Chciałam podsumować ładnie mijający rok. Naprawdę. Był
ważny, udany, bogaty w doświadczenia i inspiracje, istotny z perspektywy mojego
postrzegania samej siebie, dobry. Przełomowy. Ale także przełamany. W połowie
przedzielony jest grubą na kilka miesięcy krechą. Więc jakby krótszy? Czy
następne również będą tak krótkie? Czy widać jak bardzo na to liczę?
Nie mogę odpocząć. Przez tą dziwną, mroczną, zagmatwaną
przestrzeń z tyłu mojej głowy właśnie. Z okazji świąt dostałam od mamy
INSPIplanner, do którego tak wzdychałam, oglądając go w Internecie (u Wolniej
na przykład), z którym wiążę duże nadzieje, bo przez ostatnie półtora roku
rozdrabniałam się na wiele zeszytów,
notatników i kalendarzy i nigdy nie wiedziałam, którzy należałoby ze sobą
nosić, toteż często nosiłam wszystkie. I kilka wolnych kartek na zaś, czemu
nie? No i on mi cały czas brzęczy zza ucha, przypominając o wszystkich ważnych
rzeczach, które będę musiała tam wkleić, zapisać, opisać, przewidzieć, spamiętać.
Po co kalendarz, po co planer, jeśli noszę wszystko w sobie i się duszę? Jeśli
podczas przerwy świątecznej nie było dla mnie ani jednego dnia, podczas którego
nie zadręczałabym się wizją zaliczeń, sesji, raportów, projektów, prezentacji.
Czepiam się tych myśli tak mocno, że zaczynam się ich naprawdę bać, po trosze
też nienawidzić.
Kończy się na tym, że zamiast dzielić się z ludźmi tym, jak
fajnie mi w życiu i jakie ze mnie radosne stworzenie, wolę wypytywać, ile prac
w grupach mają na studiach i dlaczego tak mało. I żalić się. Że się zawiodłam.
A tak naprawdę to ja tylko ustawicznie boję się, że zawiodę własne oczekiwania.
Bo chciałabym lepiej, najlepiej, a już na pewno lepiej niż inni, ci, na których
patrzę wilkiem, bo jak oni śmią nie bać się tak, jak ja?
Właśnie kończy się bardzo długi dzień, który – choć odhaczyłam
wszystkie zadania na dziś i choć właściwie to przyniósł i trochę dobrego – nie zbliżył
mnie do spokoju. Nie wiem, czemu akurat
dziś. Ale hej, ten rok się jeszcze nie skończył. Dzisiejsze smęty nadrobię.
Brak komentarzy: