Wpadam w językowe schematy. Jakkolwiek jestem tego świadoma
i przyjmuję do wiadomości, że ich istnienie nie jest bezzasadne, jednak nie
jestem nimi zachwycona. Starając się żyć uważnie i przyglądać się swojej
rzeczywistości, wiedzieć co i skąd się w niej bierze, nie powinnam
niepotrzebnie sięgać po słowa, które nie niosą znaczeń, ale występują w takim
natężeniu, że wpływają nawet na to, co sama o sobie myślę.
Zbyt często powtarzam dwa słowa – nie wiem. Zupełnie niepotrzebnie, bo – wydawać by się mogło – wiem całkiem
sporo. Albo chociaż rozumiem, jeśli uznać wiedzę za zbyt ważną, by sobie ot tak
o niej orzekać.
Mówię, że nie wiem,
nawet jeśli doskonale wiem. Mówię, że nie
wiem, a następnie odpowiadam na zadane mi pytanie.
Zasłaniam się tym nie
wiem trochę, zatajam swoje kompetencje i oddalam się od odpowiedzialności.
Jak mogę być odpowiedzialna za swoje słowa, skoro z miejsca i dla zasady zaznaczam,
że plotę bzdury?!
W tym momencie nie jest dla mnie istotną rzeczą to, czy moje
wyrzucane w przestrzeń komunikaty mogące teoretycznie świadczyć o
niekompetencji i szwankującej
inteligencji emocjonalnej, do kogoś trafiają i sprawiają, że jestem postrzegana
w ten, a nie inny sposób. Może i powinno, jednak w pierwszej kolejności wolę
zająć się sobą.
Zadaję sobie więc pytanie – czy konsekwentne próby niepodejmowania
odpowiedzialności za to, co mówię, sprawiają, że postrzegam siebie jako mniej
kompetentną, mniej inteligentną, mniej wartą i różne inne mniej osobę, niż w rzeczywistości? Niewykluczone.
Byłam w stanie przez 6 lat podstawówki nie używać słowa fajnie. Byłam w stanie na potrzeby
olimpiady z polskiego oduczyć się formułowania wypowiedzi rozpoczynających się
od więc. Zmiany nawyków powinny wejść
już mi w nawyk, prawda? Wobec tego od dzisiaj rzucam nie wiem… I czekam na skutki.
Brak komentarzy: