W roku 2015 udało mi się…
...zakochać po uszy.
...dwa razy pod rząd wygrać sobie turniej jednego wiersza, a
oprócz tego, zdobyć sobie kilka wyróżnień.
...po raz pierwszy wyjechać na samotną wycieczkę, taką zaczytaną,
tajemniczą, zimową, taką z włóczeniem się po obcym miasteczku i recytowaniem „Buta
w butonierce” wracając do hotelu. Okazało się, że umiem sobie poradzić, a
problemy trzymają się ode mnie z daleka.
...odkryć, że bardzo lubię skandynawskie kino.
...mieć na tyle
samozaparcia, by przez trzy miesiące biegać co tydzień po lesie. Później
okazało się, że nie powinnam, bo moje stawy tego bardzo nie lubią, ale bardzo
podobało mi się wychodzenie z domu przed siódmą, w leginsach i gigantycznej
dresowej bluzie, oddychając mroźnym marcowym powietrzem, które dopiero z czasem
przestało przydawać mi obłoczków pary, obserwując zwierzęta – dzięcioły,
kaczki, łabędzie, zające, sarny, psy, grzybiarzy.
...przeżyć czas maturalnych powtórek bez poddawania się
wszechobecnemu szaleństwu na ten temat i w dodatku zdać maturę tak dobrze, że
nie miałam i nie mam sobie nic do zarzucenia. Ja. Nic do zarzucenia.
Szaleństwo.
...odkryć, że nawet jeśli leżenie na hamaku całe dnie jest
ultraprzyjemne, niemal półroczne wakacje trochę mnie rozstrajają.
...przepracować 6 dni.
...Pojechać na Open’er, być w pierwszym rzędzie na Die
Antwoord, odnaleźć się w takim miejscu, odkryć, że czasem to nawet umiem
odzywać się do randomowych osób.
...zjechać wchód Polski od góry do dołu, odwiedzić miejsca, z
istnienia których nie zdawałam sobie sprawy.
...zobaczyć wystawę Beksińskiego w Sanoku.
...w stopniu, którzy całkowicie mi odpowiada i a) nie pozwala
mi na izolowanie się w tym niezdrowym wydaniu jak przez większość liceum, b) pozwala
mi na tworzenie jakichś wspomnień i koleżeńskich relacji będących całkiem do przyjęcia,
nauczyć się wychodzić do ludzi i nawet rozmawiać z nimi przy piwie. Wow!
...pójść na badania krwi.
...nauczyć się gotować tak, że w czasem kwadrans udaje mi się
przygotować i zjeść piękny, instagramowalny posiłek.
...zrezygnować z mięsa i czuć się lepiej niż kiedykolwiek.
...w konsekwencji czego schudnąć tyle, ile sobie postanowiłam.
....zamieszkać samodzielnie (choć nie całkiem samotnie) w nowym
mieście, ogarniać sprzątanie, pranie, zakupy i studia.
...pouczestniczyć w badaniach naukowych, poleżeć w brzuchu skanera MRI, posiedzieć w
dziwnym czepku z elektrodami przy głowie.
...mieć z kim spotkać się, w przypadku powrotu go rodzinnego
miasta; nie spalić za sobą wszystkich mostów, jak zwykle miałam to w zwyczaju.
...pokochać.
...i być kochaną.
...dowiedzieć się, jaki kierunek chcę przyjąć. Bo wiecie,
kierunek studiów to jeszcze nic. Zbliża się północ.
...dostać stypendium, za coś, co osiągnęłam dwa lata temu; być
dumną z odcinania kuponów.
...przeczytać 54 książki, przy okazji zrozumieć, że czytając
to, co lubię i co naprawdę chcę przeczytać, nigdy nie poznam wszystkich motywów,
kontekstów i nawiązań tak, by nikt mnie nigdy nie przyłapał na nieznajomości
czegoś, ale stworzę całkiem ciekawą bazę własnych, co wydaje mi się znacznie bardziej wartościowe.
...znaleźć równowagę między minimalizmem,
spełnianiem swoich zachcianek i poczuciem, że mam wszystko, czego potrzebuję.
Fajnie, co?
Brak komentarzy: