Ulga, która pojawia się, kiedy zaczynam zdawać sobie sprawę
z tego, że czas mija tak czy siak, i że nie muszę być zawsze na samej górze
stawki. I że właściwie, w obawie przed burzą, zorganizuję sobie własne, na
swoich zasadach, w swoim terminie i już mnie ta pierwsza burza nie obchodzi.
Ulga, kiedy okazuje się, że aby skreślić to nieatrakcyjne zadanie ze swojej
listy jako wykonane, nie potrzeba było takiego nakładu pracy, jak się na
początku myślało.
Poganiam się, strofuję i straszę się ciągle, że stracę
kontrolę. Że to już, już, świat wymyka mi się z rąk i zaraz będzie piękna
katastrofa. W międzyczasie włączam w sobie jakiś tryb zarządzania kryzysowego i radzę sobie. Wychodzę cało z udawanej opresji z prawdziwym zadowoleniem z
siebie.
A czasem, z przyczyn niezależnych od siebie, kiedy już nic
nie mogę zrobić, aby burzę sobie przyspieszyć, stłumić i zgubić, pozwalam sobie
kilka razy dziennie zwyczajnie zapomnieć. Udać, że problemu nie ma. A potem
sprawdzić maila i zorientować się, że i tam jeszcze nic nie ma.
Można by się było tak niczym nie martwić i niczym nie
przejmować? Tak zupełnie z pełną pogodą ducha wychodzić z żelaznego założenia,
że wszystko się uda i nie ma żadnego problemu? Ja chyba takiej opcji nie widzę.
Od wielu, wielu lat niezmiennie sądzę, że tęsknoty, przygnębienie i jakaś taka
lepka melancholia są mi potrzebne. Że są warunkiem koniecznym do odczuwania
szczęścia. A kiedy znaleźć czas na strach i zmartwienie, jeśli wszystko ma być
dobrze?
Brak komentarzy: