To, czy mam w tej zazdrości słuszność to sprawa zupełnie
odrębna od tego, o czym chciałabym dziś pisać, ale napomknę tylko – najczęściej
przy bliższym zapoznaniu się z życiem danego osobnika okazuje się, że nie jest
tak fajnie i zabawnie, i że taki to wcale niczego nie ogarnia, a po prostu
idzie na krzywy ryj i udaje mu się w życiu mimochodem. Czyli znów fake it till
you make it i najlepiej nie rozglądać się na lansiarzy.
Oprócz bycia zazdrosną bestią, jestem również bestią, która wieloma
rzeczami się w życiu interesowała i wiele rzeczy w życiu zostawiła obok. Nie,
nie słomiany zapał. Raczej burzliwe rozstania, traumy i problemy. Czasem
konieczność wyboru. W najmniejszym stopniu nuda i nie-chce-mi-się-izm.
Tańczyłam, malowałam, recytowałam, jeździłam konno, biłam
się, marzyłam o śpiewaniu, uczyłam się grać na gitarze, grałam na pianinie,
robiłam muzykę elektroniczną. Okazywało się jednak, że po jakimś czasie
przestały mi być te rzeczy potrzebne albo nie nadawałam się do nich, albo to one
nie nadawały się dla mnie, albo ktoś mnie zraził, albo robiłam je tylko dla
kogoś – nie dla siebie, więc nie mogły przetrwać próby czasu. Część tych rzeczy
była po prostu wpisana w moją podstawówkę, która nie dość, że była mikroskopijna
i prywatna, to jeszcze nazwana artystyczną.
Są jednak rzeczy, których nie robię, choć mogłabym i
chciałabym, choć nie potrafię zacząć. Dlaczego? Na przykład dlatego, że wszyscy
myślą, że ich nie lubię. Tak jest w pływaniem. Racja, nie pływałabym w jeziorze
lub w polskim morzu i mam trochę problem z samą koncepcją przebierania się w
strój kąpielowy i choćby najmniejszymi interakcjami z innymi ludźmi w takowym,
jednak z tego, co pamiętam, bardzo lubiłam pływać. I mam ochotę pływać.
Straszną. I ona rośnie. Ale cholera, stroju kąpielowego i rosołu z innych ludzi
nie przeskoczę.
Podobnie z jazdą na rowerze. Jestem tą jedyną osobą na świecie, która zapomniała, jak się jeździ,
bo zwyczajnie wyrosła sobie ze swojego pierwszego roweru i nie kupiła
następnego. I nie miała czasu ani potrzeby nigdzie jeździć – mieszkam zbyt
daleko od wszystkiego i przez większą część życia miałam zbyt paskudne i
niebezpieczne drogi, żeby choć próbować.
I myślę tak sobie, że może Toruń, studia i w ogóle, to
będzie niezły moment, by to trochę pozmieniać. Wybrać się na basen
uniwersytecki i przeboleć, że ktoś zobaczy moje uda. Wypożyczyć miejski rower,
zaszyć się z nim w jakiejś bocznej uliczce i spróbować nie połamać sobie nóg. W
końcu – wybrać się na konie…
Z tymi końmi to trochę bieda. Byłam pierwszą jeżdżącą osobą
z mojego towarzystwa w podstawówce. I podobało mi się to. Może nie kochałam
prędkości, ale takie kłusowanie po lasach naprawdę sprawiało mi mnóstwo frajdy.
Ale pojechałam na obóz. I tam totalnie mnie zrazili to hippiki. Szkoda bo
przecież to takie classy i preppy!
Brak komentarzy: