Dotarłam do
momentu, w którym odkryłam, że mainstream jest fajny. Po prostu fajny. Że podoba mi się to, co modne, choć jeszcze
parę lat temu szczyciłam się swoją niemodnością.
Że pasuje mi większa część muzyki, którą grają teraz… wszędzie. Że nawet na
Drake’u jestem w stanie się bawić, że potrafię nawinąć pierwszą zwrotkę Anacondy i że instrumentale piosenek
gwiazd popu pokroju Rihanny nigdy nie były tak dobre (wyjątkiem jest nowa
Madonna, krew mi uszami wycieka). Bardzo się cieszę, że czas dziwnego
brzęczenia połączonego z godowymi nawoływaniami, jakie na początku tego
stulecia stanowiło lwią część muzyki popularniej, już minął. I myślę, że nie
mogłabym żyć w lepszych czasach. Nie orzekam, czy lepszych nie było, tę kwestię pozostawiam otwartą. Czuję jednak, że to są moje czasy i mój mainstream. Że
ludzie tacy jak ja dochodzą do głosu i chwytają za ster. Radość, jestem młoda.
Ale po
chwili takie radości uderza mnie refleksja, że Twój mainstream może być
zupełnie inny, niż mój, bo jasnym jest, że to, jak postrzegamy rzeczywistość
jest zniekształcone przez nas samych, że patrzymy wybiórczo. Przykładem tego
jest facebook’owy wall – widzimy na nim to, co chcemy widzieć, ale często jest
on dla naszym trzonem internetu, pryzmatem, przez który patrzymy na główny nurt
kultury i popkultury. Ominę kwestię tego, co nam się na wallu nie wyświetla, bo
automat pomyślał, że dany fanpage lub post raczej nas nie zainteresuje, wielu
to wkurza, ja mam ambiwalentne uczucia.
Tak już mam,
że ilekroć coś mnie zachwyci, jakiś twórca, film, jakieś wydarzenie lub nawet
środowisko, staram się do tych rzeczy dotrzeć na Facebooku i w ten sposób
aktualizuję swój główny nurt. Dzięki temu na mój mainstream składają się skandynawskie
newsy i kognitywistyczne suchary. Żarciki filozoficzne, artykuły Psychology
Today. Recenzje książek, przepisy na zdrowe i piękne jedzenie, wieści z
Pitchforka. Dobra energia, zdrowy styl życia i motywacja. Urocze wzmianki o Edzie Sheeranie, ulubieni YouTuberzy. Ale o tym, kto się
z kim pokłócił w raperskim światku, o czym jest „Bad Blood” Taylor Swift, i o nowych zdjęciach Kayne’go Westa i Kim
Kardashian też wiem. Mimochodem, mimowolnie, ale wiem i nie przeszkadza mi to w
niczym. Mój mainstream nie zmusza mnie do denerwowania się i pomstowania nad
czymkolwiek.
Jeżeli Twój
Cię zmusza, bardzo mi przykro, ale robisz coś źle.
Odnoszę
wrażenie, że obecnie wszystko jest modne i wszystko jest mainstreamowe. Weźmy
na przykład radio. Eska jest mainstreamowa i jej nie słucham. Ale kurczę, Trójka
to niby nie mainstream? Nawet filmy z kim studyjnych są mainstreamowe, skoro
mamy festiwal Nowe Horyzonty, którego nie można nazwać niszowym. Nawet jeśli
pije się na nim yerbę i wcina hummus. Bo yerba i hummus to też mainstream. I
burgery z ciecierzycy. Podobnie, jak te z McDonalda.
I wiecie co?
To dobrze.
Brak komentarzy: