Ale szybko znaleziono błąd w tym sposobie rozumowania. Na
szczęście.
Nie lubię, kiedy ludzie utożsamiają świadomość z „ja” i
twierdzą, że oni to tylko świadomość. Albo jeszcze lepiej – że jest
tylko jedno funkcjonalne „ja”. Kiedy pisałam dla siebie teksty, w których
omawiałam zagadnienia do tegorocznego konkursu psychologicznego, omówiłam w
nich chyba z kilkadziesiąt rodzajów „ja”, które podzielone były ze względu na
swoją funkcję, sposób działania, obszary, w jakich działają, reakcje, jakie
wywołują i mechanizmy, jakie uruchamiają. Nie przeszło mi przez myśl, że której
z nich mogłoby być mną bardziej lub
mniej.
Być może to ja jestem dziwna, być może to przez jogę i
polecenia instruktorki w stylu „niech twoja świadomość powędruje do pięty” i
inne takie, ale lubię myśleć, że „ja” to coś więcej, niż narrator, który siedzi
w mojej głowie.
Bo jestem także swoją podświadomością, swoimi snami, impulsami
elektrycznymi przeskakującymi z jednego przewężenia Ranviera na następne. Jestem swoimi hormonami: oksytocyną, która
każe się przywiązywać i adrenaliną, która zmusiła mnie w zeszły piątek grubo
przed siódmą rano wybiec do lasu i pędzić, dopóki nie zachciało mi się wypluć
płuc. Jestem też krwią, która pozwala się im rozprzestrzeniać po organizmie.
Jestem śladami neuronalnymi, synapsami, skomplikowaną i niepodrabialną siecią
połączeń. Jestem swoimi wspomnieniami, miejscami, w których byłam i ludźmi,
których znałam i od których kradłam nawyki, zainteresowania, upodobania,
powiedzonka i zachowania. Jestem swoim
śmiechem w najmniej odpowiednich momentach i przepłakanymi nocami. Swoim
cierpieniem i swoją niepoprawnością, a także niepoprawną wiarą w ludzi, w
których bardzo chcę wierzyć. I bywam także swoim następującym po czasie zobojętnieniem
i zdziwieniem, kiedy odkrywam, jak Ci, którzy stanowili dla mnie wzory, przestali
robić na mnie wrażenie.
Ciągle się zmieniam.
I chyba niczego nie lubię bardziej.
(Przesadzam, znalazło by się pewnie wiele takich rzeczy.)
Brak komentarzy: