Czy człowiek
naprawdę jest po to, aby być szczęśliwym? Wydaje się, że tak. Z jakiego innego
powodu co roku formułujemy postanowienia, marzymy, planujemy, a nawet wpadamy w
pułapkę konsumpcjonizmu? Biegniemy za dobrostanem, pragniemy go. A jednak nie
umiemy z nim żyć. Serio.
Postanowienia zwykle
nie przeżywają do końca bieżącego roku, pomocne tricki, które powinny już wejść
nam w krew, jakoś szybko z niej wychodzą, nie potrafimy zachować tej
pozytywnej, uśmiechniętej, wyspanej, spełnionej homeostazy. No nie da się. A to
wcale nie jest trudne, tak nie wiele trzeba.
Powiedzmy, że
dobrnęliśmy do momentu, w którym potrafimy utrzymać pokój we względnym ładzie,
odratować swoje paznokcie, pić wystarczająco dużo wody, ćwiczyć w miarę
regularnie i, co najważniejsze, zdaliśmy sobie już sprawę z tego, że to nie
wymaga dużego wysiłku. Ok, co należy teraz zrobić? Hmmm… Może zrównać naszą
pracę z ziemią? Zazwyczaj tak robimy. Bo po co ćwiczyć, skoro można grać we
Flappy Bird albo po prostu leżeć i gapić się w sufit, albo rzucić się na
czekoladę, a potem męczyć się wyrzutami sumienia. No logiczne!
Wydaje mi się, że
osiągnięcie takiej dobrej równowagi jest prawie niemożliwe do osiągnięcia ze względów
genetyczno-kulturowych. Wydaje mi się, że treść teorii Freuda o dwóch
sprzecznych żądzach, nie jest nikomu całkowicie obca. Jesteśmy łódeczką (ego),
która dryfuje po oceanie i marzy o tym, aby dosięgnąć nieba (superego), ale
zamiast tego, jest bliska pogrążeniu się w morskiej toni (id) wypełnionej żądzami. Czyli mimo, że lepiej nam być lepszymi, to fajniej i łatwiej jest być
gorszymi. Ale i tak cały czas chcielibyśmy być kimś więcej, niż jesteśmy. I
marzymy. Jeśli chodzi o kulturowe uwarunkowanie, to wydaje chodzi mi to
uwarunkowanie lokalne, charakterystyczne dla naszego kraju i wynikające z jego historii.
Nie wiem, w jakim stopniu to funkcjonuje u ludzi w wielu zbliżonym do mojego, jednakże
widzę to wyraźnie u ludzi starszych, przyzwyczajonych jeszcze do rzeczywistości
PRL-u. Chodzi o myślenie wiecznym niedoborem, czyli wymaganie bezpiecznego
minimum szczęścia. Czyli „po co coś zmieniać, skoro jeszcze nie jest tak źle”, „po
co kupować to i tamto, jeszcze kiedyś nam zabraknie i będzie nieszczęście”.
Jako że czkawka po tym okresie w historii dotyka jeszcze moich rówieśników,
myślę, że takie myślenie też – w jakimś stopniu – jest powodem, dla którego
ludzie „nie chcą, aby było im za dobrze”… Samo stwierdzenie, że jest komuś za
dobrze, okropnie mnie drażni. Owszem, jest różnica, między dobrobytem, wygodą i
szczęściem, a niemalże sarmackim rozpasaniem. A krytykowanie ludzi za ich
dobrostan jest idiotyzmem, bo co kogo to obchodzi.
W każdym razie, nie
zdziwcie się, że kiedy już osiągniecie względną harmonię i będziecie chwilowo
zadowoleni z życia, zanim się obejrzycie, już będziecie pakować w siebie
hektolitry coli, zajmować się zapychaczami czasu i olewać obowiązki i
zobowiązania. Ale bez paniki – tak ma być. Bo chodzi o to, by gonić króliczka.
Szczere Kocisko