No bo nie
wszędzie można być tak samo bezczynnym. W domu to nie przejdzie, w domu zawsze
coś znajdzie się do roboty – jakiś jeden niedomyty talerzyk, zakurzony parapet,
zmięta pościel, rozrzucone bezładnie buty. Trzeba zakasać rękawy i zrobić
swoje, inaczej nawet się zabrać do właściwej pracy jest ciężko. No, przynajmniej
w moim przypadku. Im jestem starsza, tym mniej lubię wszystkie znaki świadczące
o tym, że mieszkam w lesie – kurz, owady… kurz. I coraz bardziej skłaniam się
ku stylistyce, którą jeszcze jakieś pięć lat temu tak okrutnie wyśmiewałam.
Podoba mi się miejskość, białe ściany, minimum sprzętów, bibelotów, przedmiotów
w ogóle. Ale dość tych domowych dygresji. Chodzi mi przede wszystkim o to, że kiedy
jestem u siebie, czuję, że mam tak wiele do zrobienia i chcę wszystko załatwić
od razu, i mieć spokój, co kończy się bieganiem
z pustymi taczkami. Czy coś.
Dlatego
czasem zdarza mi się wyjechać gdzieś bez większego celu, zapomnieć o zabraniu
książki w podróż pociągiem, ewentualnie konsekwentnie i z uporem jej nie czytać
albo (i to zdarza się najczęściej) iść do miasta tylko po to, aby pogapić się
na kaczki w parku lub przesiedzieć cztery godziny w kawiarni nad jednym
americano i (po raz kolejny) książką.
Okazuje się
wtedy, że taka bezczynność może być całkiem kojąca. Że kiedy siedzę
unieruchomiona w pociągu, nie mam czego czytać, a telefon już prawie mi się rozładował,
do głowy zaczynają przychodzić pomysły, których brakuje, jeśli zaplanuję sobie –
od tej do tej mam czas na napisanie nowego opowiadania – przy takich
postanowieniach najczęściej kończę już na pierwszych osiemdziesięciu słowach i nigdy
już do rozpoczętego teksu nie wracam. Nie mogłabym być Stephenem Kingiem. To
dobrze, w sumie.
Tak naprawdę
to bardzo lubię nic nie robić. Ale łatwo tu o zawiązanie toksycznej relacji z
lenistwem. A nie lubię toksyn, szczególnie w relacjach, stąd moje szukanie
furtek, którymi mogę wyjść z nieróbstwem na spacer.
To przecież
taki uroczy zwierzak.
Brak komentarzy: