szlugach. Do czasu…
Wizyta u znajomego i testowanie jego nowych głośników. Pytam – czego
ty w ogóle słuchasz, człowieku?! Odpowiada – Taco, słucham Taco Hemingwaya. Przez cały dzień płyty „Trójkąt
warszawski” i „Umowa o Dzieło” przeleciały nam na zapętleniu wiele razy. A ja zdążyłam
się wiele razy oburzyć, ale i wyłapać kilka niesamowicie celnych myśli i świetnie
złapanych sytuacji. Bolesnych do żywego, niefajnych i niewygodnych. Strasznie
prawdziwych.
Następnego dnia była impreza i Taco zdecydowanie zdominował
ją muzycznie. A ja siedziałam – tak zasłuchana, jak wzburzona. Śmiesznie
podobna do bohaterów jego utworów.
Kilka dni później, na spokojnie, spróbowałam raz jeszcze
zapoznać z jedynym raperem, który robi musakę. Przeczytałam kilka wywiadów i
recenzji. Przesłuchałam wszystkie tracki i zaczęłam analizować. Zauważyłam, że „Trójkąt
warszawki” dość zgrabnie koresponduje z innym projektem, który, dla odmiany, od
początku bardzo polubiłam. Mowa o płycie „Córka” Karoliny Czarneckiej.
Czarnecka w dość teatralnym, przerysowanym stylu wyśpiewuje
nam historię Tiny, która przyjechała do
Warszawy z małej mieściny, przyjechała ze snami, ma pudełka z sekretami i
walizkę z mitami, poza tym niewiele. Bohaterka jest z początku naiwnie zafascynowana
stolicą, wydzwania do mamy, z entuzjazmem opowiada o swoim nowym życiu, z
czasem jednak zaczyna naprawdę wsiąkać z miasto. I poznawać jego ciemną stronę.
Czarnecka zdecydowała się tu na moralizatorstwo – Tina zdobywa w stolicy złą
sławę, ale ulega przemianie, w której udział bierze tajemnicza zjawa i sama
rzeka Wisła. Piosenka „Demakijaż” właściwie kończy album i symbolizuje
oczyszczenie bohaterki, zrzucenie warszawskiej maski i powrót do wartości. Czy
coś.
U Taco czegoś takiego nie uświadczysz. Po pierwsze – jego bohaterowie
to już nie słoiki. Są starsi, pracują, są bardziej zblazowani, znudzeni i
poranieni. I pijani. W odpowiednich momentach opowieści każde z nich dochodzi
do głosu. Przede wszystkim narrator, chłopak nieszczęśliwy, zraniony, wrażliwy,
ale bez roztkliwiania się – w tej historii musi być szorstko. Oprócz niego – jego
eks, bez której cała historia nie miałaby sensu. Biegająca po mieście z koleżankami
niczym Bójka, Bajka i Brawurka, imprezująca, relacjonująca swoje życie na
Instagramie. Zagubiona. Zazdrosna. Porzucona i porzucająca. No i Piotr –
warszawski łotr. Postać zdecydowanie negatywna. Nie lubimy Piotra. No dobra, ja
nie lubię. Nawet jeśli kilka razy i jemu udaje się rzucić jakąś fajną myślą.
„Trójkąt warszawski” to historia przygnębiająca, w którą –
nawet, jeśli nie poznaliśmy na własnej skórze stylu życia jej bohaterów lub poznaliśmy go fragmentarycznie, w
okrojonej wersji – można się z łatwością wczuć. Autentyczności całemu
projektowi dodają wszelkie wzmianki o prawdziwych miejscach w Warszawie (nawet
jeśli niektóre z nich już nie istnieją), markach butów, papierosów, napomknięcia
o Instagramie i szklanym szronie iPhonów. Słuchając tej płyty mamy okazję
przyjrzeć się pięknemu warszawskiemu piątkowi z perspektywy trzech postaci, trzech
wierzchołków trójkąta, sympatyzować z nimi, współczuć im lub denerwować się na
nich. Do wyboru i wedle własnego uznania, bo sam autor zdaje się nikogo nie
oceniać. Albo inaczej – każdego oceniać tak samo źle.
Skoro moja znajomość z całym tematem rozpoczęła się od utworu
z płyty „Umowa o Dzieło”, wypadałoby powiedzieć coś i o niej. Tutaj Taco nie
serwuje nam jednej, spójnej historii. Raczej zbiór trafnych obserwacji dotyczących
nie tyle już samej Warszawy, co życia młodych ludzi w ogóle. Słuchamy tu o
bogaceniu się, o zdrowym stylu życia i pozorach tegoż. O hummusie, jarmużu i
kokainie. O wezwaniach do zapłaty i sześciu zerach. W jednym utworze do głosu
znów dochodzi Piotr i skarży się, że ktoś bezczelnie wydał o nim płytę. Ten
smaczek każe uśmiechnąć się półgębkiem. Nawet mi.
Próbowałam zastanowić się, czemu w pierwszej chwili
zareagowałam na Taco Hemingwaya tak alergicznie. Być może, gdybym w pierwszej
kolejności trafiła nie na „Następną stację”, a na „Białkoholików” lub „Mięso”,
nie byłoby tego problemu. Mam jednak wrażenie, że winna tej początkowej
niechęci była moja własna hipokryzja, przez którą to, co u zagranicznych
artystów wydawało mi się do przełknięcia, bo kontekst kulturowy, umowność i
pastisz, podane w ojczystym języku i na znanym gruncie okazuje się boleć mnie w
mózg.
„Następnej stacji” jednak w dalszym ciągu nie polubiłam.
Pozostał mi jakiś niesmak, którego nie potrafię zwalczyć. Mimo to doceniłam
Taco Hemingwaya jako rapera i jako poetę, faceta obdarzonego dużą wrażliwością,
wyczuciem językowym (w końcu jest tłumaczem!), spostrzegawczością i
słodko-gorzkim humorem.
I nie będę ukrywać, kupił mnie sobie fragmentami o żywieniu!