Lubię swoją emocjonalność. Lubię, kiedy jest intensywnie,
impulsywnie i nie zawsze dobrze. Często zdarza mi się śmiać tak mocno, że aż
bolą mnie policzki, ale równie często wpadam w panikę lub rozpacz. Czasami
robię to trochę z premedytacją. Czasami ktoś mi w tym pomaga. W sprawach emocji
jestem bardzo podatna na sugestie – z łatwością współodczuwam z innymi ludźmi,
z bohaterami książek, filmów, z podmiotami lirycznymi, z autorami piosenek i
spotów społecznych.
Co lubię z tego wszystkiego najbardziej? Przyglądanie się
tym emocjom. Myślenie o nich. Być może jest to objaw zarzucanego mi czasem
szukania dziury w całym, ale hej, przecież to trochę jest tak, że żyję w sieci,
więc…
Cokolwiek by nie mówić o obecności cierpienia w ludzkim
życiu i o źródle tego cierpienia, ja za nic nie dałabym go sobie na stałe
odebrać. Myślę zarówno o takiej rozrywającej na kawałki rozpaczy, o
przeraźliwej pustce, ale i o nieokreślonych smętach, które każą snuć się po
domu i marnować czas.
To wszystko jest potrzebne.
Bo potem robi się fajnie. Samo sięganie po słowa i szukanie
rozwiązań przy ich pomocy jest dla mnie doświadczeniem ważnym i wiele wartym. Odkrywanie,
co mi z tego wyszło, jest jeszcze lepsze. Dzielenie się tym ze światem – kolejne
oczko wyżej. Dalej – otrzymywanie informacji
zwrotnych. Koło się zamyka.
Robi się lepiej i lepiej, i to wszystko zmierza tylko do
tego, bym znów straciła zainteresowanie radością i szukała guza. Mogę wtedy
ustawicznie podejmować złe decyzje i przeżuwać jeszcze gorsze emocje. Ale w
porządku, to wszystko mija.
Wszystko jest w porządku.
Brak komentarzy: