Dawno, dawno
temu pozbawiłam się prawa do normalności. Żyłam i dorastałam w przeświadczeniu,
że normalni ludzie są gdzieś tam poza
mną, że normalni ludzie nie mieszkają
w domku na skraju lasu, że normalni
ludzie mają mieszkanie z Ikei i wszystkie ubrania z H&M. Myślałam, że normalni ludzie nie mogliby mnie naprawdę
polubić.
Pielęgnowałam
w sobie poczucie inności. Dziwność. Odmienność. To nie było na niby, nie
wymyśliłam sobie tego wszystkiego. Różniłam się. Moja rodzina trochę się
różniła. Sposób, w jaki byłam wychowywana, sposób, w jaki żyliśmy. Różniło mnie
też to, że od zawsze odczuwałam duży szacunek do wszelkich zasad i pouczeń.
Skoro usłyszałam, że McDonald’s jest niezdrowy, to go nie jadłam, wręcz bałam
się go, podobnie z colą i chipsami. Bardzo nie chciałam uchodzić za tak materialistyczną,
jak inne dzieci. A chodziłam do prywatnej szkoły, więc materialistycznych dzieci
było tam sporo. Bardzo rzadko zdarzało się, że naprawdę chciałam jakąś zabawkę.
Lubiłam za to szyć sobie różne pluszaki sama.
Bardzo długo
opieraliśmy się kupowaniu w supermarketach. Pierwszą colę wypiłam pod koniec
szóstej klasy, na wycieczce i było to przeżycie
porównywalne z pierwszym piwem. Pierwsze chipsy kupiłam sobie gdzieś przed czwartą
klasą. Na pierwszy fast-food skusiłam się dopiero w trzeciej gimnazjum. Pierwszą
rzecz z H&M kupiłam sobie zaledwie rok temu.
Nie czułam
się gorsza. Bardzo rzadko czuję się gorsza. Wręcz przeciwnie – już w
podstawówce często zdarzało mi się wynosić to, co mnie różniło np. od reszty
klasy, na piedestał. Często czułam się też po prostu mądrzejsza. I dojrzalsza.
Ale jednocześnie czułam, że nie mogę być częścią większej całości, że ktoś mnie
ciągle nie lubi, że ktoś ciągle krzywo na mnie patrzy. Nie chełpiłam się, nie
byłam małą chwalipiętą, nie rozstawiałam ludzi po kątach. Odstawałam. A
przynajmniej tak się czułam. Sięgając po doświadczenia Anny Odell, o której
eksperymencie już pisałam, zaczynam rozumieć, że nikt poza mną mógł nie
odbierać tego w ten sposób. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia.
W końcu
udało mi się – gdzieś w piątej klasie podstawówki zostałam naprawdę wyrzucona z
klasowej społeczności. Czułam się nienawidzona, miałam tylko jedną bliższą koleżankę.
Zaczęłam ubierać się inaczej, bawić się w małe emo, czy coś. W zasadzie,
oetykietkowana w ten sposób czułam się trochę lepiej. W gimnazjum na szczęście
zmieniłam otoczenie, zaczęłam od nowa i zmniejszyłam dystans między mną a normalnymi. Dystans znów wzrósł pod
koniec gimnazjum, aby już ponad rok temu, na kilka tygodni przed końcem drugiej
klasy liceum, po wygranej olimpiadzie, zniknąć. Niemalże zupełnie.
W tym wszystkim,
co dotychczas napisałam nie chodzi mi o to, aby po raz kolejny tą swoją inność
podkreślić czy, żeby zebrać teraz baty, za to, że zarozumiałe i niefajne
dziecko ze mnie było. Chcę się pochwalić i podzielić swoim szczęściem. Bo udało
mi się oswoić normalność.
Wystarczyło
przestać uciekać. Nie rezygnować ze spotkań, bo przecież nikt mnie tak naprawdę nie lubi. Nie palić za sobą
mostów. Nie kłócić się tak bardzo. Nie walczyć o tak błahe sprawy. Nie wciskać wszystkim
swojego światopoglądu. Nie oceniać!
Zaprzestanie
oceniania było chyba najważniejszym punktem tego wszystkiego. W momencie, w
którym uznałam, że na przykład to, że ktoś nie jest orłem z biologii, nie
wyklucza go jako kompana do rozmowy i zabawy albo, że ktoś, kogo miałam po
prostu za imprezowiczkę, może być dialbo inteligentną i kochaną osobą, dopuściłam
się do ludzi. Odkryłam ich skomplikowane osobowości, bardzo złożone charaktery.
To wszystko mnie urzekło. Nigdy nie lubiłam być oceniana jednoznacznie i
poprzez pryzmat jednego aspektu, nie wiem więc, dlaczego tak długo nie mogłam
zacząć stosować tego wobec innych.
Dalej jestem
introwertyczką, dalej jestem w stanie przez tydzień się do nikogo nie odzywać,
bo odczuwam przesyt, dalej nie zapraszam nikogo do swojego domu, bo mam opory i
dalej mam swoje dziwactwa i może trochę (lub morze) swojej nietypowości. Nie
wiem, czy ktoś jest jednak w stanie zrozumieć moją wdzięczność, gdy okazuje
się, że jestem przez ludzi uwzględniana, że
ktoś może życzyć sobie mojej obecności, lubić ją. Że ktoś mnie gdzieś zaprasza.
Że ktoś mówi, że chciał mnie poznać, porozmawiać ze mną. I że żałuje, że nigdy
nie było okazji. Ja już nie żałuję – dzięki temu wszystkiemu wiem po prostu, że nie warto zamykać się w innej klatce. W końcu czuję, że jestem,
że istnieję, że nie jestem jedynie obserwatorem.
Brak komentarzy: