Dalej nie wygrałam żadnego konkursu, choć zestawy wysyłam
regularnie. Dalej nie wygrałam w totka. Nawet nie gram. Dalej nie podbiłam
świata, nie zawładnęłam Internetem. Dalej nie wpadłam na pomysł książki dla
dzieci – ani takiej pokroju „Małego Księcia”, ani „Muminków”, ani żadnej w
ogóle. Dalej nie napisałam żadnego opowiadania. Siedem postów, tłumaczenie,
kilka wierszy – to już tak. Dalej nie znalazłam pracy.
Ale wiecie co? Gwiżdżę na to. Dobrze mi.
Rzadko zdarza mi się czuć presję ze strony otoczenia. Zwykle
sama jestem sobie jej źródłem. Jednak po skończeniu szkoły (a może nawet i
przed, bo i wtedy gadało się już o magazynach, kasach w Tesco i smażalniach
ryb) poczułam, że choć sytuacja w domu (ani rodzice, ani ja sama, właściwie) wcale
tego ode mnie nie wymaga, powinnam poszukać pracy, dostać ją i dumnie zacząć
zarabiać grosze z poczuciem dobrze wypełnionego czasu. Pamiętacie? To chyba w
maju zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem na bezrobociu.
Nie jestem. Bom uczeń. Student już bardziej. Na wakacjach.
Najdłuższych w życiu. Halo. Jednych z ostatnich w życiu.
Wychodzę w założenia, że wszyscy się różnimy. I że ciągle
dorastamy, w różnym tempie – warto dodać. I że przyjdzie na mnie czas, oswoję
się z dorosłością, z wizją płacenia za mieszkanie, samodzielnego gotowania i
studenckiej codzienności, i prawdopodobnie wtedy myśl o tym, żeby wejść do
sklepu z wywieszoną w witrynie kartką „zatrudnimy studentów”, uśmiechnąć się,
dać CV i… nie wiem właściwie co jeszcze się w takich sytuacjach robi,
przestanie mnie paraliżować. Na razie paraliżuje. Nie jestem przebojowa i
nastawiona wobec życia „jakoś to będzie”.
Nie chcę żadnego „jakoś”.
Nie jestem też – i niech nikt nie próbuje mi sugerować, że jest
inaczej – najmniej zaradną osobą na świecie. Potrafię znaleźć sobie mieszkanie
i podpisać na nie umowę. Znam dokładnie swoje potrzeby i możliwości. Znam swoje
talenty i wiem, co daje mi radość. I wierzę w to. I jestem pewna, że trzymanie
się tego będzie owocować. Jeszcze nie wiem czym, ale znacie ten tekst o
cytrynach. Ja lubię lemoniadę.
Tak, czuję się bogatsza wewnętrznie dzięki temu, co mnie w
trakcie trwania tych wakacji spotkało. Łącznie z epizodem z ulotkami,
trzydniową „pracą”, która w gruncie rzeczy była fajną zabawą ze znajomymi. I
czuję się w ten sposób lepiej, niż czułabym się z kilkoma stówkami więcej na
koncie, ale bez tego wszystkiego.
Mam przed sobą jeszcze półtora miesiąca i żadnych planów. Z
wyjątkiem przyszłotygodniowej wizyty w Poznaniu na Finlandia Festival, która
może dojdzie do skutku. Ale też bez ciśnienia.
Brak komentarzy: