Matura, matura, matura.
Informacje o tym, co i jak drażnią moje zmysły na wszystkie sposoby. W radiu – relacje,
spostrzeżenia dotyczące arkuszy, na facebooku wysyp życzeń „powodzenia”,
wiadomości w telewizji oglądać dziś nie będę, bo zapewne dziś poza tematem
matur panie i panowie redaktorzy nie przygotują. Gdybym była te dwa lata
starsza, z pewnością bym oszalała. I nie tylko z powodu tego szumu, ale i ze
stresu. Tylko czy naprawdę warto?
Każdy etap edukacji kończy się
testem. Test szóstoklasisty, egzamin gimnazjalny, matura. W ten sposób już od
czwartej klasy podstawówki uczymy się rozwiązywać arkusze, czytać (podobno) ze
zrozumieniem, pisać prace według klucza, z klucza i dla klucza. I wszystko
wygląda pięknie. Uczniowie z galowych strojach, ich dumni rodzice, wszechobecny
stres, publikowane w gazetach rozwiązań, wyliczanie punktów, planowanie
przyszłości… Co kilka lat zdarzy się też jakaś reforma, która budzi
kontrowersje. Bo od tego są reformy. Wchodzi w życie nowy program nauczania,
innowacyjny i cudowny jak wszystkie poprzednie, który ma stawiać na
inteligencję uczniów, rzetelnie badać ich wiedzę, wyrównywać szansę. I w końcu
okazuje się, że materiał jest coraz gorzej rozplanowany, bo albo wpycha się do
podstawówek tematy w gimnazjów, albo materiał z gimnazjum przerzuca się do
trzyletniego ogólniaka, gdzie nie ma czasu na jego przetworzenie i jest
omawiany skrótowo. Z kolei w przypadku prac pisemnych, to, czego przez trzy
lata uczył się gimnazjalista ma lec w gruzach w szkole średniej. Rzeczywiście,
to ma sens, skoro młody człowiek już nauczył się formułować i wspierać
argumentami swoje opinie, pora kazać mu praktycznie parafrazować podany tekst i
wykazywać się jakże specjalistyczną wiedzą, że lady Makbet była żoną Makbeta.
Za wyrażanie własnych poglądów i ich odpowiednie wsparcie przykładami innymi
niż podany w arkuszu tekst można co najwyżej dostać 3 punkty za walory. Przyznaję,
umiejętność czytania wykresów, analizowania tekstów i wyszukiwania informacji
jest ważna, jednak nie jestem pewna, czy na podstawie oceniania tej właśnie
umiejętności powinno się różnicować uczniów. Dlaczego? Ta wiedza jest przecież
elementarna. Każdy powinien ją opanować, więc jakim cudem do osiągnięcia
dobrego wyniku wystarczy tylko elementarna wiedza? I jakim cudem w dalszym
ciągu, po kilku latach piłowania tego czytania ze zrozumieniem i analizy
wykresów, u wielu osób ta elementarna wiedza wciąż szwankuje?
Jeszcze bardziej przerażającym
zjawiskiem jest dostosowywanie poziomu trudności egzaminu to umiejętności
danego rocznika. Więc „najlepszym” wyjściem jest pogrążenie się na próbnej
maturze, w nadziei, że ta prawdziwa okaże się jeszcze prostsza. I w ten sposób
osoby, którym się poszczęściło lądują w
tych samych szkołach, co ludzie, którzy naprawdę włożyli dużo pracy w swoją
edukację i… wkurzają… Wnioski wypływające z moich rozważań? Po pierwsze:
różnorakie egzaminy nie są po to, aby poszły wszystkim dobrze, więc powodzenia
przy kolejnych maturach życzę tylko tym, którzy w przygotowania włożyli trochę
serca i pracy. Po drugie: jeśli ktoś ma zdać, to nie może mu się nie udać, a ci
niezdający po prostu sobie na to zasłużyli, żadna niesprawiedliwość.
Szczere Kocisko
Brak komentarzy: