Szczególnie mocno wierzę i angażuję się we fragmenty, w których
autor wplątuje czytelnika w grę z bohaterami, wystawia go na pole ich wpływów i
zaciera granicę między tym, kto jest czytelnikiem a kto bohaterem. Dzięki temu
poczułam się prawdziwą Czytelniczką a czasami nawet i Czytelnikiem z „Jeśli
zimową nocą podróżny” Italo Calvino i teraz mogę stwierdzić, że chyba żadna
książka nie miała jeszcze takiego wpływu na moje życie. Nie stylu – musisz to
przeczytać, koniecznie, to odmieni Twoje życie i spojrzysz na wszystko zupełnie
inaczej. Chodziło o bardziej subtelne i subiektywne sprawy.
Nieczęsto wracam do książek, które już przeczytałam. Już
prędzej do ulubionych fragmentów, które lubię notować w zeszycie, żeby zawsze
były pod ręką. Źródełko z pozycjami do przeczytania na razie mi nie wysycha,
nie chce mi się wobec tego niepotrzebnie dublować przeczytanych książek.
Ale bywają wyjątki – szczególnie, jeśli od przeczytania
jakiejś książki minęło wiele lat i podejrzewam, że w międzyczasie zmieniłam się
na tyle, by móc wyciągnąć z nich coś więcej lub… po prostu inaczej.
Zdecydowałam więc, że nadszedł czas, abym po raz drugi
przeczytała „Świat Zofii”. Za pierwszym razem czytałam tę powieść/podręcznik do
filozofii w dość szczególnym dla mnie momencie – podczas moich ostatnich zawodów
w kickboxingu. Można było to potraktować dość symbolicznie – zapłakana, z
rozwaloną wargą i zszarganymi nerwami postanowiłam, że już nigdy nie będę się
bić i usiadłam do lektury. Z tym, że nie wiem, czy wiele z niej wyniosłam.
Można powiedzieć, że było to moje pierwsze spotkanie z tym tematem na własną rękę i wielu z
wymienionych filozofów nie kojarzyłam zbyt dobrze, więc nie czułam się,
czytając o nich, zbyt pewnie. Ale podobały mi się te wszystkie fabularne
zakręty, warstwowość rzeczywistości, teksty o wyciąganiu królika z kapelusza,
rozmowa o Wielkim Wybuchu i impreza w ogrodzie Zofii. O tak, to wydawało mi się
najbardziej zaskakujące z całej książki. Teraz… już nie. Prawdziwe imprezy w
ogrodach bywają ciekawsze. Kiedy po raz pierwszy czytałam „Świat Zofii” miałam
skończone piętnaście lat, byłam więc tylko nieznacznie starsza od bohaterek
książki. To był fajny moment. I chyba w sam raz na pierwsze zetknięcie w tą tematyką.
W liceum moja wiedza na temat filozofii pogłębiła się nieco.
Mówię „nieco”, bo zawsze znajdzie się ktoś, to mnie zagnie, przywoła cytat z kogoś, o kim nigdy nie słyszałam, zauważy jakąś analogię, zrobi cokolwiek, co sprawi, że
poczuję się głupio. Niemniej, czytałam chętnie Camusa i Sartre’a, chodziłam na
kurs filozofii, starałam się przygotowywać na zajęcia i czytać zadane lektury,
nawet jeśli nie rozumiałam z nich zbyt wiele, a na samych lekcjach nieczęsto
miałam okazję rozwiać swoje wątpliwości – nauczyciel mówił bardziej
skomplikowanymi zagadkami niż autorzy omawianych tekstów. Co podobało mi się, z
resztą. Ostatnio urządziłam sobie powtórkę z historii filozofii czytając zbiór „Teksty
filozoficzne dla uczniów szkół średnich” Łojka i okazało się, że ogarniam wszytsko dużo lepiej,
niż mogłoby się wydawać. I wtedy– po przeczytaniu na świeżo fragmentów najważniejszych
dzieł filozoficznych i usystematyzowaniu ich sobie zabrałam się za „Zofię”.
Fragmenty „podręcznikowe” wchodziły mi o wiele łatwiej niż
za pierwszym razem, ale zaczęłam również dostrzegać nieścisłości i luki.
Szczególnie, im świeższej historii dotyczyły. O Nietzschem pojawiło się
zaledwie jedno zdanie, Schopenhauera pominięto chyba całkowicie, Camus pojawił
się obok Gombrowicza w jednej linijce tekstu. Sartre’a sprowadzono to siedzenia
w kawiarni. Krytyka ezoteryki i tarota i astrologii wydała mi się z kolei
niepotrzebna i śmieszna. Nie, nie zabawna. Śmieszna.
Ale jest jedna rzecz, którą po czasie bardzo w tej książce
doceniam – dotyczy nie tylko filozofii. Wyciąga ją spoza tekstów filozoficznych
i przykleja ją do rzeczywistości. Wskazuje na nierozerwalny związek filozofii z
historią, z odkryciami, ze światem, z biologią, z genetyką, z fizyką, z
geografią, ze wszystkim! Z człowiekiem. A to jest – moim zdaniem – szalenie ważne. I
potrzebne. Bo mam dość słuchania o tym, że filozofia jest jałowa, niepotrzebna,
nie warta poświęcania jej czasu i wykorzystywana jedynie do pretensjonalnego
lansu.
Tak, zdecydowanie cieszę się, że polecono mi ją te trzy czy
cztery lata temu i że teraz zdecydowałam się do niej wrócić. Takie powroty są fajne i
chyba już wiem, za co zabiorę się następnym razem…
Brak komentarzy: