Wlazł
kotek na płotek i Mruga.
-
Spadaj kłaku! – krzyknęła oburzona dziewczynka.
Oczywiście,
nie było żadnego płotka, nie było właściwie nic poza komputerową klawiaturą, usadowionym
na niej spasionym kocurem i pogrążoną w rozmyślaniach Mrugą próbującą delikatnie,
aż stanowczo skłonić go do zmiany położenia.
-
Nie jest łatwo żyć, będąc tylko Mrugą – myślała Mruga – żadnej grupy
społecznej, do której można byłoby przynależeć, żadnej trafnie określającej
cechy ani oczywistego rysu charakterologicznego.
Rzeczą
straszną jest wieczne nurzanie się w nieokreśloności i Mruga dobrze o tym
wiedziała. Dlatego też, przy każdej możliwej okazji, każdej rewolcie
dokonującej się w jej życiu, próbowała stworzyć siebie na nowo. Budowała swoją
postać cierpliwie, atom po atomie, komórka po komórce, włókno po włóknie, organ
po organie, skurcz po skurczu i w ten sposób dochodziła do sytuacji, w której
stawała przed swoim nowym dziełem i stwierdzała, że było ono dobre. Może nie
idealne, trochę koślawe, nazbyt hermetyczne i nieco karykaturalne, ale na pewno
dobre.
***
Dlaczego
imiona rzeczy nic nam o ich nie mówią? W jaki sposób funkcja pełniona przez
krzesło objawia się w jego nazwie? Czy nie lepiej byłoby określać je mianem
puposiedzacza? Takie pytania pojawiały się w umyśle Mrugi wyjątkowo często.
Mówiono, że zdecydowanie częściej, niż w umysłach innych dziewczynek w jej
wieku. Nie wiadomo tylko do końca, co miało oznaczać to drażniące określenie
„inne dziewczynki w jej wieku” i
właściwie nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ minęły dziesiątki lat, odkąd
ostatnia grupa wiekowa przestała przejmować się inteligentnymi pytaniami. Tak,
zawiedli nawet najmłodsi. Z tego właśnie powodu Mruga pozostawała w ukryciu
przed rozkrzyczanymi dziećmi, ich zatroskanymi rodzicami, mądrymi pedagogami,
całymi zastępami humanoidalnych tworów pochłoniętych bezmyśleniem, rozmowami o
pogodzie i uśmiechaniem się do siebie nawzajem.
***
Głównym
zajęciem, któremu od lat oddawała się Mruga, było pielęgnowanie kota w jej
małej, napęczniałej myślami główce. Szło jej to na tyle dobrze, że pewnego dnia
ów kot postanowił wyjść ze swojego przytulnego inkubatora wypełnionego wprost
idealną, miękką, różową, naelektryzowaną do granic możliwości włóczką i zstąpić
na klawiaturę, na ramię, na brzuch, na but, na wszystko, co okazało się godne
kociego błogosławieństwa. Kocur nie musiał zadawać pytań, znał odpowiedzi na
wszystkie. Trzeba wam wiedzieć, że ta właściwość jest charakterystyczna dla wszelkich
wytworów umysłów genialnych… Warto zaznaczyć również, że kot, który wypełzł z
głowy Mrugi miał niewiele wspólnego tymi puchatymi zwierzątkami o zdziwionych
pyszczkach, które tak dobrze znamy. Jego spojrzenie przeszywało na wskroś, kłuło w duszę,
sprawiało, że wątpić zaczynali nawet najwierniejsi. Nieregularnie wzory zdobiące
miękką sierść hipnotyzowały tak, jakby zawierała się w nich cała prawda o
świecie. Drobne łapki niosły go z niebywałą lekkością – pytanie o to, czy
zwierzak mógłby stąpać po wodzie, było po prostu nie na miejscu. Mruga
postanowiła, że nigdy nie nada kotu imienia. Jakakolwiek próba określenia jego
natury jednym słowem wbrew jego woli byłaby aktem nieskończonej głupoty.
Zamachem na jego nieskończoną mądrość.
Tworzyli
zgrany tandem – ona szukała odpowiedzi w ramach, które mogłyby ją objąć, on
udowadniał, że nie ma nic bardziej szkodliwego. Wydawać by się mogło, że mowa
teraz o dwóch postaciach równych wobec siebie. O partnerach? Nie dajcie się
zwieść – kot był tworem, którego istnienie w pełni zależało od woli Mrugi.
Wyhodowała go – choć przecież mogła to zrobić jakakolwiek inna dziewczynka, której
intelekt skrywał choć małą cząstkę geniuszu – a dopiero potem pozwoliła mu
rozpocząć swoją materialną egzystencję i robić, co mu się żywnie podoba…
W
tym momencie podobało mu się leżenie na klawiaturze rozgrzanego laptopa i pomimo
usilnych próśb, Mruga nic nie mogła na to poradzić.
-
To z zazdrości – pomyślała – zawsze jesteś zazdrosny o słowa!
Miała
rację. Kocia zaborczość nie pozwalała stworzeniu pogodzić się z faktem, że
głowa Mrugi nieustannie i w wielkich bólach rodzi słowa - struktury, które
zdecydowanie nie są nim, kotem. Nie są nawet żadną kotką mogącą idealnie
spełnić się w roli jego życiowej partnerki, której tak potrzebował. No cóż,
jedyną rzeczą, którą mógł zrobić, aby zatrzymać ten niecny proceder, było
mechaniczne utrudnianie Mrudze dalszego produkowania sylab, słów, a w końcu
zdań. Kocur zdawał sobie sprawę w tego, że nie mógł powstrzymać jej umysłu, ale
palce – zawsze!
Wiedział
najlepiej, że pomysły, wymysły i inne produkty aktywności mózgu umierają
wyjątkowo szybko, jeśli nie znajdują swojego ujścia w świecie materialnym, więc
każda, nawet najmniejsza, zwłoka w przelewaniu produktów aktywności neurostrad na
papier – nawet jeśli mowa o papierze elektronicznym – powoduje ich znaczne
upośledzenie. To stąd na świecie tyle poronionych pomysłów.
***
-
Ty kłaku, kołtunie śmierdzący, darmozjadzie! – krzyczała w niebogłosy
rozwścieczona dziewczynka – nie po to opuszczałeś moją głowę, abym teraz nie
mogła nic wymyślić! Miałeś być przestrzenią, miałeś inspirować i wyciągnąć mnie
wreszcie z twórczej stagnacji, w której tkwię od lat!
Proszę,
zrozumcie ją dobrze, trwająca od lat twórcza stagnacja, to prawdziwa tragedia
dla ośmiolatki. Umysł z dnia na dzień robi się coraz bardziej skostniały,
perspektywa coraz węższa, szczytową sprawność Mruga miała już dawno za sobą.
Czas uciekał, a sukces, tak przez małą wyczekiwany, nie nadchodził. Tak,
sukces, nie jakieś tam trywialne pięć minut sławy. Prawdziwy pomnik, trwalszy
niż ze spiżu, rylec zostawiający ślad na ludzkich umysłach przez setki lat.
Tak… To by ją urządzało. Można powiedzieć, że przejście do historii było
obsesją Mrugi. Motywacją, praprzyczyną wszystkich podejmowanych przez nią
działań… ale i największym hamulcem. Z potrzeby wiekopomności Mruga odrzucała
od siebie wszystko, co udało się jej stworzyć. Czasami, po wielu godzinach
ciężkiej pracy, ustawała i stwierdzała, że nie może już kontynuować swojej
rozbebeszonej opowieści z góry pozbawionej możliwości rozkwitania. Wciąż
zaczynała od nowa, zdając sobie przy tym sprawę z tego, że jest śmieszna jak
Grand, ten stary nieudacznik z wizji Camusa, ten, który nie skończywszy ani
jednego zdania, czekał na swoje wymarzone „panowie, kapelusze w głów!”. Świadomość
irracjonalności swoich zachowań i powierzchowności marzeń nigdy nie robiła na
niej wrażenia. Ale hej, przecież dopiero co dokonała się w jej życiu przemiana
i to, co dotychczas było jej obojętne, postanowiło okazać się kluczowe.
-
Może tak musi być – dumała – może bycie Mrugą to ciągła walka, to z
przeciwnościami losu, takimi jak kot leżący na klawiaturze, to z własnymi
ograniczeniami, a w końcu ze swoimi wizjami, planami i pomysłami – tak, te
słowa brzmiały dość wygodnie i zachowywały pozory głębokiej refleksji natury
egzystencjalnej, toteż Mruga postanowiła na nie przystać.
-
Czyżby to oznaczało, że nie powinnam mieć sobie nic do zarzucenia? Czy
wystarczałoby pogodzić się ze swoim losem i już nic nie zmieniać, i iść jedynie
z wysoko podniesioną głową? Może powinnam przerwać swoją pogoń za nieuchwytnym
i uchwycić to, co pewnie okaże się tak blisko i może wtedy udałoby się…
-
Brzmisz doprawdy pretensjonalnie i głupio! – przerwał kot – Ale nie przestawaj,
znaj moją cierpliwość i wyrozumiałość, jesteś na dobrej drodze, aby…
-
Co mówisz? Jesteś głodny? Poczekaj, w lodówce jest chyba trochę pasztetu, już
ci…
-
Nie chcę żadnego pasztetu, słuchaj mnie czasem! Pogoń za perfekcją zgniata cię,
ściska jak aluminiową puszkę, oddala cię od twoich celów. Jesteś sfrustrowana,
bo jedyną sensowną rzeczą, jaką udało ci w życiu stworzyć, jestem ja – gruby
kot, który swoim intelektem przewyższa cię po stokroć, rozumiem, ale posłuchaj
mnie! Nie lubię twojej gonitwy za słowami, sądzę, że marnujesz w ten sposób
energię, która należy się mnie. Nie cieszy mnie również fakt, że nie potrafisz
docenić korzyści płynących z mojej upierdliwości. Co mam zrobić, byś zauważyła,
że jestem wystarczającą przeszkodą, abyś zdecydowała się wreszcie działać
skutecznie wbrew mnie i ponad mną?
