Więc znowu o „humanistach”. Ja naprawdę
rozumiem, że można się wahać, co do swojej przyszłości. Sama się waham, a nawet
więcej – nie mam pojęcia, czym mogłabym się zajmować, co studiować i dlaczego.
Wiem, że każdemu, szczególnie młodemu człowiekowi, wszystko w przeciągu
miesiąca może poprzestawiać się jak w kalejdoskopie. I to chyba dobrze, bo
jakby nie patrzeć, im więcej rzeczy się pozna, tym więcej się umie i wie. I
jestem też żywym przykładem na to, że zainteresowania i umiejętności danej
osoby nie muszą się wcale zbiegać z rzeczami, których chce się ta osoba uczyć…
Choć przyznam, to trochę komplikuje całą sytuację…
Jak wspomniałam, chcę wrócić do wielokrotnie
maglowanego przeze mnie tematu „humanistów” lub po prostu humanów. Na czym
polega różnica? Humaniści-bez-cudzysłowu wcale nie muszą się wstydzić swoich
wyborów, nie kierują się w życiu swoim brakiem talentu do rozwiązywania zadanek
z matematyki i… jeśli pociągną tak dalej to wkrótce obejdą się bez konkurencji np.
w postaci przypadkowych osób, które nie wiedzą co robią na danym kierunku
studiów. A humani? Chyba po prostu idą z prądem i spotykając na swojej drodze niemożliwe
do pokonania trudności takie jak kurs rozszerzony z historii, dziwnym trafem
nawracają się na biologię, chemię i matematykę. Te trzy przedmioty okazują się
wybawieniem również dla osób, którym nie wyszło z fizyką. Albo nie miało nawet
kiedy wyjść…
I na pierwszy rzut oka nie ma w
tym nic złego. Przedmioty ścisłe są oczywiście przyszłościowe, ciekawe i na
swój sposób (przynajmniej moim zdaniem) magiczne. Warto się ich uczyć, przecież
stoi za nimi wiele dziedzin! Nie tylko medycyna i biotechnologia, jak się wszystkim
teraz wydaje, ale też optyka, czy chemia kosmetyczna, które stanowią ważny
aspekt dla dzisiejszego świata. Wystarczy spojrzeć ile znaczy dla większości
kobiet jest ich kosmetyczka oraz ile osób naokoło nosi okulary bądź soczewki
kontaktowe. Jednak wielu ludzi nie myśli w ten sposób. Niestety w dalszym ciągu
zdaniem niektórych, jedynymi dostępnymi drogami do sukcesu jest zostanie lekarzem,
lub prawnikiem. Więc kiedy perspektywa nauki historii nie przedstawiła się dla
wielu osób w zbyt radosnych barwach, grono uczniów na specjalizacji medycznej
radośnie się poszerzyło. I co? Teraz wszyscy z równym zapałem i uśmiechem na
ustach dadzą sobie radę i zostaną lekarzami wybitnymi i wkładającymi w swoją
pracę całe serce niczym doktor House? Wprost nie mogę się tego doczekać!
I co zrobią dalej te osoby? Jaki
przedmiot lub jaka specjalizacja stanie się ich kolejną „ofiarą”? O jaka
szkoda, że mój rocznik nie będzie mógł już zdawać matury z wiedzy o tańcu,
przecież to mogło by się udać! Ale już się nie uda. Więc dalej będą z uporem
maniaka przekładać sprawdziany i odpowiedzi, odpychać od siebie świadomość, że
ilość materiału do przyswojenia ciągle się powiększa, aż ów materiał
przygniecie ich niczym lawina po srogiej zimie.
Szczere Kocisko
Brak komentarzy: