Czytając niektóre z moich wpisów, nie sposób nie zauważyć,
jak ważne jest dla mnie jedzenie i jak bardzo, w gruncie rzeczy, lubię jeść. I
stąd też moja, trwająca już chyba z rok i wciąż przybierająca na sile, dbałość
o to, co jem i jak jem. Tym razem nie będę jednak przekonywać o wyższości
bananów nad batonami, ani zwierzać się, jakie jedzenie udało mi się wykluczyć,
a bez jakiego nie wyobrażam sobie dnia. Tym razem skupię się na samej czynności jedzenia i
przygotowywania jedzenia.
Odczuwam lekką niechęć wobec tych, którzy gotowanie obiadu
traktują jako smutny obowiązek i płaczą nad makaronem z sosem z worka. I wobec
tych, którzy nie jedzą śniadań, bo podobno nie mają czasu, ale spędzają poranki
przed telewizorem, oglądając najnowsze wiadomości. I wobec tych, którzy
twierdzą, że jedzenie z rodziną nie ma szczególnego znaczenia lub nabiega je dopiero
dwa razy w roku – podczas kolacji wigilijnej i wielkanocnego śniadania. Wiem,
że dyskryminowanie ludzi na podstawie ich nawyków żywieniowych brzmi słabo i w
gruncie rzeczy pewnie jest bardzo słabe, ale uważam, że tracą oni wiele przyjemności z
życia.
Lubię patrzeć na grządki, przyglądać się hodowanym przez
dziadka warzywom i towarzyszyć mamie w wyborze tych, które zagrają główne role
w najbliższych obiadach. Coraz chętniej próbuję nowych rzeczy, a dużo mam
jeszcze do spróbowania, bo przez długi czas mój jedzeniowy repertuar był dość
wąski. Z zabawnych rzeczy – w zeszłym tygodniu po raz pierwszy zjadłam do
obiadu sos z kurek, wcześniej z grzybów godziłam się jedynie na sporadyczną
obecność pieczarek na pizzy, a i tak nie byłam nimi zachwycona. Jedyne dni,
kiedy wychodzę z domu bez śniadania, to te, w które wypadają mi badania krwi –
nigdy nie zdarzyło się, żebym ot tak o tym posiłku zapomniała. I kiedy tylko
mogę, jadam śniadania z mamą. Podobnie z obiadami – obiady trzeba jeść razem.
Niekoniecznie przy stole. My preferujemy siedzenie wygodnie na sofach w
salonie. Z pewnością ma tutaj znaczenie fakt, że zwykle nasze posiłki nie
wymagają korzystania z noża… Nieważne.
Choć dużo piszę, w rzeczywistości bywam słaba w słowa. I choć
czuję bardzo dużo i intensywnie, bywa, że wyrażanie uczuć nie wychodzi mi zbyt
sprawnie. Jednak jest jeden sposób, w jaki bardzo lubię manifestować swoją
sympatię, przywiązanie i inne dobre emocje. Nawet jeśli prawie nikt tego
manifestu nie odczytuje. Piekę. No dobra, może i nie jestem królową ciasteczek
i tortów, ale mam na swoim koncie wiele, naprawdę wiele, bajecznie kolorowych
babeczek, w tym babeczki-jednorożce, tort imitujący mózg, zielony tort „princesstårta”
(no dobra, ten przygotowałam na własne imieniny, ale kto powiedział, że nie
należy wyrażać miłości samemu sobie, szczególnie, jeśli o tą miłość czasem
ciężko?), kruche babeczki z budyniem, cynamonowe bułeczki, cytrynową tartę, czekoladowe ptysie i sama nie
wiem, co jeszcze. Kiedy w gimnazjum lub liceum organizowano klasowe wigilie i
inne takie, po prostu nie mogłam niczego nie upiec. I wkładałam w to serce - tymi
wszystkimi piernikami i czekoladowymi babeczkami mówiłam – w zasadzie to lubię was, ludzie.
To jakby odwrotność zasady „przez żołądek do serca”. Takie „co
z serca to w żołądku”. Choć może nie brzmi to zbyt apetycznie.
Przychodzi mi w tym momencie do głowy fabuła książki, którą
w ten weekend czytałam. „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” autorstwa Shirley Jackson. Tam przygotowywanie
posiłków jest szczególnie ważne, choć w przewrotny i niepokojący sposób.
Spokojnie, obywa się bez kulinarnych ekscesów w rodzaju kanibalizmu. Myślę
również o magazynie KUKBUK, który stanowi dla mnie solidną dawkę inspiracji i
przekonuje, że nie jestem w błędzie – jedzenie JEST ważne.
Brak komentarzy: