Coś jest bardzo nie w porządku.
Zawsze zdawało mi się, że doba dzieli się na dzień, podczas którego świeci
słońce i ciemną noc. No cóż, zarówno o siódmej rano, kiedy się zbudziłam, jak i
o 15, kiedy to jadłam obiad, było ciemno. Oczywisty wniosek, który może się w
tym momencie moich rozważań nasunąć to taki, że w przedziale między tymi
godzinami było jasno. Niestety nie było. Na pewno nie w moim pokoju, który paradoksalnie
latem stanowi najjaśniejsze miejsce w domu. Ciemne chmury i jakiś dziwny mrok zionący
z lasu, otaczającego mój dom skutecznie zniwelowały wszystkie życiodajne promienie
słoneczne. Najlepszym źródłem światła
okazały się – wiszące o tej porze roku w pokoju 90% dziewczyn – lampki choinkowe.
Boję się, gdyż odkryłam, że
jestem człowiekiem. Mało tego! Chyba zaczęłam się… To zbyt straszne… Chyba
zaczynam… ULEGAĆ SOCJALIZACJI!! No cóż, takie wrażenie odnoszę zawsze, gdy
zaczyna się nowy trymestr. Inni ludzie na lekcjach, inne miejsca w klasach,
brak tych, do których człowiek już się zdążył przyzwyczaić. To wszystko
okrutnie zmusza mnie do podejmowania rozmów z osobami, na które dotychczas
patrzyłam wilkiem. Nie umiem określić czy lubię ten stan, czy wręcz przeciwnie.
Lubię być miła, ale i tak nigdy nie zrezygnuję z mojego motta: „Głupie ludzie!”. Lubię czuć się akceptowana, ale nie lubię być
zwykła. Lubię, kiedy ktoś opowiada mi o swoich problemach (sic!), lubię
rozmawiać i podnosić na duchu, ale i tak większość wieczorów spędzam, siedząc
na swoim niewygodnym krześle, wgapiając się w monitor, stukając palcami o
klawiaturę, w słuchawkach, a czasem zarażać cały dom kolejną piosenką Skrilla,
która mnie porusza. Dla przykładu: wczoraj z zapartym tchem oglądałyśmy z mamą filmik
na którym Sonny i staruszkowie z The Doors robili wspólny kawałek. To było
niesamowite.
Wracając to głównej myśli:
człowiek nie jest przystosowany do życia w ciemności. Do sztucznego światła. Do
wstawania przed świtem. Do podwyższonego stężenia melatoniny także – o ile się
nie mylę, przez to nasz organizm jest nastawiony na spanie, co równa się
mniejszemu metabolizmowi. Więc dlaczego najlepszy, najprzyjemniejszy fragment
roku, jakim jest lato, jest skarany na straty i na zmarnowanie? Nie oszukujmy
się, obrazki z Internetu kłamią tak w sprawie zimy, jak i w sprawie lata.
Ciężko jest być wydajnym zimą, permanentną nocą, bez życiodajnego światła. A
latem? Nigdy nie wykorzystamy go efektywnie. Jaki sens na spanie latem do 12?
Przesypianie życia. Wolny czas w lipcu i sierpniu jest uwarunkowany kulturą agrarną,
która już nie odgrywa w życiu większości ludzi takiego znaczenia, jak jeszcze
to 100 lat temu. Dlaczego nie przenieść więc tego czas na spanie, sprzątanie i
nołlafienie na zimę?
Widzicie, jest tak ciemno, że aż
mi odbija. Tfu, tfu…
Szczere Kocisko