-
Kocie, słyszę cię wyraźnie, ale nie rozumiem, o co to całe miałczenie!
-
Naprawdę, nigdy nie zastanawiałaś się, dlaczego powstałem? Muszę przyznać, że
byłaś na dobrej drodze, mówiąc o przestrzeni, którą miałaś odnaleźć w swojej
głowie po tym, jak mnie stworzyłaś. Ale nie jesteśmy maszyną, Mrugo. Racja, jesteśmy
sprzężeni, jednakże nie działamy automatycznie, zapamiętaj to. Przestrzeń, o
której mówiłaś może powstać jedynie w odniesieniu do całego mojego natręctwa,
do aktów przemocy, których dokonuję na twoich pomysłach i do przeprowadzanego
przeze mnie sabotażu twoich myśli!
-
Skoro przyznajesz się do sabotowania moich myśli, nie powinnam przejmować się
twoimi słowami. I jeszcze mnie będzie pouczać taka tłusta kula cynizmu,
lenistwa i sierści… Stworzyłam cię! Dzięki mnie, dzięki mojej myśli możesz
teraz ocierać się o meble i pożerać zbyt drogie konserwy rybne na cudzy
rachunek! Jesteś dziełem tego, czego istnienie kwestionujesz, wiesz? Jasne…
Zdajesz sobie sprawę z tego, co to znaczy? Mógłbyś zniknąć! – dodała, aby
zakończyć tę uroczą etiudę wzajemnego niezrozumienia.
***
Wydawać
by się mogło, że ta poważna i niezwykle szczera rozmowa z mistycznym kotem,
władcą rzeczywistości i najwyższą formą dziecięcej fantazji, oświeci Mrugę i –
mimo kilku pojawiających się w niej nieścisłości i całej parady frustracji –
pozwoli jej geniuszowi rozkwitać. Och, jesteście doprawdy naiwni. Czy nie
zauważyliście, że każda cywilizacja, która wdaje się w konszachty w tymi
stworzeniami lub, co gorsza, stawia je na boskim piedestale, musi w końcu
upaść? Czyż nie tak stało się ze Starożytnym Egiptem? Czyż nie tak skończyli ci
wszyscy zapatrzeni w wyświetlane na ekranach komputerów koty, kociska i
koteczki nieszczęśnicy?
Mruga,
będąc już tak blisko odnalezienia swojej drogi, powodowana nieufnością wobec
swojego cynicznego kompana odrzuciła od siebie wszystko, co miała w zanadrzu.
Nie uratowała jej nawet umiejętność zadawania pytań – niepielęgnowana
zmurszała, straciła swój blask i świeżość. Słowa obraziły się na Mrugę. Atomy,
które zwykły ją budować, zbuntowały się okrutnie.
Osoby,
które cały czas się zmieniają, na zawsze pozostają takie same. Zaczynają ciągle
od nowa i w swojej niecierpliwości nie mogą posunąć się dalej, niż zdołały
dobrnąć za pierwszym razem. Powielają wciąż te same błędy, ubierając je w nowe,
śliczne ubranka.
Prawdziwa
tragedia nie dotyczy jednak Mrugi, a kota. Biedny, zdradzając swoje zamiary,
stracił wiarygodność. Takich rzeczy się nie robi. W byciu wszechwiedzącym kotem
trzeba wykazywać się konsekwencją. Szczególnie, kiedy jest się tylko produktem
czyjejś fantazji…
Wlazł
kotek na płotek i Mruga. Ładna to historia, niedługa.
Trudno tu jeszcze coś więcej dodać, bo powiedziałaś już właściwie wszystko. Streszczanie utworu w komentarzu też nie ma większego sensu, chyba że ktoś ma potrzebę udowodnienia, że zrozumiał, o czym mowa. Ja jakoś nie mam, więc napisze tylko: dobra robota, nie mam zastrzeżeń, bardzo mi się podoba!
OdpowiedzUsuńOjej, w takim razie bardzo mi miło! To było pierwsze "poważne" opowiadanie, jakie napisałam i w sumie jestem z niego dumna ;)
UsuńDlaczego Mruga nie mogła wziąć kartki papieru i długopisu? Przepraszam, że psuję wizję xD tekst ciekawy.
OdpowiedzUsuńWiesz, nie przyszło mi to do głowy :P
UsuńDziękuję :)