Najlepiej widać to na przykładzie mojego przyszłego
mieszkania, które zajmuje teraz większość moich myśli. No dobra, nie większość.
Ale i tak sporo. Moje mieszkanie składa się z mojego pokoju, pokoju
dwuosobowego, pokoju trzyosobowego, kuchni i łazienki. Nie wiadomo, czy
pozostałe pokoje są zajęte, wiadomo jednak, że w mieszkaniu nie może być
więcej, niż pięć osób. Mogę więc dostać tylko dwie lub trzy osoby. W najlepszym
wypadku żadnej. Rozważam w myślach wszystkie te opcje jak w jakiejś grze o
sumie niezerowej. Oprócz tego, ile osób znajdzie się w moim mieszkaniu,
niewiadomą jest też to, kim one będą. I co będą jeść – a to dla mnie
najważniejsze. Nie chodzi mi o to, że oceniam ludzi pod kątem ich diety.
Jednak, gdyby jedli mniej więcej tak, jak ja – byłoby mi o wiele łatwej. Mam
już swoje garnki i patelenki, mam swoje śliczne talerzyki i szklane miseczki, w
których oczyma wyobraźni widzę już swoje sałatki z kuskusem, natką pietruszki,
pomidorami i – uwaga – rodzynkami. I wiem, że nie zajmowałabym w kuchni wiele
miejsca, bo jestem raczej kompaktowa i bezproblemowa, i że kilkukrotnie przeżyłam kilka dni "mieszkając" na hali sportowej i zajmując się z koleżanką robieniem tostów dla jakichś dwudziestu rosłych chłopaków, więc w sumie nic mi nie straszne, jednak nie mogę całkiem
pozbyć się lęku.
Jasne, mogłabym zadzwonić do właścicieli i ich o to wszystko
zapytać, ale… nie wiem, czy chciałabym usłyszeć prawdę. To mogłoby – do wyboru –
popsuć mi te kilka tygodni września lub zniszczyć cudowną niespodziankę, gdyby
okazało się, że jednak mam mieszkać sama.
Wolę nie wiedzieć.
Wolę nie wiedzieć też kilku innych rzeczy, choć nie
przeszkadza mi to w ciągłych dociekaniach na ich temat. Same dociekania są wystarczająco
fajne, dlaczego więc miałabym tak bardzo wybiegać naprzód?
Przez jakiś czas trochę mimowolnie wyobrażałam sobie, jak to
będzie pięknie i idealnie. Szukając lokum, zwracałam uwagę tylko na mieszkania o
wysokich standardach i jeszcze wyższych czynszach, wyglądające jakby je ktoś
żywcem wyjął z katalogu Ikei. I konfrontacja z rzeczywistością nie okazywała się bynajmniej… wolna od frustracji. Jednak udało mi się znaleźć miejsce potencjalnie ładne i realnie niedrogie. Ale kurczę, dlaczego
w którymkolwiek momencie oczekiwałam, że moje pierwsze samodzielne mieszkanie
będzie tym, które zaspokoi moje… życiowe ambicje? Wiem, że życie trwa teraz,
ale kurczę, gdzie ja się śpieszę z nimi wszytskimi?
Poprzez blogi konfrontuję się w dużej mierze z punktem
widzenia osób starszych ode mnie o 8-10 lat. I zaczytuję się tym, że nie ma
co czekać, że nie ma powodu, by sięgać po cokolwiek
i że fit, slow, wszystko pięknie, ale
jeśli tak, jeśli rzeczywiście, to do czego należałoby dążyć?
No, więc zaczynam akceptować to, że nie od razu będzie
idealnie. I że nie mam pojęcia, co będzie dalej.
Brak komentarzy: