W tym roku nie ma podstaw do zdziwienia – czuję, że mam
powody, by do wzdychać do liceum. Jego specyfika przez te trzy lata wychowała
sobie mnie w pewien sposób, nauczyła mnie funkcjonowania w trybie, który
określiłabym jako sprinterski – trzy miesiące pracy o sporym natężeniu, bardzo
regularne, bo codzienne, lekcje niewielkiej liczby przedmiotów, które w
naturalny sposób wymuszały sumienność, systematyczność i inne dobrze rzeczy. Lubiłam
to, umiałam pracować w ten sposób, czułam się w tym systemie jak ryba w wodzie,
nawet jeśli czasem łapałam zadyszkę, płakałam nad matmą i uważałam, że nic nie
da się zrobić i że tym razem to już na pewno
nie będę miała dobrych ocen. Tutaj, gdy wszystko zdaje się być tak
niemiłosiernie rozwleczone, z wiecznymi zaległościami, brakiem wiedzy, co
właściwie trzeba zrobić i kiedy zacząć, aby zdążyć i jak zgrać się z resztą
grupy, mam wrażenie, że tylko się frustruję. Choć jak na razie idzie mi dobrze
i może wcale nie powinnam narzekać, przejście z systemu hołubiącego indywidualizm,
pracę jednostki, jej zainteresowania i aspiracje, do ciągłych prac w grupie,
czczych burz mózgów (hehe) i podsyłania sobie materialików JEST dla mnie
bolesne.
Ten ból i te moje głupie pretensje w stronę
interdyscyplinarności, którą w marzeniach uosabiałam sobie jakimś Leonardem da
Vinci bardziej, niż zespołem badawczym, wyciszają się, kiedy widzę poruszonych
nauczycieli z liceum, ich choćby symboliczną dumę i jakieś uznanie wobec tego,
co robię. W samą porę. Ostatnie tygodnie, co pewnie można było zauważyć przez
moje milczenie tutaj, były dla mnie czasem na zwolnienie obrotów, radość,
celebrowanie, zwiedzanie, poznawanie, uważność i pewne oddalenie się od spraw
akademickich. Również – udowodnienie sobie, że świat się nie zawali a ludzie
nie oszaleją z nieogarnięcia, jeśli odpuszczę jakiś wykład i że nie wszystko na
studiach kręci się wokół mnie, i w drugą stronę – studia nie są centrum mojego
świata. Choć jestem pilna, pasjonuję się przedmiotami swojej edukacji i
zdecydowanie wiążę swoją przyszłość zawodową z naukami kognitywnymi, nie czuję
się studentką. Nie żartuję sobie ze studenckiego życia, nie chodzę na studenckie
imprezy, nie utożsamiam się. Utożsamiam się jedynie ze swoim światem, z tym, co
sama sobie zbudowałam i z tym, co do swojego świata wpuszczam. I jestem
uczennicą swojego liceum, ciągle.
Brak komentarzy: