Ze wszystkich moich strachów, najbrzydsze i najpospolitsze
ciągle mówią mi „za mało”. Bawi je to, okrutne, na szczęście wiem, że nie
hulają tylko moim kosztem. Każdemu, w różnych momentach i niezliczonej ilości
kontekstów powtarzają te dwa słowa. Za mało.
Za mało robisz. Jest przecież tyle inicjatyw, w które można by się zaangażować. No jasne, będzie ci to w przyszłości niezbędne! Bez tego
ani rusz. No przecież ładnie powiedziałaś, że się zastanowisz, tak czy nie?
Umieściłaś na liście nazwisko, zostawiłaś maila, przyszłaś na spotkanie,
cokolwiek. Jeśli się teraz wycofasz, nikt nie będzie miał wątpliwości – za mało
robisz. Przecież wiesz. Za mało.
I za mało się starasz! Kto to widział, sen jest ważny?
Spokój jakiś? Co ty! Patrz na tamtą dziewczynę, właśnie pisze doktorat,
widzisz? Masę rzeczy pewnie robi i co skarży się? Czy wygląda, jakby się
kiedykolwiek skarżyła? Z tym uśmiechem? Żartujesz sobie?
Ooo, chcesz przerwy? Chcesz odjąć sobie ten jeden obowiązek?
Odjąć, skreślić, spalić jedno „muszę”? Urocze. Nie zapomnij tylko, że choć
mówią ci, że masz przecież prawo i że nie ma problemu, i że oni chętnie, nie
możesz potraktować tego poważnie. Wtedy będzie… No, już wiesz jak? Wiesz, jak
będzie? Za mało.
Nie, wcale nie nakładam na siebie ani za mało, ani zbyt
wiele. Obiektywnie patrząc, utrzymuję idealny balans; świat jest w miarę
spójny, bardzo dla mnie dobry i nie mam na co narzekać. Omijam porażki, jem
cudownie, dobrze śpię, zachwycam się, zachwycam, zachwycam, inspiruję,
zachwycam…
Wydawać by się mogło, że z tak dobrze wyważonym życiem,
powinnam być wolna od tych brzydkich, brzydkich strachów. Że powinnam być
świadoma, że w sam raz, że daję radę, że się sprawdzam w takich rolach, o jakie
bym się do niedawna nie podejrzewała.
Ale to nic. One przychodzą. A ja idę do kuchni i zaczynam
robić obiad, ewentualnie, jeśli pora już niejedzeniowa
kładę się na łóżku i całkiem bezboleśnie pozwalam się kołysać upływowi
czasu. Odchodzą. Ale wiem, że jutro, pojutrze, za tydzień wrócą. Zawsze
wracają.
Brak komentarzy: