Ogólne przyzwolenie na destrukcję
mózgów. Tłumaczenie ludzkiej głupoty problemami, niezrozumieniem, pragnieniem
wolności. Młodość rządząca się własnymi prawami i „wszystko jest dla ludzi”.
Plakaty o treści „Brałeś? Nie jedź!” w liceach. Ułaskawiony diler – „malarz, podróżnik, pisarz”,
jego wzruszająca historia, jego hipsterska córka, jego ckliwa książka. Czy ja
jestem nienormalna? Czy to w nikim nie budzi jakiegoś sprzeciwu?
Zdaję sobie sprawę, z tego, że
cywilizacja wyrosła na środkach odurzających. Że wiele kultów, wierzeń i
religii wzięło się z narkotycznych wizji. Że w starożytnym Egipcie na piwo i
chleb istniało jego słowo, a budowniczowie piramid dostawali spory dzienny
przydział jednego i drugiego. Wiem, że jeszcze stosunkowo do niedawna (no
kilkaset lat wstecz) najpopularniejszym napojem było wino, bowiem w alkoholu nie
rozwijały się bakterie, było to bezpieczniejsze niż picie skażonej odpadami
komunalnymi wody. Rozumiem nawet to, że moje ulubione słówko „asasyn” wzięło
się pierwotnie od haszyszu, dzięki któremu zabójcy wierzyli w swoją misję i o zagwarantowane
miejsce w niebie, czy gdzieś. Znam prawdziwe znaczenie związku frazeologicznego
„cicho, jak makiem zasiał” oraz pierwotny składnik Coca-Coli. Nawet słonie
potrafią wybierać sfermentowane jabłka, więc nie sądzę, że wywoływanie stanu
odurzenia czyni nasz świat bardziej rozwiniętym, niż świat słoni. To nasze
lenistwo pcha nas ku odkryciom, ale to inna sprawa. Temat substancji
odurzających jest ważny, kiedy mowa o rozwoju naszej cywilizacji i chyba
powinno się zdawać z tego sprawę, jednak uważam, że zasługuje na większe
potępienie.
A nie jest potępiany? No nie! Co
z tego, że istnieją akcje nawołujące do niećpania, Straight Edge i panowie
policjanci, co naiwnie przychodzą do szkół, aby opowiedzieć o tym, że chłopcy w
podstawówkach wciągają nosem oranżadę i że jest to bardzo, bardzo złe? Co może
zmienić słuchanie o oranżadkach w proszku, kiedy przemytnik urasta do rangi bohatera?
Mowa o Michale P., Polaku, który w Tajlandii został skazany na śmierć za
przemyt narkotyków. Podobno jego wyrok był dwunastokrotny, za 12 kopert z
ecstasy. Po sześciu latach czekania na wyrok został ułaskawiony – Lech Wałęsa,
Aleksander Kwaśniewski i Jarosław Kaczyński stawili się za nim. I co? Miło, że nie zabili człowieczka,
zabijanie człowieczków nie jest fajne, chyba że jesteś postacią z gry Assassin’s
Creed. Ale ów człowieczek zbija teraz niezłą kasę na historii swojego pobytu w
wiezieniu. Niczym celebryta pojawia się w mediach, udziela wywiadów. Jego
książka jest w Polsce bestsellerem. Wszyscy mówią o piekle jakie przeżył, o
jego córce, o listach, które wysyłali do siebie. Uratowany człowiek opowiada o
tym, jakie prawo w Tajlandii jest straszne na tle swoich „arcydzieł”, które też
mu się teraz sprzedadzą. Nikt nie mówi o tym, jakim idiotą trzeba być, żeby
dilować i to w państwie, które za przemyt oferuje śmierć po uprzednim pobycie w
miejscu, które nie przypomina norweskich więzień.
Najbardziej w tej historii boli
mnie to, z jaką bezwstydnością ten facet opowiada o tym, jaką jest ofiarą i
jakie straszne zapalenie woreczka żółciowego przebył w Tajlandii. Wkurza mnie
też, że dziewczyna, która przez 6 czy 7 lat wychowywała się bez ojca jest teraz
używana to nadania historii kolorytu. Można powiedzieć, że pobyt w więzieniu
był dla P. inwestycją na lata. Witamy w kraju, gdzie eksprzemytnik zbija
kasiorę na ludzkich, miękkich sercach.
Walić studia, przemycać!
Szczere Kocisko