Od początku tego roku Haruki
Murakami jest autorem, po którego prozę sięgam najchętniej, czytam najszybciej
i przeżywam najbardziej. I to z jego
książek najwięcej trafia do mojego zeszytu na cytaty. Oczywiście z Vonneguta
czy, powiedzmy, Sapkowskiego też trafia niemało, jednak Murakami jest dla mnie
całkowicie wyjątkowy.
To, co się u niego wyczynia,
to jakiś realizm magiczny wymieszany z egzystencjalizmem. Jakby
Marquezowi zabrać rodzinę, wysłać do Japonii z końcówki XX wieku, obłożyć go
lodem i podać z Sartrem. Bo bohaterów Murakamiego spotykają naprawdę dziwne
rzeczy, a oni i tak siedzą w swoich kawiarenkach z kawą i szlugiem, i słuchają
jazzu. Ewentualnie muzyki poważnej.
No i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że
pasowałabym do takiego świata. Jak ulał. Bo wszystko, co dzieje się dookoła
mnie, łączy się poza mną w jakiś dziwny sposób.
Znaczenie prawdziwego istnienia
zaczyna ulegać erozji – to chyba z „Po zmierzchu”
Czuję się, jakbym
ciągle trafiała na jakieś dziwne elementy układanki, podświadomie sięgam
po rzeczy, które nawiązują do siebie nawzajem. Bo w lipcu czytałam „Biesy”
Dostojewskiego i nie mogłam ich zmęczyć przez trzy tygodnie, potem trafiłam na „Kontrapunkt”
Huxleya i ze zdziwieniem odkryłam, że pod koniec książki bohaterowie dyskutują
o postaci z „Biesów” – Stawroginie. Teraz, czytając powieść „Bezbarwny Tsukuru Tazaki
i lata jego pielgrzymstwa” natknęłam się: a) na nawiązanie do Huxleya, b) na
nawiązanie do „Muminków”.
Wszystko jest takie dziwne. Mogę o czymś marzyć przez wiele
miesięcy i właśnie zacząć sobie odpuszczać, cofać się w czasie o rok, czyli do czasu, zanim to
wszystko choćby pomyślało, żeby być, i
pewnego dnia, kiedy właśnie myślę, jak bardzo jest to niemożliwe, coś się w
świecie przestawia i zaczyna działać.
Już sama nie wiem,
czemu, zaczynam wypytywać przyjaciół, bo może coś wiedzą (nie wiedzą), a po
paru godzinach otrzymuję jedną wiadomość i okazuje się, że wszystko, przez co
tak strasznie ruminowałam i za czym tak tęskniłam, może wrócić, ale tylko na 24
godziny, więc staram się wycisnąć z tego wszystko, żeby na zapas mieć do czego
wracać. I choć kończy się tak samo, już nie mam ochoty tak histeryzować. Raczej przyjmuję wszystko z dobrotliwym uśmiechem i
nasłuchuję, by nie przegapić momentu, kiedy postanowi całkiem zniknąć. Czy na
to czekam? Sama nie wiem. Czy na to czekałam. Bezsprzecznie.
Brzmi to pewnie bardzo zagadkowo albo bardzo niedorzecznie,
albo bardzo niedojrzale, ale powtórzę – musiałam.
Brak komentarzy: