Też bardzo kochałam czekoladę. Na początku gimnazjum był
moment, w którym codziennie w moim domu znikały dwie tabliczki. Piszę to, nie pamiętając,
kiedy ostatnio jadłam ją w czystej, tabliczkowej formie (chyba jakoś w czerwcu)
– jedzenie czekolady jest jakieś hipnotyzująco przyjemne. W każdym razie, mi
tak właśnie się ta czynność jawi. Tylko,
odkąd zaczęłam odżywiać się nieco zdrowiej, zauważyłam, że kiedy zjem już, co
było do zjedzenia, nie czuję się dobrze.
Wybrałam się ostatnio na badanie krwi. Niby nic, ale dla
mnie to dość intensywne i stresujące
przeżycie, przed którym uciekałam od… listopada? Czekając, aż punkt pobrań
zostanie otwarty, byłam głodna, zdenerwowana i przekonana, że tego dnia zemdleję
nie raz, pomyślałam więc, że muszę wymyślić sobie jakąś nagrodę, coś, co
zmotywuje mnie do zachowania klasy i dojrzałego oddania się w ręce pielęgniarki
(Dzień dobry! Tylko wie pani, ja się trochę boję… Szczerze mówiąc, to niczego
na świecie nie boję się bardziej… Proszę chwilę poczekać…) i zwróciłam się do
mamy o kupienie mi po wszystkim tabliczki czekolady. Najlepiej milki z oreo.
Jak szaleć, to szaleć, a jeśli nie padnę tam trupem to naprawdę będzie mi się
należało.
No i – pomimo nieprzespanej nocy i całego tego szykowania
się na najgorsze - nie zemdlałam, nie urządziłam histerii, nie uderzyłam w płacz
godny pięciolatki. Trochę pomiałczałam, trochę się trzęsłam, ale poszło
sprawnie. Wchodząc po poczekalni, rzuciłam się na ciasta owsiane, które
zabrałam w charakterze śniadania. I nagle cała ochota na czekoladę zniknęła.
Nawet więcej – pomyślałam, że absolutnie nie chciałabym zjeść ani kostki.
Czy wyleczyłam się z czekolady? Chyba tak. Czy oznacza to,
że nie lubię słodkiego jedzenia? W żadnym wypadku! Moje śniadania mogłyby być równie
dobrze deserami – to zwykle bananowo-jarmużowe smoothie lub musli z jogurtem i
owocami, często razowe placki na oleju kokosowym albo pudding z chia, a w ciągu dnia
zjadam taką ilość owoców, że z pewnością zawyżam krajową średnią. Nie pogardę
też kawałkiem (lub trzema kawałkami) domowego ciasta. I suszoną białą morwą. I
jagodami goji, które mają, moim zdaniem, lekko czekoladowy posmak.
Jaki jest wydźwięk tego teksu i po co w ogóle o tym wszystkim
piszę? Chyba tylko po to, aby podzielić się myślą, że słodycze, które biorą się
z kolorowych, plastikowych opakowań, nie są potrzebne do szczęścia, nawet
zadeklarowanemu łasuchowi. Ani jakoś specjalnie ekonomiczne. Bo przecież dojrzała
brzoskwinia, która jest słodsza, większa i zdrowsza od batonika, kosztuje
jakieś 75 groszy… Więc bierzcie się za owoce!
Brak komentarzy: